Jak naprawiłem „Krzywdę”

Z Janem Szyszką, ministrem środowiska w rządzie K. Marcinkiewicza i J. Kaczyńskiego, prof. dr. hab. nauk leśnych, współtwórcą i kierownikiem Pracowni Oceny i Wyceny Zasobów Przyrodniczych SGGW, doktorem honoris causa Uniwersytetu w Lüneburgu w Niemczech i w Użgorodzie na Ukrainie, prezesem Stowarzyszenia na rzecz Zrównoważonego Rozwoju Polski, w terenowej stacji naukowo-badawczej w Tucznie k. Piły rozmawia Justyna Wiszniewska

Jestem pod wrażeniem pomysłu na odrestaurowanie tego wiekowego budynku. Umiejętnie udało się połączyć zachowane zabytkowe części budynku z nowoczesnymi.

– Tak? Cieszę się. Przyznam, że również jestem pod wrażeniem. To jest dawny budynek poczty konnej, jego fundamenty liczą 250 lat. Zachowało się miejsce na cztery konie, żłób. Kupiłem ten dom od miejscowego księdza proboszcza w 1999 r. w stanie kompletnej ruiny. Parafii nie było stać, aby budynek utrzymywać. Projekt odrestaurowania obiektu wykonał dobry architekt pod okiem konserwatora zabytków. Część elementów jest oryginalna, np. wrota, okiennice, a część została odtworzona. Dom pełni rolę mojej prywatnej pracowni oraz jest zaczątkiem Muzeum Historii Naturalnej tego regionu, tworzonego na bazie bezkręgowców, głównie owadów, oraz roślin naczyniowych.

Moim zdaniem, spod tego domu rozciąga się najpiękniejszy krajobraz świata. Widać plebanię z 1863 r., kościół z XV wieku. Dotarłem do XIII-wiecznych zapisków na temat tego terenu w języku staroczeskim.

Widać łąkę, na której było śmietnisko pokrywające źródła, które zasilały płynącą w dole rzekę. Śmietnisko udało się uporządkować, a równocześnie źródła odbijają i tworzą mały stawek, przy którym mam pszczoły.

Ale wejdźmy do środka. Tu jest sala seminaryjna.

Czyli prowadzone są tu badania typowo akademickie…

– Tak. Prowadzimy tutaj badania nad trzema zagadnieniami: zanikiem gatunków, ekspansją gatunków i podniesieniem produkcji masy drzewnej z hektara. Staramy się działać w tym kierunku, aby odtwarzać zespoły przyrodnicze po to, by zachować bioróżnorodność i żeby równocześnie gatunki nie wykazywały tendencji do nadmiernych pojawów, a także aby te zespoły były bardziej bogate w węgiel, co przekłada się na ich urodzajność. Systemy przyrodnicze bogacą się bowiem na bazie coraz większego udziału węgla w glebie.

Zajmujemy się pewną grupą zwierząt, którą traktujemy jako wskaźnik stanu środowiska. Chodzi tu o rodzinę chrząszczy – biegaczowatych, których jest w Polsce ponad 600 gatunków. Na ich podstawie wnioskujemy, jaki jest stan zaawansowania sytemu. Co dwa lata spotykają się specjaliści tej grupy na świecie i podsumowują swoją wiedzę. Piąte i dziesiąte spotkanie carabidologów świata odbyło się w Polsce, dziesiąte tutaj, w Tucznie, a piąte w mojej poprzedniej stacji badawczej w Niedźwiadach, co jest swego rodzaju wyróżnieniem. Chrząszcze to zwierzęta glebowe, dlatego interesujemy się również biologią gleby, a konkretnie tym, czy jest ona w stanie produkować żywność o podwyższonej jakości, czy też nie. Równocześnie te zwierzęta są zwierzętami drapieżnymi, w związku z tym uczestniczymy również w badaniach nad możliwościami wykorzystania ich do zwalczania organizmów patogennych, czyli do walki biologicznej. Wart zaznaczenia jest również fakt, że kształcimy tu ludzi w zakresie oceny i wyceny zasobów przyrodniczych. Stworzyliśmy studium podyplomowe prowadzone przez dwie uczelnie: Szkołę Główną Gospodarstwa Wiejskiego i Szkołę Główną Handlową. Studenci otrzymują dyplom podpisany przez dwóch rektorów.

W swoich wypowiedziach, najczęściej związanych z projektem Natura 2000, często Pan podkreśla, że szansą współczesnego świata jest zrównoważony rozwój. Na czym on polega?

– Szansą dla świata jest szybki rozwój gospodarczy powiązany z racjonalnym użytkowaniem zasobów przyrodniczych albo ich odtwarzaniem. Chodzi o znalezienie takiego sposobu gospodarowania przestrzenią, żeby nie ginęły gatunki roślin i zwierząt, a równocześnie, aby ta przestrzeń służyła człowiekowi i dawała wszelkie dobra. Co roku odbywają się międzynarodowe warsztaty studentów architektury krajobrazu i gospodarki przestrzennej. Prowadzone są tutaj prace z zakresu zrównoważonego rozwoju. Przykładam takiej pracy jest zagadnienie budowy autostrad. Budując drogi, można chronić zasoby przyrodnicze i sprawiać, by stymulowały one rozwój gospodarczy. Można tak kształtować elementy przyrody, aby służyła ona człowiekowi i równocześnie aby nic w niej nie ginęło. To jest idea, dzięki której udało mi się otworzyć bardzo ożywioną dyskusję w kręgach międzynarodowych.

Jakie mogą być przykłady użytkowania zasobów przyrodniczych?

– Chociażby zbieranie grzybów. Można się zastanawiać, w jaki sposób kształtować przestrzeń, żeby występowały grzyby, i jak je użytkować, aby służyły człowiekowi, a równocześnie nie zginęły. To jest m.in. zagadnienie gospodarki przestrzennej, sprawa gospodarowania węglem, kwestia stadiów sukcesyjnych. W tej chwili mamy w Tucznie sześć obiektów doświadczalnych obejmujących ponad dwa tysiące hektarów. Powierzchnie te są obserwowane od ponad dwudziestu lat według tych samych metod. Dysponujemy rejestracją występowania poszczególnych gatunków i wpływu na nie gospodarczej działalności człowieka.

A na czym mógłby polegać rozwój gospodarczy w oparciu o zasoby przyrodnicze?

– Kiedyś w Tucznie turystyka ograniczała się jedynie do okresu wakacyjnego. Dziś jest inaczej, chociażby za sprawą żurawia, który jest gatunkiem niezwykle atrakcyjnym w skali światowej – żuraw jest symbolem narodowym Japończyków. Jest również bardzo interesującym gatunkiem dla Anglików, gdyż został stamtąd całkowicie wyeliminowany, pomimo że przelatuje nad terytorium Wielkiej Brytanii, to jednak tam nie gniazduje. A proszę sobie wyobrazić, że tu, na terenie Tuczna, mamy kilkadziesiąt par żurawi, które można obserwować już od końca lutego do końca listopada. Od 15 września zbiera się jeden z większych sejmików tych ptaków, czyli około trzech i pół tysiąca żurawi. Ten sejmik trwa około jednego miesiąca i jest to bardzo interesujące widowisko. A to nadaje się jak najbardziej do tzw. turystyki kwalifikowanej. Wielu ludzi gotowych jest zapłacić duże pieniądze, żeby obserwować żurawie, zresztą zaloty tych ptaków są rzeczywiście wspaniałe. Organizujemy wówczas taki popisowy spektakl dla studentów, czasem i dla obcokrajowców, a mianowicie kolację wśród żurawi. Jesteśmy świadkami niezwykłego zjawiska, jak z dokładnością co do minuty lądują żurawie i można je obserwować.

Drugim takim gatunkiem jest bóbr. Pokazywanie tam żeremi jest niezwykle atrakcyjne dla mieszkańców zachodniej Europy, gdzie te gatunki dawno zniknęły.

Tarlisko pstrąga w końcu stycznia i na początku lutego to jest też coś, co może budzić powszechne zainteresowanie. Czyli warto stawiać na turystykę kwalifikowaną. Chodzi o to, aby turystyka trwała przez cały rok, i tu się to udało. W zeszłym roku poza okresem sezonowym przyjechało do Tuczna około 3 tys. osób. To jest bardzo dużo jak na miasteczko, które liczy 1800 mieszkańców.

Dlaczego więc miejsce, w którym dzieją się tak niezwykłe rzeczy, nazywa Pan „Krzywdą”?

– Gdy przyjechałem tu w 1987 r., dwie gorzelnie spuszczały nieoczyszczone ścieki do bagna. Jednocześnie wylewano w to miejsce szambo. Postanowiłem zrealizować pewien pomysł. Jedyną szansą dla tego miejsca było przywrócenie pierwotnego stanu za pomocą działalności gospodarczej. W związku z tym powstała oczyszczalnia ścieków po to, by oczyszczonymi wodami zacząć odnawiać te bagna. Wtedy postanowiłem również kupić ten teren. Jeden z tutejszych mieszkańców, człowiek pochodzący z Kresów, zaciągając, powiedział do mnie: „Panie, toż to krzywda to kupić, panie!”. Tak powstała „Krzywda”. W tej chwili mamy tu zarejestrowane 124 gatunki ptaków, w styczniu i lutym jest tu już pstrąg. Czyli bagno, które miało jakieś tam szczątki życia, ale związane z szambem, w tej chwili ma czyste wody, w których pływają bobry. „Krzywda” jest obiektem doświadczalnym. Na czym polega jej charakter? Z jednej strony czyścimy bagno i rejestrujemy, jakie następują zmiany, z drugiej strony w różny sposób użytkujemy przestrzeń po to, by występowały rodzime gatunki roślin i zwierząt. Jest tutaj teren nazywany przez nas lotniskiem i rzeczywiście jest to zapasowe lotnisko dla Lasów Państwowych, które je koszą i zabierają stąd trawę, czyli starają się jak najbardziej zubożyć ten obszar. Gdzie indziej jest miejsce, w którym trawa jest strzyżona raz na rok i zostawiana. Inny obszar to taki, na którym trawa jest strzyżona raz na dwa lata. Gdzie indziej wycinane są tylko drzewa, które się pojawiają, natomiast nie jest koszona trawa itd. Prowadzone obserwacje pozwalają nam określić, w jaki sposób można kształtować tę przestrzeń po to, aby występowały określone gatunki roślin, zwierząt i grzybów. Badamy również zawartość węgla z punktu widzenia Konwencji Klimatycznej protokołu z Kioto. Jest to miejsce, gdzie mamy ciągle eksplozję jednego gatunku chronionego, a mianowicie purchawki olbrzymiej, która tutaj występuje masowo. Drugim gatunkiem grzyba jest twardzioszek przydrożny, który nasze babcie wykorzystywały do nadziewania pierogów. Nie wiem, czy pani jadła?

Niestety, twardzioszka nie próbowałam.

– Jest to jeden z najbardziej aromatycznych grzybów, wyśmienity gatunek.

Dobrze układa nam się współpraca z miejscowym kołem łowieckim. Jak pani widzi, teren jest obstawiony ambonami myśliwskimi, ale służą one również do obserwacji zwierząt. Rolnicy też gospodarują na części tego terenu pod warunkiem, że mówią nam dokładnie, ile nawożą i jaki plon uzyskują, a my badamy, jaki to ma wpływ na rośliny i zwierzęta.

Na czym polega proces kompensacji przewidziany w projekcie Natura 2000?

– Wraz z rozwojem gospodarczym, szczególnie z powodu intensyfikacji rolnictwa i nieprawidłowej rozbudowy infrastruktury, nastąpił lawinowy zanik gatunków. Są państwa wysoko rozwinięte w Europie, które posiadają zaledwie 30 proc. rodzimych gatunków roślin i zwierząt, reszta zginęła. Ptaki mimo że przelatują nad tymi państwami, nie gniazdują tam. Nie ma bociana czarnego w Holandii, Belgii, nie ma tam żurawi, bociany białe są rzadkością. Reintrodukcja jest bardzo kosztowna. Państwa te, chcąc ratować swoje zasoby przyrodnicze, postanowiły je zachować poprzez kontrole, na ile działalność gospodarcza nie spowoduje dalszego ich zaniku. Wyjściem z tej trudnej sytuacji okazała się kompensacja. Jeśli zniszczymy gniazdo jakiegoś ptaka, to musimy je odtworzyć w innym miejscu, ale w tym samym kompleksie, aby on nie zginął. W związku z tym Natura 2000 nie jest specjalną metodą ochrony przed człowiekiem, tylko metodą kontroli naszej działalności w przestrzeni. W Polsce często jest to źle pojmowane i notabene prawo w tej dziedzinie kuleje.

Bywa tak, że niektóre gatunki roślin i zwierząt występują tylko w określonych miejscach. Czy może się zdarzyć, że w niektórych przypadkach niemożliwa jest kompensacja w postaci odtworzenia danego gatunku na innym miejscu?

– Ja w takie rzeczy nie wierzę. Najpierw trzeba mieć dokładną inwentaryzację i znać dokładnie biologię i ekologię poszczególnych gatunków. Gatunki, którymi człowiek gospodarzy, nie zniknęły z mapy świata. Natomiast te gatunki, które człowiek zaczął chronić w ten sposób, że przestał się nimi interesować, giną bardzo szybko. Możemy zauważyć to zjawisko na naszych powierzchniach doświadczalnych. Niektóre gatunki chronione błyskawicznie giną, jeśli człowiek się nimi nie interesuje i nie użytkuje przestrzeni, bo uruchamia się proces sukcesji. Łąka niekoszona za dziesięć lat porośnie brzozą, olszą, sosną, a za pięćdziesiąt lat będzie tam drzewostan i nie będzie tam już zupełnie tych gatunków, które występowały na łące. Są też gatunki krajobrazowe, które wymagają różnych środowisk do tego, żeby przeżyć. Weźmy na przykład pod uwagę bociana czarnego. Ptak ten gnieździ się w lasach naturalnych, tam, gdzie układ został wytworzony na drodze sukcesji przez kilkanaście tysięcy lat albo człowiek odpowiednio go użytkował, że go nie zniszczył – poluje zaś na torfowiskach. Bocian czarny musi mieć obok siebie dwa rodzaje środowisk: do gniazdowania – las naturalny, i do polowania – torfowisko. Jeśli weźmiemy z kolei pod uwagę żurawia, to tam, gdzie bocian czarny żeruje, gniazduje żuraw, a poluje na terenach otwartych, np. na użytkowanych zasobach przyrodniczych. Gdzie nie występują te gatunki? Tam, gdzie nie ma tych dwóch elementów. Jak je odtworzyć? Bardzo prosto. Należy odtworzyć naturalny drzewostan w Holandii i odtworzyć naturalne układy torfowiskowe i ten bocian od razu tam się pojawi, ale to jest bardzo kosztowne przedsięwzięcie.

W Polsce, gdy się spojrzy z punktu widzenia Natury 2000, w której jest z jednej strony dyrektywa ptasia, a z drugiej strony dyrektywa habitatowa, praktycznie wszędzie mamy coś, co interesuje Europę z punktu widzenia jej zdegradowanego środowiska. Mamy rzeczywiście wyśmienite zasoby przyrodnicze – o tym musimy wiedzieć, o tym musimy pamiętać i Natura 2000 jest dobrym elementem monitoringu naszej działalności w przestrzeni. Powtórzę jeszcze raz, to nie jest metoda ochrony przed człowiekiem.

Czy zostały zinwentaryzowane wszystkie zasoby przyrodnicze Polski w ramach projektu Natura 2000?

– W tej chwili kończymy inwentaryzację. Poprzednio ludzie, być może kierujący się dobrym sercem, zaczęli wyznaczać obszar Natura 2000 bez inwentaryzacji. W tej chwili ją kończymy. Pracuje przy tym 16 tysięcy osób. Będziemy chyba jedynym państwem, które naprawdę przeprowadziło tak szczegółową inwentaryzację.

W całej Unii Europejskiej?

– Myślę, że tak. Bardzo mocno współpracują z nami Lasy Państwowe, które z kolei współdziałają z naukowcami i z niezależnymi organizacjami. Przywiązuję do tego niezwykle wielką wagę. Jesteśmy państwem, które posiada niespotykaną w skali europejskiej liczbę gatunków priorytetowych, które giną. Mamy największe zagęszczenia gatunków najbardziej cennych, takich jak: bocian czarny, bocian biały, żuraw, orlik krzykliwy, orzeł bielik, puchacz. Mamy około tysiąca sztuk wilka. To jest dużo więcej w porównaniu z innymi państwami europejskimi. Dlaczego mamy takie bogate rodzime zasoby przyrodnicze? Pierwszym czynnikiem sprzyjającym jest ekstensywne rolnictwo. Przetrwało ono dzięki konserwatyzmowi polskiego chłopa, który się nie dał skolektywizować. Jest w tym również duża zasługa Kościoła. Nie używaliśmy takiej ilości nawozów sztucznych i środków ochrony roślin.

Drugi element to jest infrastruktura, którą budowano, nie zdając sobie sprawy z tego, że się dokonuje fragmentacji środowiska, czyli buduje bariery między sypialnią a jadalnią, i tu gatunek od razu ginie. Wyeliminowało to szczególnie gatunki migrujące i tzw. gatunki krajobrazowe. Trzeci element tworzy polskie leśnictwo. Jest to organizacja paramilitarna, gdzie nie ma demokracji, ale natura nie znosi demokracji, a posługuje się prawami przyrodniczymi i Boskimi. W Lasach Państwowych liczyła się wiedza i z tego powodu mamy tak bogate lasy polskie ze wspomnianymi już przeze mnie gatunkami. Polskie leśnictwo jest przykładem zrównoważonego rozwoju. Dlatego że od roku 1945 – nie jestem piewcą tego poprzedniego systemu – wzrosła nam lesistość i wynosi w tej chwili 30 proc. i wiek drzewostanu jest zdecydowanie wyższy pomimo eksploatacji. Przez cały ten czas polowaliśmy, zbieraliśmy grzyby, jagody, chodziliśmy po lesie i nie straciliśmy ani jednego gatunku, a wręcz przeciwnie – jest ich coraz więcej. To jest ogromny sukces polskiego leśnictwa. Leśnictwo do dziś wspomaga budżety rodzinne miejscowych, którzy zbierają grzyby, handlują jagodami i z tego żyją.

Skąd u Pana zrodziła się pasja przyrodnicza?

– Ojciec lubił polować, a ja zostałem leśnikiem. Mnie również całe życie interesowało polowanie, broń. Po maturze złożyłem podanie na SGGW z zamiarem studiowania technologii żywności, ale jak zobaczyłem tam te motyle, ptaki wypchane, to powiedziałem: dobrze, idę na leśnictwo, i zostałem leśnikiem. A ojciec bardzo mocno popierał moją decyzję. W Starej Miłosnej, gdzie mieszkam, jest moje gniazdo rodzinne, to jest dawny domek letniskowy moich dziadków, tam się urodziłem pośród lasów.

Czy podtrzymuje Pan tradycję rodzinną i chodzi na polowania?

– Oczywiście, dzisiaj idę na polowanie! Polowanie to jest następne działanie w kierunku zrównoważonego rozwoju. Dlaczego mam nie zjeść sarny?

Czy oprócz tej pasji zawodowej ma Pan jeszcze jakieś hobby?

– Gotowanie według dobrej polskiej kuchni, szczególnie dziczyzny…

Zwłaszcza tej przez siebie upolowanej?

– Oczywiście!

Jak często Pan poluje?

– Bardzo rzadko odkąd zostałem ministrem. Wcześniej polowałem dosyć często.

Jakie rodzaje zwierzyny Pan ustrzelił?

– Kilkadziesiąt byków, jeleni i kozłów, jedną kozę, pewnie sporo dzików, zajęcy, bażantów, kuropatw – mnóstwo! Moim zapomnianym już raczej hobby jest żeglarstwo, nie żegluję już wiele lat, także brydż. Kiedyś byłem lekkoatletą, w ogóle pasjonuje mnie ta dziedzina sportu, grałem też w siatkówkę.

Odnoszę wrażenie, że w Pana przypadku udało się pogodzić przedmiot zainteresowań naukowych z funkcją ministra środowiska, jedno służy drugiemu…

– Jestem szczęściarzem. Poza tym mam wspaniałą rodzinę. Młodsza córka Katarzyna skończyła architekturę krajobrazu, obroniła dwa miesiące temu doktorat i wyszła za mąż, starsza Patrycja skończyła SGH, pisze pracę doktorską związaną z konwencją klimatyczną. Całe życie miałem szczęście. O, jest moja żona!

Czym się Pani zajmuje na co dzień?

– Jestem dyrektorem szkoły podstawowej w Międzylesiu. Pracuję tam już ponad 20 lat. Uczę wychowania fizycznego, jestem pedagogiem, poza tym jako dyrektor zarządzam placówką.

Jak Państwo spędzacie wolny czas oprócz przyjazdów do Tuczna?

– Mamy duży ogród w Warszawie: większą część powierzchni zajmują drzewa, krzewy, trawnik. Mamy parę krzaczków pomidorów, trochę ogórków, kwiaty, zioła. Mamy tu również jeden ul. Kiedyś w wolnym czasie dużo robiłam na drutach – swetry, kamizelki itd. Poza tym podobnie jak mąż jestem miłośnikiem przyrody. Moja szkoła ma profil ekologiczny, mieści się w otulinie Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Prowadzimy w szkole różne programy ekologiczne, organizujemy wycieczki do Lasu Sobieskiego, do rezerwatu, mamy fantastyczne położenie, nawet w tle szkoły jest las.

Czy trudno jest być żoną ministra?

– Trzeba sobie zdawać sprawę, że jest to praca nieokreślona w sensie czasowym. Bardzo często jest tak, że nie można niczego zaplanować wcześniej. Pod tym względem trzeba się z tym po prostu pogodzić. Na szczęście nie jest to praca wieczna, niektórzy mówią, że sezonowa, potem czasu dla siebie i rodziny jest znowu więcej. Mąż wcześnie rano wyjeżdża, późno wraca. Czasami się śmiejemy, że nasze życie rodzinne realizujemy przez telefon, ale ostatecznie jakoś można to wszystko pogodzić.


Dziękuję za rozmowę.

Zdjęcie Marek Borawski

drukuj