Historia kontaktów „Naszego Dziennika”
Z Bogdanem Święczkowskim, byłym szefem Agencji Bezpieczeństwa
Wewnętrznego, rozmawia Marcin Austyn
Kontaktował Pan prokuratora Marka Pasionka z "agentami wywiadu USA"?
– To jest kłamstwo i pomówienie zawarte w kolejnym artykule na łamach "Gazety
Wyborczej". Prawdą jest, że osobiście bardzo dobrze znam prok. Marka Pasionka.
Prawdą jest też, że odbyło się spotkanie z oficerami łącznikowymi FBI, czyli
oficjalnymi przedstawicielami służb śledczych Stanów Zjednoczonych w Polsce.
Jeden z obecnych na spotkaniu oficerów kończył swój pobyt w Polsce i chcieliśmy
się prywatnie z nim pożegnać. To było spotkanie towarzyskie w szerszym kręgu.
Prokurator Pasionek nie zabiegał o to spotkanie, ale znał te osoby, gdyż niegdyś
pełnił funkcję zastępcy Zbigniewa Wassermanna, koordynatora służb specjalnych.
Takie spotkanie, w takim gronie było jak najbardziej zasadne, szczególnie że z
tego, co pamiętam, przedstawiono nam wówczas nowego oficera łącznikowego FBI.
Dlaczego zmieniono miejsce spotkania?
– W kawiarni mogły pojawić się osoby, które kojarzyliśmy z polskimi służbami
specjalnymi. Chcieliśmy, aby nasze spotkanie miało charakter prywatny, bez
podsłuchiwania przez "przyjaciół". Zaproponowałem zmianę lokalu. Wówczas ze
strony oficerów padła propozycja, by udać się do pobliskiej ambasady Stanów
Zjednoczonych. Tak też zrobiliśmy.
Prokurator Pasionek przekazywał Państwu informacje ze śledztwa smoleńskiego?
– Kłamstwem jest informacja, że ktokolwiek przekazywał informacje ze śledztwa, a
tym bardziej materiały. Oczywiście w czasie rozmów pojawił się temat katastrofy
smoleńskiej. Pamiętajmy, że był to czerwiec 2010 roku i sprawa była bardzo
aktualna. Jednak śmiem twierdzić, że w tym czasie prokuratura nie zgromadziła
jeszcze jakichś istotnych materiałów. Przecież mamy czerwiec 2011 roku i nadal o
katastrofie wiemy bardzo niewiele, a spotkanie miało miejsce półtora miesiąca po
tym tragicznym zdarzeniu. Publikacja "Gazety Wyborczej" to kłamstwo i
pomówienie. Ma ona zdyskredytować doskonałego prokuratora śledczego,
niezależnego, nieulegającego żadnym wpływom, a szczególnie wpływom prokuratora
Krzysztofa Parulskiego. To typowa "wystawka" medialna. Cóż mogę powiedzieć?
Jeśli chodzi o moją osobę, to "Gazeta Wyborcza" wielokrotnie mijała się z
prawdą.
Z publikacji wynika, że dziennikarze dotarli do zeznań "agentów". Czyżby
pozyskali te informacje z prokuratury?
– Rzeczywiście jest to interesujące. Uważam, że powinno zostać wszczęte
śledztwo, by wyjaśnić, w jaki sposób doszło do ujawnienia tych informacji,
jeżeli one są prawdziwe. Z tego, co wiem, oficer łącznikowy FBI niedługo po
naszym spotkaniu opuścił Polskę. Nie wiem, kogo i czy przesłuchano w tej
sprawie. Nie wiem też, co oficerowie zeznali, ale nie sądzę, by owe relacje były
sprzeczne z moimi słowami. Myślę, że przy sporządzaniu materiału w "Gazecie
Wyborczej" doszło do pewnych "nieścisłości". Niestety, jak na razie nie
słyszymy, by prokuratura poczyniła jakieś kroki, by wyjaśnić, w jaki sposób
doszło do ujawnienia informacji z postępowania dotyczącego prokuratora Pasionka.
Mam jednak nadzieję, że prokuratura z taką samą determinacją, jak w przypadku
tej sprawy, będzie ścigać sprawców przecieku do "Gazety Wyborczej".
"Gazeta Wyborcza" powołuje się na billingi, które mają potwierdzać kontakty
prokuratora Marka Pasionka m.in. z "Naszym Dziennikiem". Oznacza to, że
redakcyjne telefony są na podsłuchu?
– Jest to pretekst do inwigilacji dziennikarzy. Z moich informacji wynika, że
dziennikarze "Naszego Dziennika" od kilku dni bombardują różne osoby, próbując
zdobyć do niego bezpośredni numer telefonu. Tak właśnie prokurator Pasionek
"kontaktował się" z "Naszym Dziennikiem". Jeśli nawet były jakieś kontakty z
"Rzeczpospolitą", to jeszcze nic nie znaczy. Znam wielu dziennikarzy, z którymi
spotykam się przy kawie, ale nie przekazuję im żadnych informacji. Tego rodzaju
prywatne kontakty nie są zabronione i nie są niczym złym. Mam wrażenie, że cała
ta historia ma na celu pozbycie się doskonałego śledczego, który nie ulegał
wpływom otoczenia pana Krzysztofa Parulskiego. W całej tej sprawie oburza mnie
fakt, że dotychczas z urzędu nie zostało wszczęte śledztwo w sprawie
niedopełnienia obowiązków przez kierownictwo Naczelnej Prokuratury Wojskowej, a
w szczególności przez pana Parulskiego, w śledztwie smoleńskim. Na chwilę obecną
z wiadomości medialnych wynika, że kierownictwo NPW mogło dopuścić się wielu
zaniedbań, które w znacznym stopniu utrudniły bieg śledztwa i wyjaśnienie
okoliczności tragedii smoleńskiej. Mam tu na myśli m.in. niepowołanie wspólnego
z Rosjanami zespołu śledczego, niewystąpienie natychmiast po katastrofie o pomoc
do Stanów Zjednoczonych, do NATO, do instytucji Unii Europejskiej w celu
pozyskania zdjęć satelitarnych, nagrań rozmów prowadzonych przez rosyjskich
kontrolerów na wieży lotniska Siewiernyj. Mam tu na myśli także nieprowadzenie
czynności wspólnie z Rosjanami, mimo że – jak wynika z odtajnionych dokumentów –
strona rosyjska była zainteresowana wspólną pracą z polskimi śledczymi, wspólnym
przeprowadzeniem oględzin i innych czynności dowodowych, czy wreszcie
uczestniczenie pana Parulskiego w czynnościach śledczych w Moskwie bez
formalnych podstaw.
Dziękuję za rozmowę.
