Jedenaście meldunków to za mało

W ciągu dwóch lat poprzedzających katastrofę pod Smoleńskiem na biurko
Bogdana Klicha trafiło aż jedenaście meldunków z Dowództwa Sił Powietrznych,
podkreślających konieczność wymiany całej floty rządowych samolotów. Autorem
większości z nich był gen. Andrzej Błasik. Na żaden z monitów Ministerstwo
Obrony Narodowej nie odpowiedziało.

"Niezbędnym wydaje się jak najszybsze zakończenie procedur przetargowych i zakup
nowych samolotów do przewozu najważniejszych osób w państwie (…). Wszystkie
samoloty, dopuszczone do przewozu (…) eksploatowane są na podstawie
dodatkowych programów biur konstrukcyjnych producentów przedłużających resurs
techniczny" – pisał do szefa MON Bogdana Klicha w grudniu 2008 roku dowódca Sił
Powietrznych. Generał Andrzej Błasik sporządził ten meldunek po rozległej awarii
Tu-154M o numerze burtowym 101, do której doszło w trakcie wizyty prezydenta
Lecha Kaczyńskiego w Mongolii 30 listopada 2008 roku. Trzy godziny przed
planowym startem z lotniska w Ułan Bator do Osaki załoga stwierdziła brak
synchronizacji wychylenia klap i zaświecenie lampki sygnalizacji
"rozsynchronizowanie klap". Próba usunięcia defektu przez mechaników zakończyła
się niepowodzeniem, maszynę trzeba było odholować do hangaru. To tylko jeden z
przykładów awarii obu dwudziestoletnich tupolewów, które w ciągu kilku lat
poprzedzających katastrofę na Siewiernym coraz częściej odmawiały posłuszeństwa.
Jeszcze bardziej dramatycznie wyglądała i wygląda nadal sytuacja z mniejszymi
maszynami, Jakami-40 (rok produkcji 1979 i 1980). W 2008 roku w wyposażeniu Sił
Powietrznych było 5 samolotów przygotowanych do wykonywania zadań transportu
VIP. Oprócz tupolewów były trzy samoloty Jak-40 o numerach ogonowych 044, 045 i
048. Czwarty, o numerze ogonowym 047, ze względu na uszkodzenie łopatek aparatu
kierującego TWC, do czasu zakończenia nadzorowanej eksploatacji nie był w ogóle
planowany do realizacji zadań z VIP-ami. Samoloty Jak-40, dopuszczone do obsługi
VIP-ów, ze względu na ich wiek dawno powinny zostać wycofane. Resurs maszyn był
jednak ciągle przedłużany. O całej sytuacji, stwarzającej poważne zagrożenia dla
pasażerów i pilotów, skazanych na latanie wyeksploatowanymi niemiłosiernie
samolotami, doskonale wiedział Bogdan Klich. Monity Dowództwa Sił Powietrznych
były jednak lekceważone. – Dziwię się, że pan minister, otrzymawszy takie
informacje, nic z nimi nie zrobił. Tym bardziej że dał przecież wyraz swojej
świadomości – jak dramatyczna jest sytuacja parku samolotowego – w decyzji nr 40
z 3 lutego 2010 roku, gdzie stwierdził, że ten park samolotowy nie daje
gwarancji bezpieczeństwa – mówi Antoni Macierewicz (PiS), członek sejmowej
Komisji Obrony Narodowej.
W przywołanej przez posła Antoniego Macierewicza decyzji nr 40 czytamy: "Celem
zapewnienia właściwego wykonywania przez konstytucyjne organa państwowe
przedsięwzięć związanych z realizacją polityki zagranicznej podczas podróży
służbowych, jak i realizacji zadań przez osoby pełniące te funkcje, zachodzi
pilna potrzeba zapewnienia na wysokim poziomie bezpieczeństwa przewozu
najważniejszych osób w państwie oraz mając na względzie aktualną sytuację floty
36 splt, w oparciu o którą nie ma możliwości zapewnienia na wymaganym poziomie
przewozów i bezpieczeństwa realizacji zadań przez konstytucyjne organa
państwowe, polecam przeprowadzić postępowanie mające na celu zawarcie umowy,
której przedmiotem będzie udostępnienie dwóch samolotów Embraer 175 od Polskich
Linii Lotniczych "LOT" S.A. w latach 2010-2013, uwzględniające koszty
eksploatacji samolotów i przygotowania personelu".
– Jeszcze w 2007 roku prosiliśmy gen. Andrzeja Błasika o raporty na temat stanu
floty rządowej. Takie raporty były przygotowywane. Wszyscy doskonale zdawaliśmy
sobie sprawę z tego, że nowe samoloty trzeba kupić. Niestety, w naszym odczuciu
prace nad ich zakupem były prowadzone zbyt wolno. Minister Aleksander Szczygło
podpisał warunki dotyczące przetargu, była komisja przetargowa, czekaliśmy tylko
na stanowisko ministra gospodarki, które pojawiło się po zmianie rządu. Gdy,
bodajże w pierwszym kwartale 2008 roku, Bogdan Klich je otrzymał, wszystko było
gotowe do zakupów. Nie doszło jednak do nich – tłumaczy w rozmowie z "Naszym
Dziennikiem" Jacek Kotas, wiceminister obrony narodowej w rządzie Prawa i
Sprawiedliwości. Kiedy Klich miał już na biurku wszystkie dokumenty
umożliwiające przeprowadzenie przetargu, deliberacje na temat wymiany floty
zaczęły się od nowa. – Pojawiły się sugestie, że może lepiej kupić używane
maszyny, a może je wydzierżawić etc. I właściwie cała półroczna praca poszła na
marne. Następnie pojawiła się dyskusja o embraerach, choć w bardzo niewielu
państwach embraery latają jako samoloty dla VIP-ów. Niestety, pan Klich i pan
premier Donald Tusk uważali, że można dzierżawić embraery, latać samolotami
liniowymi, pasażerskimi. Stanowisko ministra Szczygły jako szefa Biura
Bezpieczeństwa Narodowego, niestety, okazało się wołaniem na puszczy. Nawet ta
olbrzymia awaria, której wynikiem była konieczność wymiany całego bloku
autopilota w tupolewie po powrocie z Haiti, nie była wystarczającym ostrzeżeniem
dla pana ministra Klicha. Było to lekceważone, aż doszło do tragedii. To jest
zaniedbanie wypełnienia obowiązków, które powinno znaleźć swój finał w
stanowisku prokuratury – kwituje Antoni Macierewicz. Jacek Kotas ocenia, że brak
decyzji o przetargu w 2008 roku – mimo informacji o fatalnym stanie floty, które
od dawna leżały na biurku szefa MON – był wyrazem złej woli lub braku
prawidłowej oceny stanu faktycznego. – Ponosimy znaczne koszty dzierżawy
samolotów, niewspółmierne do tego, gdybyśmy je kupili. Było takie powiedzenie,
nie wiem, czy dalej funkcjonuje: "Jeden bajer, drugi bajer, a na końcu jest
embraer". Mimo to w resorcie ciągle podejmowane były prace, które miały
doprowadzić do wydzierżawienia, wylizingowania, wypożyczenia, a nie kupienia
nowych samolotów – podsumowuje Jacek Kotas.
Z pytaniem o powody zbagatelizowania jedenastu monitów Dowództwa Sił
Powietrznych "Nasz Dziennik" zwrócił się do MON. Na odpowiedź czekamy.

 

Piotr Czartoryski-Sziler

drukuj