Irlandia znów powie Unii „nie”?
Wyniki drugiego już referendum w sprawie ratyfikacji traktatu lizbońskiego w Irlandii poznamy już dzisiaj po południu. Referendum będzie ważne bez względu na frekwencję. Jak podkreślali komentatorzy, w przypadku odrzucenia ratyfikacji Bruksela nie dostanie już kolejnej szansy, gdyż trzecie referendum nie wchodzi w grę. Nastroje w społeczeństwie tuż przed głosowaniem były bardzo zróżnicowane, dlatego też, pomimo ostatnich sondaży wskazujących na zdecydowane poparcie traktatu, wynik referendum nie jest wcale przesądzony.
Ostatnie badania opinii publicznej przeprowadzone w Irlandii tuż przed referendum w sprawie przyjęcia traktatu lizbońskiego wskazywały, że mieszkańcy Zielonej Wyspy mogą przyjąć ten dokument stosunkiem głosów nawet 2:1. Według gazety „Sunday Business Post”, ponad 55 proc. Irlandczyków zamierza głosować za wejściem w życie traktatu z Lizbony. Zaledwie 27 proc. jest przeciwnych, niezdecydowani zaś to ok. 18 proc. Zdaniem gazety, mimo że przeciwnikom traktatu udało się w dniach bezpośrednio poprzedzających referendum pozyskać głosy tych ostatnich, to jednak nie zdobędą ich na tyle, by przechylić szalę na swoją stronę.
Ofensywa przeciwników traktatu lizbońskiego niepokoi przedstawicieli irlandzkiego rządu. Minister spraw zagranicznych Micheal Martin podkreślał, że pomimo tak dobrych sondaży nie należy popadać w przesadne zadowolenie. – Wsparcie dla referendum jest silne, jednakże wciąż wiele osób się zastanawia, przedstawiciele „kampanii na nie” zaś zasygnalizowali, że będą wzmacniać swoje działania – mówił szef dyplomacji tuż przed głosowaniem.
Ganley po raz kolejny poderwie Irlandię?
Symbolem owej „kampanii na nie” jest Declan Ganley, szef partii Libertas, który także i tym razem postanowił zmobilizować wszystkie siły, by ostrzec swoich rodaków przed popieraniem tego dokumentu. – Wiatr się zmienił. Ludzie o szerokich horyzontach są uodpornieni na taktykę ekonomicznego zastraszania, stosowaną przez stronę „TAK”, która wielokrotnie sugerowała, jakobyśmy nie zdobywali sympatii ani jednego obywatela – mówił Ganley.
Większość pozostałych ugrupowań irlandzkiego parlamentu wzywała do głosowania na „tak”. Przewodniczący kampanii „Irlandia dla Europy” Pat Cox stwierdził, że od pewnego czasu doświadcza bardzo pozytywnych reakcji wśród ludzi. – Pomimo że sondaże dają nam dużo nadziei, to jednak nie zostawiamy nic przypadkowi – zapowiedział walkę z przeciwnikami traktatu Cox. – Biorąc pod uwagę czarną propagandę zwolenników głosów na „nie”, podwajamy nasze wysiłki, aby rozpowszechniać dobre nowiny o Lizbonie, by uzyskać pozytywny wynik i głosy na „tak” – dodał.
Taka prezentacja kwestii Lizbony, jak zauważają wyspiarscy komentatorzy, sprawia, że Irlandczycy po raz kolejny przystąpią do referendum niedoinformowani. Jak podkreśla Elizabeth Monaghan w swoim komentarzu dla internetowego wydania dziennika „Guardian”, zarówno poprzednio, jak i teraz, większość głosów na „nie” oznacza zwyczajnie „nie wiem, na co głosuję”. Tym razem, jak dodaje, głos przeciwko traktatowi może także oznaczać złość ze względu na niezaakceptowanie przez Brukselę poprzedniego irlandzkiego „nie”. „Rządzący często mówią o konieczności przeprowadzenia szerokiej publicznej debaty na temat członkostwa we Wspólnocie Europejskiej, ale rzadko ta retoryka znajduje odzwierciedlenie w konkretnych działaniach, i podobnie ma to obecnie miejsce w Irlandii” – pisze Monghan.
Wsparcie zza miedzy
Oprócz wewnętrznej opozycji prounijny rząd Irlandii musi także zmagać się z działaniami antyunijnych ugrupowań brytyjskich. W kampanię wzywającą do odrzucenia traktatu z Lizbony włączyła się także brytyjska Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP), która wysłała do irlandzkich domów setki tysięcy ulotek. Zdaniem Pata Coxa, jest to próba zmanipulowania i zinstrumentalizowania Irlandczyków. Z drugiej strony, część polityków z Wielkiej Brytanii zaangażowała się w nakłanianie mieszkańców Zielonej Wyspy, by poparli ten dokument. Czynili to zwłaszcza przedstawiciele laburzystów, którym obecnie szczególnie zależy na odzyskaniu wpływów, zwłaszcza w polityce krajowej. Ma im w tym pomóc właśnie ratyfikacja traktatu lizbońskiego. Jeśli bowiem do tego dojdzie, jest niemal pewne, że nowo powstałe wówczas stanowisko „prezydenta Unii Europejskiej” przypadnie Tony”emu Blairowi, byłemu premierowi Wielkiej Brytanii z ramienia partii laburzystowskiej.
Konserwatyści jednakże nie zamierzają ułatwiać obecnemu rządowi utrzymania władzy i sami chcą odnieść polityczną korzyść w związku z irlandzkim referendum. Szef torysów David Cameron w przeddzień głosowań zapowiedział, że jeśli jego ugrupowanie zwycięży w następnych wyborach parlamentarnych, wówczas jego rząd przeprowadzi referendum w kwestii traktatu lizbońskiego w Wielkiej Brytanii. Dodał, że nastąpi to, nawet jeśli wszystkie pozostałe kraje Wspólnoty ratyfikują ten dokument.
Także dziennik „The Times” podkreśla, że irlandzkie referendum może być wyjątkowo ważne, także dla przyszłości polityki na Wyspach. „Kilka milionów Irlandczyków zadecyduje o losie traktatu lizbońskiego, dokumentu, którego prawie nikt nie przeczytał, a który zadecyduje o sile struktur unijnych nawet na dziesięć najbliższych lat” – czytamy. Sam fakt, że Irlandczycy zostali zmuszeni do ponownego przeprowadzenia referendum, jest, zdaniem dziennika, wielce zadziwiający. „Ta cała farsa powinna rozzłościć każdego, komu zależy na demokracji i w ogóle na Europie” – pisze komentator „Timesa” Bill Emmott. Jak dodaje, wcześniejsze odrzucenie tzw. konstytucji europejskiej przez Francję i Holandię, i odrzucenie tego wyniku przez instytucje w Brukseli pokazuje, że tak naprawdę mało komu na owej demokracji zależy.
Łukasz Sianożęcki
