Jak wprosiliśmy się na defiladę
Na etapie przygotowań do parady zwycięstwa, która odbyła się w Moskwie 9
maja br., Rosjanie w ogóle nie przewidywali udziału reprezentacji Sił Zbrojnych
RP. Pod koniec marca podczas polsko-rosyjskich rozmów sztabowych w Moskwie nasza
delegacja sama wyraziła chęć udziału w paradzie, ale spotkała się z jednoznaczną
odmową – ustalił "Nasz Dziennik". Dopiero po kolejnych pertraktacjach Rosjanie
zgodzili się, że rozważą tę propozycję, o ile skierujemy oficjalne wystąpienie w
tej sprawie. W jego wyniku uznano za stosowne docenić także polski wkład w walkę
z nazistowskim najeźdźcą.
O tym, że polscy żołnierze będą 9 maja 2010 roku maszerować po placu Czerwonym,
polskie media informowały już 20 marca br. Było to przedstawiane jako sukces
polskiej dyplomacji i dowód ocieplenia stosunków polsko-rosyjskich. Jednak w tym
czasie udział naszych oddziałów w paradzie zwycięstwa bynajmniej nie był
przesądzony. Wyraźna deklaracja padła ze strony polskich wojskowych dopiero w
dniach 22-24 marca br. podczas dwustronnych rozmów sztabowych w Moskwie, które
dotyczyły przygotowania spotkania szefów Sztabów Generalnych Sił Zbrojnych obu
krajów. Naszej delegacji przewodził admirał floty Tomasz Mathea, zastępca szefa
Sztabu Generalnego WP.
Jak dowiedział się "Nasz Dziennik", podczas rozmów z Rosjanami strona polska
zgłosiła gotowość udziału w paradzie reprezentacji Sił Zbrojnych RP. Nasi
wojskowi chcieli wystąpić na placu Czerwonym na podobnych zasadach jak
zaproszone wcześniej delegacje Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, Wielkiej
Brytanii oraz Francji.
Rosjanie jednak niechętnie podeszli do naszej propozycji i wprost stwierdzili,
że nie przewidują udziału w paradzie reprezentacji innych krajów niż Wielkiej
Czwórki. Obiecali wszakże przedstawić jeszcze polską propozycję szefowi Sztabu
Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej. Dopiero tuż przed wylotem
polskiej delegacji, 24 marca, Rosjanie telefonicznie poinformowali, że rozpatrzą
pozytywnie udział pododdziału Wojska Polskiego w paradzie, o ile tylko MON
Federacji Rosyjskiej otrzyma oficjalne wystąpienie w tej sprawie.
Tak też się stało i już 6 kwietnia Rosjanie o udziale Polski wypowiadali się
zupełnie inaczej. Pierwszy wiceminister obrony Rosji gen. Alaksandr Kołmakow
uznał wówczas, że "uwzględniając wkład Wojska Polskiego, którego żołnierze
walczyli z niemiecko-faszystowskim najeźdźcą na terytorium ZSRS, a także
uczestniczyli w szturmie Berlina i paradzie zwycięstwa 1945 roku, podjęto
decyzję o zaproszeniu do udziału w defiladzie kompanii reprezentacyjnej sił
zbrojnych Polski". W efekcie na placu Czerwonym 9 maja br. obok Rosjan
maszerowało 75 żołnierzy Batalionu Reprezentacyjnego WP, a także pozostali
reprezentanci Wielkiej Czwórki: USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Znalazło się
również miejsce dla oddziałów Azerbejdżanu, Armenii, Białorusi, Kazachstanu,
Mołdawii, Kirgizji, Tadżykistanu, Turkmenistanu i Ukrainy.
Postępowanie Rosjan, którzy chcieli podkreślić obecność wyłącznie Wielkiej
Czwórki, nie dziwi prof. Mieczysława Ryby, historyka z Katolickiego Uniwersytetu
Lubelskiego Jana Pawła II. Jak zauważył, w takiej polityce chodziło o to, by
pokazać światu chwałę zwycięstwa Armii Czerwonej i chwałę imperium, które
pokonało Niemcy hitlerowskie. – Wielka Czwórka doskonale się do tego nadaje, bo
czy to w Teheranie, czy w Jałcie, czy w Poczdamie ustalano pewien porządek
powojenny i w tym zakresie była zgoda z większymi mocarstwami. Mniejsze kraje
burzą ten obraz, a kraje takie jak Polska wręcz stanowią rysę na działalności
ZSRS w czasie II wojny światowej, szczególnie tej zbrodniczej. Wielka Czwórka to
idylliczny obraz tego, jak Związek Sowiecki temu wszystkiemu przewodził, jak
pokonał Niemcy hitlerowskie i jaka chwała mu się za to należy – ocenił historyk.
Marcin Austyn
