In vitro to nie terapia
Albowiem mądrość i wykształcenie to bojaźń Pana, a w wierności i łagodności ma On upodobanie (Syr 1, 27). Nie czyń zła, aby cię zło nie pochłonęło. Odstąp od nieprawości, a ona odstąpi od ciebie (Syr 7, 1).
Jakich argumentów należy używać, co musi się wydarzyć, aby sprawy – wydawałoby się – najbardziej podstawowe, mogły znaleźć przysługujące im miejsce w debacie parlamentarnej? To, że posłowie odrzucili obywatelski projekt ustawy będącej próbą uporządkowania kwestii in vitro w Polsce, nie dopuszczając nawet do dyskusji nad nim w komisji, świadczy o lekceważeniu ludzi i arogancji sprowadzającej się do mniemania o własnej nieomylności. Nazywanie wiedzy ideologią, nieustanne wytykanie katolickości jako niewybaczalnej wady osobom, które bezwarunkowo cenią życie – to sposób działania mędrców zasiadających w ważnych gremiach.
Fałsz o jedynie słusznej linii działania na polu niepłodności par, czyli programie in vitro, przybrał monstrualne kształty. To już prawie narodowy program! Śmiertelnie poważne głosy o poprawie losu świata poprzez usystematyzowanie „bałaganu”, „zmniejszeniu” liczby zamrożonych zarodków (czytaj: istot ludzkich) dzięki regulacjom prawnym itp., itd. nie zmieniają istoty sprawy, nieustannie bowiem ignorują człowieka używanego jak przedmiot wyjęty spod ochrony prawa, zezwalając w dalszym ciągu na eksperyment w postaci tworzenia ludzi na płytce Petriego. Nie ma innego wyjścia, oto kres umysłowych wysiłków! A niepłodne pary małżeńskie oczekują pomocy…
Istnieje przypuszczenie, że politycy wcale tego nie rozumieją ani nawet nie orientują się w sytuacji. Prawdopodobnie nie wiedzą, iż ludzie są niepłodni z powodu nękających ich chorób, które należy diagnozować i leczyć. Wydaje się też, że ciągle nie dociera do nich fakt, iż in vitro nie ma nic wspólnego z terapią i w rzeczywistości jest tylko usługą wykonywaną często na chorym organizmie kobiety, która zarówno przed zabiegiem, jak i po nim pozostaje w dalszym ciągu niezdiagnozowana i niewyleczona. A przecież można leczyć niepłodność, stosując naprotechnologię. Ta wspaniała, nowoczesna nauka wykorzystująca najnowsze osiągnięcia biotechnologii, specjalizacji zabiegowych, a przede wszystkim znakomitą znajomość ludzkiej fizjologii, łączy w sobie interdyscyplinarne podejście do chorych z ogromnym szacunkiem do zdrowia i życia ludzkiego. Dbałość o szczegóły, perfekcja technik operacyjnych, wielość poświęconego czasu, cierpliwość, traktowanie pacjenta jako podmiotu, a nie przedmiotu – to kolejne cechy wyróżniające program naprotechnologii i oczywiście ustawiające go w opozycji do prymitywnego, odczłowieczonego in vitro. To walka na śmierć i życie, oczywiście ze strony lobby invitrowców, którzy zrobią wszystko, aby nie uszczuplić swoich wpływów i nie dopuścić do upowszechnienia wśród społeczeństwa wiedzy o naprotechnologii. Któż bowiem o zdrowych zmysłach, mając do wyboru program skuteczniejszy, terapeutyczny, tańszy, szanujący wszystkich uczestników, łącznie z poczętym w sposób naturalny dzieckiem, wybierze upokarzający, droższy, często kończący się niepowodzeniami, nieprzynoszący odpowiedzi na pytania o przyczynę choroby i w efekcie nierozwiązujący problemu niepłodności?
Invitrowcy będą więc z uporem maniaka trwać przy swoim, chyba że się nawrócą, czego chwalebne przykłady wśród praktykujących lekarzy zdarzają się coraz częściej. Profesja medyczna ma bowiem to do siebie, że kiedyś upomina się o swoje… Satysfakcja, iż kogoś się rzeczywiście wyleczyło, a nie tylko wykonało jakąś usługę, przeważa nawet profity finansowe. Nadzieja więc w naprotechnologii i w lekarzach, że zechcą kształcić się w tej pięknej dyscyplinie; w mediach, że zaczną rzetelnie informować społeczeństwo o nowych szansach; i wreszcie w politykach, że może zechcą trochę się dokształcić albo zapytać specjalistów o zdanie i wysłuchać tych, którzy zadają sobie trud wyręczania ich w pracy poprzez tworzenie inicjatyw obywatelskich.
Hanna Wujkowska
