Jak można z tym żyć?

Trudno określić liczbę śmiertelnych ofiar stanu wojennego. Opinii publicznej znane są ofiary pacyfikacji kopalni „Wujek”, manifestacji we Wrocławiu, w Gdańsku czy Lubinie. Jednak w wyniku postrzałów, pobicia, także zagazowania, ginęli nie tylko uczestnicy strajków i manifestacji, nie tylko działacze związkowi i opozycyjni oraz członkowie ich rodzin. Śmierć spotykała również zupełnie przypadkowe osoby, które miały nieszczęście znaleźć się w niewłaściwym miejscu i czasie, czasami po prostu na drodze, w pobliżu domu, na przystanku tramwajowym czy autobusowym. Tak stało się w przypadku Wojtka Cieleckiego z Białej Podlaskiej. Został zastrzelony przez pijanych żołnierzy 2 kwietnia 1982 roku. Miał wówczas zaledwie 19 lat. Jego śmierć wstrząsnęła rodzinnym miastem – Białą Podlaską, w pogrzebie uczestniczyły tłumy bialczan. Dziś na miejscu zbrodni przy ulicy Długiej stoi metalowy krzyż.


Rozmowa z Jadwigą Cielecką – matką Wojciecha Cieleckiego, zabitego w Białej Podlaskiej 2 kwietnia 1982 roku

Pani syn zginął z rąk żołnierzy stacjonujących w Białej Podlaskiej, w pobliżu Pani domu. Czy wcześniej nie dochodziło do incydentów związanych z tym sąsiedztwem?

– Mieszkamy na peryferiach Białej Podlaskiej, w bardzo spokojnej dzielnicy miasta. Zawsze czuliśmy się tu bezpiecznie. Niedaleko od nas mieściła się jednostka wojskowa i lotnisko. Sąsiedztwo to nie było jednak zbyt uciążliwe. Pracowałam w przedszkolu, do którego uczęszczało wiele dzieci „z lotniska”, dlatego znałam dużo żołnierskich rodzin, ich problemy. Zawsze uczyłam dzieci – te z przedszkola i własne – szacunku do wojska i do polskiego żołnierza, który jest obrońcą Ojczyzny. Tłumaczyłam, że dzięki niemu jesteśmy bezpieczni, a gdy zajdzie potrzeba, stanie w obronie drugiego Polaka. Również gdy został ogłoszony stan wojenny, mówiłam, że nie należy przed żołnierzami uciekać, bo nie skrzywdzą niewinnego człowieka – nie będą przecież strzelać do swego rodaka. Myślałam, że w wojsku są normalni ludzie. Syn był pewny, że to prawda. Niestety, pomyliłam się. Niejednokrotnie dochodziły nas słuchy, że w stanie wojennym żołnierze przechodzili „pranie mózgów”, wmawiano im na przykład, że „Solidarność” przygotowuje zamach stanu, że chce oddać Polskę Niemcom. Poza tym chyba czymś ich karmiono, gdyż cechowała ich niezwykła agresja. Tak zostali nastawieni przeciw „Solidarności”, że gotowi byli strzelać do własnych rodziców, gdyby dostali taki rozkaz. Żaden by się nie zawahał. Pewien porucznik, który odwiedzał nas po śmierci syna, wyznał mi, że zrozumiał swoją matkę, która gdy szedł do wojska, mówiła mu, że wolałaby, żeby połamał nogi. Dopiero w stanie wojennym przekonał się o prawdziwości jej słów.

Czy mogłaby Pani opowiedzieć o Wojtku – jakim był człowiekiem, synem?

– Był spokojny, niezwykle życzliwy ludziom, zawsze uśmiechnięty, uczynny, dlatego bardzo lubiany przez kolegów szkolnych i współpracowników, a nawet przypadkowo spotkanych ludzi. Nie miał wrogów. Kiedyś spotkałam bezdomnego mężczyznę – takiego bialskiego kloszarda, traktowanego w mieście jako dziwaka. Powiedział mi, że Wojtek jest jedynym dzieckiem, które nie tylko mu nie dokucza, ale mówi dzień dobry, traktuje z szacunkiem. Już jako dziecko kręcił się ojcu pod rękami w prowadzonym przez niego zakładzie stolarskim, wiele się nauczył. Gdy ktoś poprosił go o naprawę mebla, wykonanie jakiegoś drobnego sprzętu, chętnie się podejmował i robił to bezinteresownie. Dla mnie był pomocą, także w pracach domowych.

Skończył kaletniczą szkołę zawodową, ale ponieważ bardzo dobrze się uczył, planował kontynuowanie nauki w technikum. Tymczasem pracował w wyuczonej specjalności – jako kaletnik. Zapisał się do zakładowej „Solidarności”, bo uwierzył – jak wielu Polaków – że dzięki niej „Polska będzie Polską”.

Noc z 1 na 2 kwietnia 1982 r. przeszła do historii w Białej Podlaskiej jako „czarna noc”. Co się wówczas działo w mieście?

– Na przełomie marca i kwietnia w bialskiej jednostce wojskowej zmieniało się dowództwo i to była okazja do świętowania – głównie przy pomocy alkoholu. 1 kwietnia w supersamie sprzedawali wino bez kartek, więc żołnierze, milicjanci i zomowcy kupowali całymi skrzynkami. Wojtek był tego dnia w sklepie, widział, co się dzieje. Nie skorzystał z okazji, nie kupił alkoholu, ale za kartki wykupił cukierki, które miał schować na imieniny, ale zaraz rozdał je dzieciom. Gdy wrócił do domu, przewidywał, że ta noc w Białej nie będzie spokojna. Między innymi z powodu tych obaw wyszedł z domu o godz. 23.00, a więc już po godzinie milicyjnej, by przyprowadzić siostrę z przystanku autobusowego. Małgorzata pracowała w spółdzielni krawieckiej „Nowy Styl”, tego dnia miała nocną zmianę. Przystanek był na sąsiedniej ulicy, mniej więcej pół kilometra od naszego domu. Mieszkaliśmy na spokojnym przedmieściu, nie sądziłam, że kogoś o tej porze spotka po drodze.

Wyszedł o godz. 23.00, a został zastrzelony przed godz. 3.00. Co się działo w tym czasie?

– Małgorzata wróciła od autobusu sama, nie spotkała po drodze Wojtka. Bardzo nas to zaniepokoiło, ale nie było możliwości uzyskania jakichkolwiek informacji. Jedyny telefon na naszej ulicy był w domu oddalonym o około kilometr. O tragedii dowiedziałam się dopiero rano, gdy jechałam do lekarza na umówioną wizytę. Byłam wówczas poważnie chora na kręgosłup. Fragmentaryczne informacje o tym, co się wydarzyło, docierały do nas przypadkowo. Prawdopodobnie było kilku świadków tego, co działo się z synem, ale nikt nie chciał o tym mówić. Ludzie się bali. Z tych wyrywkowych informacji dowiedzieliśmy się, że po drodze przypadkowo natknął się na dwóch pijanych żołnierzy z pobliskiej jednostki. Jeden był w randze starszego sierżanta (Andrzej Kuśpit), drugi – porucznika (Gregorczyk). Szli „na melinę”, która znajdowała się przy naszej ulicy, by dokupić alkohol. Zastąpili synowi drogę, nagabywali go o wódkę. Prawdopodobnie żądali od niego, by kupił dla nich alkohol, ale on się nie zgodził. Zaczęli go bić. Sąsiadka powiedziała, że widziała, jak żołnierze tłukli go leżącego na ławce przy przystanku. W pewnej chwili wyrwał się im i schował na pobliskim podwórku. Został jednak stamtąd wyrzucony przez gospodarza posesji, wyszedł na ulicę. Tam dorwali go prześladowcy. Zaczęli go ponownie katować, ale tego było za mało – na koniec wystrzelali do niego cały magazynek nabojów. Jedna z kul trafiła w głowę, inna przebiła aortę. Stało się to o godz. 2.45. A więc był bity przez ponad 3 godziny. Gdy pogotowie zabrało syna do szpitala, nie było już dla niego ratunku. Ktoś ze spółdzielni stolarskiej, w której pracował mój mąż, powtórzył mi, że dotarł tam porucznik Gregorczyk i na portierni wygrażał: „Jeśli gówniarz żyje, jeszcze mu pokażę, co to znaczy wojsko, jak się słucha wojska!”. Gdy schwytała ich żandarmeria wojskowa, zostali najpierw odstawieni na pogotowie. Lekarka opowiadała mi potem, że żołnierze byli tak pijani, że byli ledwie przytomni.

Wszyscy współpracownicy Wojtka, gdy się dowiedzieli o tragedii, poszli do szpitalnej kostnicy, by złożyć hołd koledze – ofierze bestialstwa. Za to ZOMO obstawiło cały zakład. Na pogrzeb syna przybyły olbrzymie tłumy ludzi. W dużej mierze dzięki temu, że na mieście porozklejane było setki kartek z informacją o czasie i miejscu Mszy św. pogrzebowej. Koledzy syna porozklejali plakaty z różnymi napisami, m.in.: „Hitlerowcy! Oddajcie syna matce”, „Jak mogliście to zrobić?”.

Przed pogrzebem zastępca dowódcy wezwał mnie na rozmowę i straszył, że jeśli dojdzie do jakichś demonstracji, to będą strzelać. Mieliśmy jeszcze dwoje dzieci, zaczęłam krzyczeć: „Strzelajcie, będzie od razu pięć trumien! Za jednym zachodem będziecie mieli z nami spokój”. Jednak bardzo się baliśmy o tych, co przyszli na pogrzeb. Koledzy Wojtka wpadli na pomysł, żeby w drodze z kościoła na cmentarz zanieść trumnę na lotnisko. Byłam tym pomysłem przerażona.

Ta zbrodnia, w przeciwieństwie do wielu popełnionych w stanie wojennym i w następnych latach, miała swój finał w sądzie.

– Tak, ale była to parodia procesu. Żołnierzy, którzy napadli syna, aresztowała żandarmeria wojskowa. Wojsko ich podało do sądu, żądając kary śmierci dla obydwu. Jednak tylko sierżant Kuśpit był przesłuchiwany, porucznika Gregorczyka wkrótce zwolniono, nawet nie powołano przed sąd jako świadka. W czasie procesu nikt nie powiedział, że syn zginął niewinnie. Oskarżony twierdził, że to syn był pijany, podawał się za dowódcę jakiejś bandy i chciał ich pozabijać, więc musieli się bronić: tak się go bali, że musieli go zastrzelić. Gdy na jednej rozprawie zabrałam głos, nie informowano mnie o terminie następnych rozpraw. Sprawa toczyła się za plecami rodziny. Sierżant Andrzej Kuśpit został skazany na 12 lat.

Ponieważ byłam poważnie chora, mogłam walczyć o rentę po synu, ale wojsko nie chciało tego wziąć na siebie. Poinformowano mnie, że mogę się ubiegać o indywidualną rentę od sprawcy zabójstwa syna. Nie uczyniłam tego. Wiedziałam, że Kuśpit jest alkoholikiem, ma dwoje dzieci i ciężko chorą żonę – po operacji zastawki serca. To oni musieliby ponosić konsekwencje zbrodni ojca. Zabójca syna wyszedł z więzienia już po 4 latach, jego żona zmarła, on sam wyjechał z Białej. Nie wiem, co się dzieje z jego dziećmi.

Mimo upływu czasu ciągle zadaję sobie pytanie, dlaczego to właśnie spotkało mego syna, ale wiem, że odpowiedź zna tylko Pan Bóg. I On pomógł mi wypełnić pustkę, jaka pozostała po Wojtku. Zaprzyjaźniłam się z młodzieżą oazową, od 1983 r. zaczęłam z nimi jeździć na rekolekcje, prowadziłam kuchnię. Dzięki temu dziś oprócz dwojga swoich dzieci mam gromadę tych oazowych, dla których byłam i pozostałam „ciocią” – tak się do mnie zwracają. Przyjeżdżają do mnie, odwiedzają mnie, piszą listy.

Od tamtych wydarzeń minęły 24 lata, zabójca syna jest 20 lat na wolności, w tym czasie nie odezwał się do nas ani słowem, nie przeprosił, nie powiedział, co się wtedy stało, nie wyraził żalu za to, co zrobił. Porucznik Gregorczyk pozostał zupełnie bezkarny. Nie wiem, jak można z tym żyć. Czy w ogóle rozumieją, co zrobili? Modlę się o nich, by zrozumieli, co uczynili.

Dziękuję za rozmowę.

Anna Wasak
drukuj