Jak ogon wywija psem
W przeddzień wizyty prezydenta USA Baracka Husejna Obamy w Warszawie
Światowa Organizacja Restytucji Mienia Żydowskiego wezwała go, by podczas pobytu
w Polsce wywarł na polski rząd "presję" w kierunku jak najszybszego załatwienia
sprawy "rekompensat" za tzw. mienie żydowskie. Były ambasador Izraela w
Warszawie, pan Dawid Peleg z kolei "wezwał" premiera Donalda Tuska do
"wznowienia procesu legislacyjnego na rzecz restytucji", wstrzymanego w swoim
czasie ze względu na trudną sytuację budżetową państwa. To zaledwie drobny
odprysk, wierzchołek góry lodowej, którą próbują opisać autorzy książki "Lobby
izraelskie w USA" – John J. Mearsheimer i Stephen M. Walt.
Wspomniane instrukcje, przekazane pod adresem amerykańskiego prezydenta w
przeddzień jego przyjazdu do Polski, pokazują izraelskie lobby w USA w
działaniu. Książka "Lobby izraelskie w USA" powstała na podstawie publikacji,
jaką autorzy mieli napisać dla pewnego wydawnictwa jeszcze w 2002 roku. Kiedy
jednak po dwóch latach oddali tekst, okazało się ku ich zdumieniu, że wydawca
ani myśli go publikować. Dopiero po roku udało się wydrukować zaktualizowany
tekst w "London Review of Books". Publikacja ta ściągnęła na autorów ogień
krytyki ze strony izraelskiego lobby, w której oczywiście na pierwszym miejscu
królował zarzut "antysemityzmu", ale z uwagi na autorów nie brzmiał on
wiarygodnie. Rzecz bowiem w tym, że są oni wybitnymi specjalistami w dziedzinie
nauk politycznych. John J. Mearsheimer jest profesorem nauk politycznych na
uniwersytecie w Chicago, a zanim poświęcił się temu zajęciu, ukończył Akademię
Wojskową West Point jako oficer sił powietrznych. Podobnie Stephen M. Walt jest
profesorem stosunków międzynarodowych na Harvardzie. Obydwaj mają poważny i
niepodważalny dorobek naukowy, zaś ich przedstawienie izraelskiego lobby i jego
wpływu na politykę Stanów Zjednoczonych było zbyt dobrze i przekonująco
udokumentowane, by można było je zdyskredytować przy pomocy standardowej
połajanki z podręcznego repertuaru. Dodatkowym czynnikiem osłabiającym siłę
rażenia oskarżeń o "antysemityzm" było narastające w amerykańskiej opinii
publicznej przekonanie, iż automatyczne żyrowanie izraelskiej polityki przez
kolejne administracje amerykańskie niekoniecznie służy interesom Stanów
Zjednoczonych i jest przyczyną stałego narastania antyamerykańskich nastrojów w
świecie. Wreszcie autorzy pokazali, że lobby izraelskie wcale nie wyraża odczuć
większości Amerykanów, a nawet znacznej części amerykańskich Żydów. Wspominam o
tym wszystkim, by pokazać, że mimo demokracji politycznej i wolności słowa próby
wyjaśniania niektórych zagadnień okazują się niebezpieczne nawet, a może
zwłaszcza, w Stanach Zjednoczonych, do których nasz nieszczęśliwy kraj bardzo
pragnie się upodobnić przynajmniej pod tym względem. Pierwszą ofiarą tej
tendencji padł dr Dariusz Ratajczak, wyklęty przez małodusznych – żeby nie
powiedzieć tchórzliwych – kolegów, uniwersyteckich bakałarzy za książkę "Tematy
niebezpieczne". Nie da się ukryć, że autorzy "Lobby izraelskiego w USA" mieli
więcej szczęścia.
Inna rzecz, że – jak sami przyznają – przez cały czas towarzyszyła im
świadomość, po jak grząskim gruncie stąpają i że każdy mniej przemyślany krok
grozi im wysadzeniem w powietrze. Dlatego ich oceny są bardzo ostrożne, może aż
do przesady – bo programowo odrzucają tzw. teorie spiskowe. Wskutek tego
niekiedy trochę trudno wyjaśnić im przyczyny znakomitej koordynacji, jaka
towarzyszy działalności izraelskiego lobby – chociaż formalnie występuje ono w
postaci rozmaitych spontanicznych organizacji i przedsięwzięć, całkowicie w
swojej działalności samodzielnych. Ale przecież niezależnie od tego, co dzieje
się obecnie w USA, dysponujemy świadectwami wcześniejszymi, dzięki którym, bez
popadania w spiskowe zacietrzewienie z jednej, ale i w naiwną łatwowierność z
drugiej strony, możemy spokojnie porównywać funkcjonowanie AIPAC (American
Israel Public Affairs Committee – Amerykańsko-Izraelski Komitet Spraw
Publicznych) z działalnością Alliance Israelite w okresie poprzedzającym
pierwszą wojnę światową, kiedy to Izraela nie tylko jeszcze nie było, ale nie
było nawet szansy na jego zaistnienie. Później, po deklaracji Balfoura z roku
1917, kiedy taka szansa się pojawiła, 11 listopada 1918 roku hrabiego Ksawerego
Orłowskiego w Paryżu odwiedził baron Maurycy de Rothschild. Poinformował go, że
dopóki na Kongresie w Wersalu oficjalnym przedstawicielem Polski będzie "ten
pan", czyli Roman Dmowski, to "cały Izrael" i Rothschild osobiście będą uważali
to za policzek wymierzony całemu ich narodowi i stosownie do tego postąpią. "Wy
nas znajdziecie na drodze do Gdańska, na drodze do Śląska pruskiego i do
Cieszyńskiego, na drodze do Lwowa, na drodze do Wilna i na drodze wszelkich
waszych projektów finansowych. Niech pan hrabia to wie i stosownie do tego
postąpi" – cytuje tę deklarację barona Rothschilda w swoich "Siedemdziesięciu
latach wspomnień" Hipolit Korwin-Milewski. Cóż dopiero teraz, kiedy Izrael nie
tylko istnieje od 1948 roku, nie tylko z powodzeniem stoczył w tym okresie ze
swoimi sąsiadami cztery duże i kilka małych wojen, ale w dodatku jest
posiadaczem broni nuklearnej, którą może grozić – i groził – nie tylko Bliskiemu
Wschodowi, ale i Europie?
Stanisław Michalkiewicz
John J. Mearsheimer, Stephen M. Walt "Lobby izraelskie w USA", przeł. Rafał
Modzelewski, wyd. Fijorr Publishing, Warszawa 2011, s. 426.
