Informatyczne podziemie

Prawie pięć lat temu Donald Tusk podpisał zobowiązanie, że jego rząd
podejmie rzeczywistą walkę z korupcją. Dzisiaj dowiadujemy się, że Komisja
Europejska z powodu korupcji w polskim resorcie spraw wewnętrznych wstrzymała
wypłatę 3,7 mld zł na informatyzację administracji.

Przez cztery lata urzędnicy Centrum Projektów Informatycznych MSWiA,
departamentu powstałego w 2008 r., kradli bezkarnie pieniądze dosłownie na
oczach swoich przełożonych. A przecież oprócz policji i nadzoru ministerialnego
była jeszcze osławiona – i już dawno przez opinię publiczną zapomniana – tarcza
antykorupcyjna i pełnomocnik rządu do spraw walki z korupcją. Dzisiaj trudno
oprzeć się wrażeniu, że PR-owa zagrywka rządu Donalda Tuska z tarczą
antykorupcyjną i powołaniem pełnomocnika rządu do spraw walki z korupcją
utrwaliła mechanizmy korupcyjne w administracji publicznej. Korupcja w CPI
związana była głównie z wprowadzeniem dowodu biometrycznego, który miał być
sztandarowym projektem rewolucji informatycznej rządu Donalda Tuska.
Od 2008 do 2010 roku trwała w prasie kampania propagandowa mająca udowodnić, że
rząd Platformy Obywatelskiej jest nowoczesny, ponieważ wprowadza dowody
elektroniczne (inna nazwa dowodu biometrycznego). Otóż trzeba przypomnieć, że
całość projektu, łącznie z otrzymaniem na jego realizację pieniędzy z UE,
opracował rząd Prawa i Sprawiedliwości. Co więcej, aby wprowadzić dowód
biometryczny, trzeba było najpierw dokończyć wymianę starych ("zielone
książeczki") na nowe dowody wydawane w Polsce od 2000 roku. Za rządów PiS w roku
2007 udało się wymienić ponad 10 milionów dowodów. Ta sprawność organizacyjna
rządu, wojewodów i samorządów zadziwiła – wręcz przestraszyła – posłów PO. "Jak
to się wam udaje?" – pytali mnie posłowie PO (byłem wiceministrem w MSWiA
odpowiedzialnym za tę operację).

Pomoc Kościoła

Odpowiedź była prosta: w tę ogromną akcję administracyjną zaangażował się
Kościół katolicki w Polsce oraz media z nim związane. Radio Maryja nadawało
regularne komunikaty do obywateli, którzy nie dokonali jeszcze wymiany
"zielonych książeczek" na nowe, plastikowe dowody. Także Telewizja Trwam, "Nasz
Dziennik" (oraz inne pisma katolickie) i oczywiście wszystkie parafie, które po
niedzielnej Mszy Świętej (od czerwca 2007 r. urzędy wymieniające dowody były w
niedziele otwarte) przekazywały komunikaty wiernym, by ci, którzy jeszcze nie
dokonali wymiany dowodu, to zrobili. Efekty tej współpracy między rządem i
Kościołem katolickim zaowocowały – niespodziewanym dla wielu obserwatorów –
sukcesem. Do listopada 2007 r. udało się dokończyć wymianę starych dowodów na
nowe. Piszę o tym dzisiaj – w obliczu antykościelnej kampanii rządu i nachalnej
antychrześcijańskiej ofensywy środowisk lewackich – by przypomnieć, że Kościół
katolicki w Polsce zawsze pomagał państwu. Rząd Donalda Tuska wypowiedział
Kościołowi wojnę, chcąc najprawdopodobniej zniszczyć najbardziej propaństwową
instytucję w naszej Ojczyźnie.

Agnieszka już tu nie mieszka

Po co jednak poprzedni rząd PiS zamierzał wprowadzić dowód biometryczny? Po
to, by obywatel, zmieniając miejsce zamieszkania, nie musiał zmieniać
plastikowego dowodu osobistego, na którym adres jest wygrawerowany? Co należy w
takim wypadku zrobić? Odpowiedź – w erze elektroniki – jest ewidentna: zapisać
na chipie adres i w momencie przeprowadzki zmienić go w uprawnionym do tego
urzędzie. Takie było najogólniejsze założenie projektu pl.ID (dowód
biometryczny) w chwili rozpoczęcia wprowadzania go wiosną 2007 roku. Co
natomiast zrobił rząd Donalda Tuska? W tym miejscu trzeba dodać jedno
wyjaśnienie: otóż rząd PiS zakładał, że wszystkie urzędy oraz miejsca sprzedaży,
w których wymagane jest okazanie dowodu osobistego, będą wyposażone w tzw.
czytniki. Mechanizm sprawdzania miejsca zamieszkania i meldunku obywatela byłby
w takiej sytuacji niezwykle prosty. Urzędnik wkładałby dowód do czytnika i na
jego ekranie wyświetlony byłby adres zamieszkania, który można by w razie
przeprowadzki zmienić.

Co zrobił natomiast rząd Donalda Tuska? Pierwszą decyzją ministra spraw
wewnętrznych i administracji z rządu PO była likwidacja zakupu czytników.
Powstawało w takiej sytuacji pytanie: W jaki sposób urzędnik będzie wiedział,
gdzie posiadacz dowodu mieszka? Na to pytanie rząd znalazł niezwykłe
rozwiązanie: zlikwidował po prostu w ustawie o dowodach osobistych adres.
Rzeczywiście, bez zamieszczania adresu nawet w chipie problem wymiany dowodu w
przypadku przeprowadzki automatycznie znika. Czy w takim razie w Polsce 1
stycznia 2013 roku miał zniknąć obowiązek meldunku? Nie, ponieważ ustawa o
ewidencji ludności uchwalona w 2011 r. w praktyce utrzymuje obowiązek
meldunkowy.
Z punktu widzenia obywatela propozycja opisana w projektowanej ustawie nie wnosi
zasadniczej zmiany. Zamieniono nazwę "adres zamieszkania" na "podstawowy adres
zamieszkania" (co ten absurd miał oznaczać?). Obywatel został zobowiązany do
terminowego (3-miesięcznego) informowania właściwego urzędu o zmianie adresu.
Oczywiście są zmiany usprawniające procedurę zmiany adresu – tak jak było to
zapowiadane w projekcie PESEL2, zmiana nastąpi tylko w nowym urzędzie, a urząd
ten sam poinformuje dawny urząd o zaistniałej sprawie. Czyli nowa ustawa
gwarantowała, że obywatel nie musiałby się wymeldowywać ze starego miejsca
zamieszkania. W ustawie o ewidencji brak jest logicznego wyjaśnienia, jaka jest
różnica między "adresem zamieszkania" a "podstawowym adresem zamieszkania" i
dlaczego ten drugi nie jest włączony do elektronicznego dowodu osobistego.

Jeden obywatel, dwa dowody

Z formalnego punktu widzenia dla obywatela dogodne byłoby, aby ten adres
znalazł się na dowodzie. Zamiast tego MSWiA planowało wydawać zaświadczenia w
formie papierowej, co wiąże się z dużymi problemami. Po pierwsze, obywatel
dotychczas miał jeden dowód tożsamości, na którym zapisany był także jego adres.
Natomiast od 1 stycznia 2013 roku obowiązywałyby dwa dokumenty – jeden
elektroniczny, drugi papierowy. Ale właściwie nie wiadomo, dlaczego na chipie
nie wpisuje się nowego adresu zamieszkania. Powtórzmy: od 1 stycznia 2013 r.
obywatel zamiast jednego dowodu osobistego miał posiadać dwa. Tak wyglądają
reformy á la Tusk.
Wnioski są ewidentne: mamy do czynienia nie tylko z aferą korupcyjną w
klasycznym tego słowa znaczeniu, ale także z gigantyczną korupcją intelektualną
polegającą na zmianie projektu dowodu biometrycznego w interesie wielkich firm
informatycznych – nieunikniona byłaby bowiem biometryzacja papierowego
zaświadczenia i nowy, wielki, bezsensowny projekt informatyczny. Jednak to nie
wszystko. W latach 2008-2010 na stronie internetowej MSWiA o projekcie "dowód
biometryczny" – jednym z trzech największych projektów informatycznych w Unii
Europejskiej – nie mogłem znaleźć ani słowa. Były zakładki informujące o
projektach PESEL2, CEPiK, o Polsce cyfrowej, a jakże, ale o projekcie, który
dotyczy każdego z nas i na którym firmy informatyczne miały zarobić mnóstwo
pieniędzy – nic.

Trzeci poziom zakładek

Ponieważ z definicji jest to niemożliwe, więc ktoś zainteresowany projektem w
latach 2008-2010 zaczynał poszukiwania: u góry strony znajdował zakładkę
"Informatyzacja". Klikał i w tytułach nowych zakładek szukał naszego projektu.
Niestety, nie znajdował go, więc zaczynał sprawdzać, co się kryje pod nazwami
e-elementarz, e-pułap i w końcu w zakładce Centrum Projektów Informatycznych
znajdował nasz projekt. Informacje o projekcie umieszczono zatem na trzecim
poziomie zakładek, czyli w internetowym podziemiu. Jednak gdy już klikaliśmy na
napis pl.ID, to stwierdzaliśmy, że z lektury strony poświęconej wprowadzeniu
dowodu biometrycznego nie dowiadujemy się niczego. Wniosek? W latach 2008-2010
urzędnicy MSWiA zamiast upowszechniać informacje o projekcie dowodów
biometrycznych, starannie je ukrywali, tak jakby działali w informatycznym
podziemiu, a nie w państwie prawa.
Skutkowało to także naruszeniem unijnego prawa. Każdy urzędnik wie, że projekt
unijny powinien być prowadzony przez tzw. komitet sterujący, którego członków
mianuje minister, w tym wypadku szef MSWiA. Czy taki komitet został powołany?
Czy podjął jakieś decyzje, a jeśli tak, to jakie? A może nie został powołany i
wszystkie decyzje były nieprawomocne w świetle unijnego prawa?
Każdy unijny projekt powinien być też opisany w dokumencie nazywanym MasterPlan.
Dokument ten, stale aktualizowany, odzwierciedla zmiany wprowadzane w trakcie
realizacji projektu. Poprzedni rząd Jarosława Kaczyńskiego przyjął MasterPlan
dla pl.ID. Czy rząd Donalda Tuska wprowadził w nim zmiany, czy w ogóle
MasterPlan istniał? Powtórzmy raz jeszcze: zamiast informacje o projekcie pl.ID
upowszechniać, urzędnicy MSWiA ukrywali je, zaś ich polityczni zwierzchnicy,
czyli ministrowie i wiceministrowie, nie wypełniając swoich ustawowych
obowiązków nadzorowania merytorycznego projektu, nie mieli w praktyce zielonego
pojęcia, co się z nim dzieje. Doprowadziło to do gigantycznej korupcji i w
efekcie do wstrzymania dotacji na informatyzację przez Unię Europejską.
 

Piotr Piętak


Autor jest z zawodu informatykiem, w latach 2005-2007 pełnił funkcję
wiceministra spraw wewnętrznych i administracji w rządzie PiS.

drukuj