Jak w operze

Sytuacja w naszym nieszczęśliwym kraju coraz bardziej przypomina operę.
Nie dlatego, że w operze wszyscy są wyelegantowani, starają się nie mlaskać ani
nie bekać. W ogóle nie chodzi o publiczność, tylko o aktorów, no i oczywiście –
chór, który w operze odgrywa wielką rolę, zbliżoną do roli "Gazety Wyborczej"
wobec Salonu.

Chór mianowicie informuje publiczność, co właściwie dzieje się na scenie,
informuje publiczność, co właściwie widzi i słyszy. "Gazeta Wyborcza" tak samo,
a nawet więcej; informuje swoich czytelników nie tylko, co widzą i słyszą, ale
również – co myślą. I gdyby z jakiegoś powodu przestała wychodzić, a w dodatku –
gdyby pan red. Michnik na domiar złego się przeziębił, no to tragedia: Salon nie
wiedziałby, co właściwie myśli, więc na wszelki wypadek nie myślałby w ogóle.
Samodzielne myślenie bowiem to w Salonie grzech śmiertelny, godzący w same jego
fundamenty, jeszcze w czasach stalinowskich położone na myśleniu kolektywnym.
Najlepiej tę zasadę sformułował pewien towarzysz więziennej niedoli kolegi
Antoniego Zambrowskiego w roku 1968: "Nie ten Żyd, kto Żyd, tylko ten, na kogo
partia wskaże!". Wracając tedy do opery, a właściwie – do chóru, to chór
tłumaczy publiczności, co widzi i słyszy. Na przykład, stojąc na scenie,
wyśpiewuje: "Spieszmy, ach, spieszmy" – ale przez, dajmy na to, 10 minut nie
rusza się z miejsca. I kiedy z odległej Kanady, gdzie zgodnie z wezwaniem
Horacego Greeleya: "Go West, young man", podążam za Słońcem ze wschodu na
zachód, obserwując jednocześnie i nasłuchując, co się dzieje w naszym
nieszczęśliwym kraju – nie mogę oprzeć się wrażeniu podobieństwa do opery. Weźmy
na przykład takie debaty; wszyscy pragną debatować i debatować, więc wyśpiewują:
debatujmy, ach debatujmy! – ale dlaczegoś nie debatują. Musi składać się na to
szereg zagadkowych, a ważnych przyczyn, wśród których na pewno jedno z
pierwszych miejsc jak zwykle zajmuje Unia Europejska – przyczyna naszych
zgryzot. Trochę kryzysu i oto na naszych oczach pryskają kolejne mity, jakimi
karmiono nas w okresie stręczenia nam tej całej Unii – na przykład, że "wszyscy
ludzie będą braćmi". Tymczasem wcale nie chodzi o to, czy wszyscy ludzie będą
braćmi, czy nie, tylko – kto będzie tym całym bałaganem rządził. Na przykład,
Nasza Złota Pani Aniela daje do zrozumienia, że najlepiej byłoby, gdyby wszyscy
odtąd słuchali starszych i mądrzejszych, tzn. nie tyle może od razu i
bezpośrednio starszych i mądrzejszych, bo na to przyjdzie jeszcze czas – tylko
Niemiec – zaś były kanclerz Gerhard Schroeder formułuje tę myśl jeszcze
brutalniej. Jak takie postulaty pogodzić z polską prezydencją, którą wszyscy
Umiłowani Przywódcy jeszcze niedawno tak się nasładzali? A tymczasem słychać, że
proklamowany na podstawie układu z Schengen swobodny przepływ ludzi,
poszczególne państwa członkowskie Eurokołchozu mogą zawieszać – ale nie dłużej
niż na pięć dni, bo potem będą musiały uzyskać zgodę Unii. Wygląda na to, że
dzięki tej metodzie małych kroków tylko patrzeć, jak UE wypłucze resztki
politycznej suwerenności z państw członkowskich, zwłaszcza tych słabszych i
głupszych. Czy nie na tym właśnie zaczyna już polegać "współdecydowanie o
naszych sprawach", którym tak się w swoim czasie zachwycał człowiek w czepku
urodzony, czyli pan dr Andrzej Olechowski? Więc na tym tle lepiej rozumiemy
obawę naszych Umiłowanych Przywódców przed debatowaniem mimo gorącego pragnienia
debatowania, jakie każdy z nich pielęgnuje w sercu gorejącym. O czymże tu
debatować, skoro w każdej chwili może przyjść "prikaz z rajkoma", że inaczej
będzie? W takiej sytuacji znacznie bezpieczniej jest stać na scenie i
wyśpiewywać: spieszmy, ach spieszmy!" – ale pod żadnym pozorem nie ruszać się z
miejsca.

 

Stanisław Michalkiewicz


O czymże tu debatować, skoro w każdej chwili może przyjść "prikaz z rajkoma",
że inaczej będzie?

drukuj