Idą śladami swoich ojców

W pierwszej chwili był szok i niedowierzanie. Czas po 10 kwietnia 2010 r.
przyniósł ból z powodu utraty najbliższych osób oraz pytania o to, jak będzie
wyglądała przyszłość bez nich. Potem rozpoczęła się trwająca do dziś walka o
poznanie prawdziwych przyczyn katastrofy, w której zginęli. Wiedzieli, że muszą
zatroszczyć się o to, aby to, kim byli i co robili ich ojcowie – wybitne
postacie polskiego życia publicznego – nie zostało zapomniane i zaprzepaszczone.
Ci, odchodząc w pełni życia, pozostawili wiele niedokończonych spraw i planów.

Dla Pawła Kurtyki, Jakuba Płażyńskiego i Sebastiana Putry pójście w ślady
swoich ojców to inspiracja i wyzwanie.

– Poczułem, że nadszedł czas, kiedy nie mogę być bierny. Po tym jak zabrakło
mojego ojca, życie wymaga, abym to ja się zaangażował – mówi Paweł Kurtyka.
Półtora miesiąca po katastrofie wraz z grupą swoich znajomych założył
Stowarzyszenie Studenci dla Rzeczypospolitej.

Paweł ma 22 lata. Studiuje architekturę na Politechnice Krakowskiej, niedawno
ukończył licencjackie studia archeologiczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jego
śp. ojciec, dr hab. Janusz Kurtyka, który od 2005 r. był prezesem Instytutu
Pamięci Narodowej, dał się poznać jako świetny historyk i bezkompromisowy
antykomunista. Prowadzona przez niego instytucja była niezależna od partyjnych
gier, co wzbudzało niechęć części politycznego establishmentu do stojącego na
jej czele prezesa.

Stowarzyszenie, które prowadzi Paweł Kurtyka, przyjęło sobie za cel, aby
zainteresować młodych ludzi polskim życiem publicznym oraz promować historię
Polski ze szczególnym uwzględnieniem dziejów najnowszych. – Tematy społeczne i
historyczne traktowane są w naszym kraju po macoszemu. Wielu młodych, zajmując
się studiami i swoim życiem prywatnym, nie ma praktycznie żadnej wiedzy na temat
naszej historii, polityki i nie jest świadomych procesów zachodzących w Polsce –
tłumaczy Paweł.

Aby to zmienić, stowarzyszenie organizuje konferencje, debaty i spotkania z
udziałem znanych postaci polskiego życia publicznego i naukowego na tematy
dotyczące stanu państwa w najważniejszych jego sektorach (np. armia, energetyka,
edukacja) oraz problemów życia społecznego (aborcja, in vitro). Drugim filarem
działań stowarzyszenia jest historia. Jest ono organizatorem happeningów
poświęconych pamięci o bohaterach i wydarzeniach z najnowszej historii Polski. I
tak na przykład 1 marca br., w Narodowym Dniu Żołnierzy Wyklętych, podróżni na
Dworcu Centralnym w Warszawie zobaczyli rekonstrukcję leśnego posterunku
wojskowego, a wcześniej – 13 grudnia 2011 roku, w 30. rocznicę wprowadzenia
stanu wojennego, na płycie krakowskiego Rynku Głównego można było oglądać
transportery opancerzone SKOT oraz sceny pokazujące rozbijanie manifestacji
"Solidarności" przez oddziały ZOMO i LWP. Stowarzyszenie zorganizowało też
szereg mniejszych spotkań, przybliżających młodym ludziom np. życie i śmierć ks.
Jerzego Popiełuszki czy twórczość Józefa Mackiewicza.
– Chcemy, aby nasze akcje były jak najbardziej spektakularne, przebijały się do
mediów, a przez to docierały do jak największej rzeszy odbiorców – wyjaśnia
Paweł strategię kierowanej przez siebie organizacji, która cały czas rozbudowuje
swoje struktury. W sumie posiada już oddziały w czterech miastach w Polsce:
Krakowie, Warszawie, Łodzi i Lublinie.

Niedawno Stowarzyszenie Studenci dla Rzeczypospolitej poparło strajk głodowy
w obronie nauczania historii w szkołach średnich, prowadzony przez działaczy
"Solidarności" z czasów PRL w kościele św. Stanisława Kostki na krakowskich
Dębnikach, a teraz kontynuowany w Warszawie. Członkowie stowarzyszenia, w tym
Paweł, w strajk zaangażowali się również czynnie w formie protestu rotacyjnego,
tzn. zmieniając się co dwa dni. – Dla mnie historia jest kręgosłupem tożsamości
narodowej. Ograniczenie liczby jej godzin w szkołach sprawi, że młodzi Polacy
będą mieli znacznie trudniejsze zadanie, żeby odnaleźć swoje miejsce w Europie i
poczuć dumę z tego, kim są – tłumaczy.

Dla Pawła Kurtyki historia to nauczycielka życia. – Historia lubi się
powtarzać. Wszystko, co się dzieje obecnie, wypływa z przeszłości. Dlatego
znajomość historii pozwala właściwie ocenić obecną sytuację naszego kraju i nie
popełniać ciągle tych samych błędów – podkreśla. Wskazuje na przyczyny
prowadzenia polityki świadomego lekceważenia tych podstawowych prawd przez
rządzących. – To chęć tworzenia społeczeństwa mniej świadomego otaczającej go
rzeczywistości, mniej wyedukowanego, kosztem lepszego przygotowania ludzkiego
"produktu" do wykonywania konkretnego zawodu – ocenia.

Swoją działalność Paweł Kurtyka traktuje jako pewną formę kontynuacji tego,
czym się zajmował i o co walczył jego ojciec. Tym bardziej że to właśnie jemu
zawdzięcza swoje zainteresowanie historią. – Ojciec bardzo dbał o to, żebyśmy z
młodszym bratem nie byli obojętni na sprawy Polski – wspomina. – W domu często
rozmawialiśmy o historii i o jego pracy. Bardzo lubiliśmy te rozmowy, zwłaszcza
że cała rodzina utożsamiała się z tym, co robił. Dla ojca była to walka o prawdę
o polskiej historii, a my staraliśmy się go w tym wspierać, jak tylko mogliśmy.
Dziś Paweł wraz ze swoją mamą Zuzanną Kurtyką bierze udział w batalii o prawdę
na temat przyczyn katastrofy smoleńskiej. Ważnym jej elementem była wizyta w
Stanach Zjednoczonych w listopadzie 2010 r., gdzie wraz z byłą szefową MSZ Anną
Fotygą i przewodniczącym zespołu parlamentarnego badającego przyczyny katastrofy
Antonim Macierewiczem Paweł uczestniczył w rozmowach mających na celu
umiędzynarodowienie śledztwa.

Na dodatek tak jak przed 2010 rokiem, tak i teraz przychodzi mu mierzyć się z
niesprawiedliwymi i krzywdzącymi opiniami o swoim ojcu, jakie od czasu do czasu
pojawiają się w mediach. – Ojciec zawsze mówił to, co myślał. Był wielkim
patriotą i bardzo uczciwym człowiekiem. Mogliśmy zobaczyć, jak rzeczywistość
przedstawiana w wielu mediach różni się od tego, jak jest naprawdę – podkreśla.

Opisując obecność ojca w swoim obecnym życiu, Paweł używa słów: duma i
inspiracja. – Pozostawał konsekwentny w tym, co mówił i robił. Jestem dumny z
tego, jak sobie z tym wszystkim radził – był bardzo silnym człowiekiem.

Mówi, że w jego sercu i pamięci pozostał obraz nieugiętego człowieka z
zasadami. – Mój ojciec niezwykle mi imponuje – wyznaje i dodaje, że
najważniejszy dla niego był przykład, jaki od niego otrzymywał. – Przykład
nieugiętej i niezachwianej postawy – podkreśla Paweł Kurtyka.

– Tata chciał, by Polska była silna – tak o śp. Macieju Płażyńskim, prawniku,
polityku, marszałku Sejmu w latach 1997-2001, wicemarszałku Senatu VI kadencji i
prezesie Stowarzyszenia "Wspólnota Polska", mówi jego syn Jakub.

Ma 28 lat i jest najstarszy z trójki rodzeństwa. Z wykształcenia prawnik,
obecnie odbywa aplikację adwokacką w Warszawie. Prowadzi Obywatelski Komitet
Inicjatywy Ustawodawczej Powrót do Ojczyzny. Reprezentuje komitet jako
wnioskodawca złożonego w Sejmie projektu ustawy o repatriacji, której autorem
był jego ojciec. – Nie zdążył zebrać pod swoim projektem podpisów i zająłem się
tym za niego. Złożyliśmy ten projekt niejako w jego imieniu – opowiada Jakub.

Wspomina, że ojciec zajmował się sprawami Polaków żyjących za granicą od
wielu lat. Szczególnie żywo interesował go los Polaków w Kazachstanie.

– Chciał im pomóc. Widząc, że obowiązujące przepisy nie zdają egzaminu,
stwierdził, że najlepszym wyjściem będzie ich zmiana – wyjaśnia. Skąd ta
nadzwyczajna wrażliwość u polityka z Pomorza na sprawy Polaków starających się o
powrót do kraju? – Z jednej strony była to potrzeba serca, aby się nimi zająć,
ale też świadomość, że państwo polskie powinno im taki powrót zagwarantować.
Dlatego naturalne było dla niego, aby taki projekt przygotować – odpowiada
Jakub.

Polityka była przedmiotem żywych rozmów w rodzinie Płażyńskich. –
Rozmawialiśmy o różnych istotnych dla taty kwestiach – wspomina. Podziwiał
swojego ojca za wierność zasadom i postępowanie według wyznawanych przez siebie
wartości. – Był konserwatystą. Życie w zgodzie z własnymi przekonaniami było dla
niego najważniejsze. Realizował politykę rozumianą jako służba państwu i
społeczeństwu, kierując się przy tym swoją wizją Polski w świecie, a nie chęcią
uprawiania polityki dla zajmowania stanowisk – podkreśla. I uzupełnia opis
Polski widzianej oczami swojego ojca. – Chciał, żeby państwo było silne,
aczkolwiek nie ingerowało nazbyt w wolność jednostki. Uważał, że każdy powinien
być kowalem własnego losu – mieć możliwość kształcenia się i rozwoju. Ważne dla
niego było też to, aby pamiętać o słabszych, o tych, którym się nie powiodło w
wolnej Polsce, a nie koncentrować się wyłącznie na tych, którzy dają sobie
świetnie radę.

Jakub zapytany o to, czy w swoim obecnym życiu czuje, że jego ojciec jest
przy nim i nadal go wspiera, zastanawia się przez chwilę, po czym odpowiada: –
Mam przed oczami jego działalność. Pamięć o ojcu i jego myśl jest we mnie żywa.
Czasem zadaję sobie pytanie, jak zachowałby się mój ojciec w danej sytuacji, np.
w rozmowach ze swoimi współpracownikami czy przyjaciółmi. Czymś naturalnym
wydaje mu się to, że kontynuuje działalność swojego ojca. Można powiedzieć, iż
po części te same przesłanki i fundamenty leżą u podstaw tego, czym się teraz
zajmuje.

Jakub Płażyński ciągle się uczy życia w nowej, trudnej rzeczywistości – tej
po 10 kwietnia 2010 roku. – Strata ojca, próba zastąpienia go w działalności
publicznej, której wcześniej nie prowadziłem, to nie jest łatwe. Do wszystkiego
trzeba dorosnąć, muszę zdobywać potrzebne doświadczenie, aby móc podejmować
dobre decyzje i je realizować.
Jakub przyznaje, że chciałby wychodzić z założenia, że wszystkim zależy na
poznaniu prawdy o katastrofie, w której zginął jego ojciec i pozostałe 95 osób,
w tym głowa państwa. Niestety, patrząc na sposób prowadzenia śledztwa,
stwierdza, że tak nie jest.

– Uważam, że w interesie wszystkich powinno być ustalenie szczegółów tej
katastrofy. To powinno być priorytetem. A jeśli państwo nie dba o swoich
najważniejszych przedstawicieli, to można się zastanawiać nad jego istotą i
sposobem funkcjonowania. Prawda ma fundamentalne znaczenie dla przyszłości
Polski. Chciałbym mieć nadzieję, że w końcu ją poznamy – podkreśla Jakub
Płażyński.

Sebastian Putra ma 29 lat. Jest jednym z ośmiorga dzieci śp. Krzysztofa Putry,
posła na Sejm, senatora oraz wicemarszałka Sejmu i Senatu. Skończył zarządzanie
i marketing na specjalności informatyka gospodarcza na Politechnice
Białostockiej. Przez kilkanaście lat grał w koszykówkę. Niestety, marzenia o
karierze zawodowej pokrzyżowała kontuzja kolana. Ma 190 cm wzrostu – dużo, ale
jak sam przyznaje, nie za wiele jak na tę dyscyplinę sportu. – Należałem do
upartych i skocznych zawodników – zaznacza.
Od 2010 roku Sebastian zasiada w Radzie Miejskiej w Białymstoku. Pracuje w
komisji sportu i tę działalność samorządową uważa za aktualnie najważniejszą.
Sport to coś, na czym się naprawdę zna. Na co dzień pracuje w prywatnej firmie,
gdzie jest kierownikiem do spraw sprzedaży i marketingu.

Gdy mówi o swoim ojcu, w jego głosie słychać wielki podziw. – Śmiem
twierdzić, że zajmował się wszystkim – od pomagania najmniejszym i najsłabszym
po pomoc całemu województwu w znalezieniu funduszy w którymś z ministerstw.

Wspomina, że ojciec zawsze mu powtarzał: Jeżeli coś robisz, staraj się to
robić dobrze. – Cały czas zbieram doświadczenia, uczę się. A przede wszystkim
staram się być tak jak ojciec skuteczny – podkreśla.

Dlatego spotyka się z ludźmi, składa interpelacje, wyjaśnia różne trudne
sprawy. – Pomagam białostoczanom dotrzeć ze swoimi problemami do urzędu i w ten
sposób ułatwić im ich rozwiązywanie – wyjaśnia.

Jego zdaniem, samorządowca, tak jak polityka, powinno rozliczać się za
efekty. – Mniej mówić, niż działać – to kolejna rzecz, której Sebastian nauczył
się od swojego ojca.

Rozmowy, o polityce w domu owszem były, ale nie za często. Sebastian
wspomina, że ojciec często wracał z pracy bardzo zmęczony. Czasem nie chciał
mówić o sprawach, które go przytłaczały. Często się ze sobą spierali. – Tata
powtarzał mi, jak ważne jest to, aby mieć własne zdanie – wspomina Sebastian.

Podkreśla, że sam pracuje na swoje nazwisko. Nie chce być postrzegany jako
ktoś, kto robi karierę dzięki swojemu ojcu. Nie wyklucza, że kiedyś pójdzie w
jego ślady i zostanie politykiem, ale zastrzega: – Dla mnie jest to wciąż zbyt
wysoko postawiona poprzeczka. Ale nigdy nie wiadomo, co będzie w przyszłości.
Ważne jest to, aby nazwisko Putra coś znaczyło i nie zostało zapomniane.

Sebastian opowiada, że w najtrudniejszych sytuacjach ojciec nad nim czuwa. –
Gdy muszę szybko podjąć trudną decyzję, mam wrażenie, że on mi w tym pomaga i
zazwyczaj jest to trafna decyzja – wyznaje.

Niedawno imieniem Krzysztofa Jakuba Putry nazwano rondo łączące Białystok z
drogą na Suwalszczyznę. Uchwałę w tej sprawie rada miejska przyjęła niemal
jednogłośnie.

– Spotykam wielu ludzi, nawet z innych opcji politycznych, którzy bardzo
ciepło wypowiadają się o moim ojcu. On był bardzo skromnym człowiekiem, nigdy
nie mówił o swoich sukcesach.

Dopiero teraz dowiaduję się, że pomógł komuś potrzebującemu, a gdzieś indziej
wystarał się o jakieś fundusze. Jestem dumny, że miałem takiego ojca – podkreśla
Sebastian.

Bogusław Rąpała

drukuj