Grudniowe wdowy czekają

Z Waldemarem Rekściem, świadkiem w procesie oskarżonych o sprawstwo kierownicze masakry robotników na Wybrzeżu w 1970 r., starszym oficerem mechanikiem marynarki handlowej, byłym zastępcą dyrektora ds. inspekcji morskich Urzędu Morskiego w Słupsku, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler



Jest Pan świadkiem w procesie winnych tragedii Grudnia ’70. Czy składał już Pan zeznania w sądzie?


– Byłem w tym roku czterokrotnie wzywany przez warszawski sąd okręgowy, ale w ostatniej chwili rozprawę z różnych powodów odwoływano. Ostatecznie umówiliśmy się, że zostanę wezwany we wrześniu. Poprzednio w roku 1990 złożyłem zeznania przed prokuratorem marynarki wojennej i te zeznania zweryfikowali następni świadkowie.


Był Pan świadkiem tamtych tragicznych dni. W jakich wydarzeniach brał Pan udział?


– Byłem wtedy studentem Instytutu Okrętowego Politechniki Gdańskiej, nazywanego dawniej Wydziałem Budowy Okrętów, i uczestniczyłem w większości manifestacji i walk ulicznych, zarówno w Gdańsku, jak i w Gdyni od 14 do 17 grudnia 1970 roku. 14 grudnia byłem na wiecu na Politechnice Gdańskiej, po którym wielotysięczny pochód ruszył do Gdańska, gdzie już trwały starcia uliczne. Na moście Błędnik manifestantów zaatakowano granatami z gazem łzawiącym, potem falami manifestanci nacierali na szeregi milicji pod komitetem wojewódzkim i cofali się. Ten wieczór skończył się tylko podpaleniem kiosku RUCHU przy budynku kolejowym.

Następnego dnia nie mogłem być przy podpaleniu gmachu komitetu kompartii, gdyż na uczelni wprowadzono ostry reżim sprawdzania obecności na każdym wykładzie i natychmiastowego wyrzucania przy nieusprawiedliwionej obecności. Tylko doc. dr Czesław Buraczewski, którego wspominam z ogromnym szacunkiem, manifestacyjnie oświadczył, że na jego zajęciach żadne listy obecności nie będą sprawdzane, ale ze łzami w oczach prosił nas, abyśmy nie szli do Gdańska, bo tam giną ludzie, a my jesteśmy przyszłością Narodu.


Co było potem?


– 15 grudnia zjawiłem się więc na placu dworcowym po południu, gdy już siedziba KW PZPR się dopalała. Uczucia, którego wtedy doznałem, nie da się opisać: po raz pierwszy w życiu poczułem, że jestem w wolnej Polsce, a tym skrawkiem wolnej Polski był plac dworcowy, jak na ironię noszący wtedy nazwę placu Leningradzkiego. Trwały walki pod więzieniem na ówczesnej ul. Świerczewskiego i przy gmachu związków zawodowych. Na placu dworcowym grupki manifestantów – powstańców atakowały milicję w różnych kierunkach i cofały się. Około godziny 17.00 przy mnie dostał postrzał w rejonie podstawy czaszki jakiś mężczyzna w średnim wieku. Natychmiast zjawili się samorzutnie zorganizowani sanitariusze, którzy zabrali postrzelonego. Gdy ten fragment moich zeznań opublikował lokalny tygodnik, zgłosiła się do prokuratury marynarki wojennej rodzina zabitego – jak się wtedy okazało. Jest to bardzo ważne, bo strzał padł z rejonu mostu Błędnik, gdzie w tym czasie nie było wojska ani milicji i strzelać mógł tylko snajper, ulokowany w górującym nad dworcowym placem biurowcu. Strzelał, aby zabić. Jest to bardzo ważna okoliczność dla całego procesu, ale nie wiem, czy był to snajper milicyjny, czy wojskowy.

Potem był dramat stoczniowca rozjechanego przez pojazd pancerny, którego zwłoki złożono na środku dworcowej hali, obsypano kwiatami z rozbitej kwiaciarni i podpalono dworzec. Gdy protestowałem, stoczniowcy odpowiadali, że teraz spalą, ale odbudują w wolnej Polsce.

17 grudnia wczesnym rankiem mój kolega powiadomił mnie o masakrze na przystanku Gdynia – Stocznia. Natychmiast pojechaliśmy do Gdyni i dołączyliśmy do pochodu, który uformował się w centrum miasta i z biało-czerwonymi flagami ruszył ówczesną ulicą Marchlewskiego w kierunku przystanku Gdynia – Stocznia, przez cały czas obrzucany z helikopterów granatami z gazem łzawiącym. Przed przystankiem, na którym aż się kłębiło od wojska i milicji, stanęliśmy i młody chłopiec z biało-czerwonym sztandarem wdrapał się na kolejowy nasyp, wszedł na początek peronu i krzyknął, że to są Polacy i nie będą strzelać. Natychmiast rozległy się serie z broni maszynowej, ten młodzieniec po prostu zniknął, a uczestnicy pochodu czołgając się po nasypie kolejowym i potem skokami między torami kolejowymi przedostawali się na ówczesną ulicę Czerwonych Kosynierów, gdzie karetki zabierały rannych i zabitych. Potem pochód ruszył ponownie, tym razem niosąc na czele pochodu zwłoki zabitego młodzieńca na drzwiach.

Od pochodu odłączyłem się w połowie ulicy Świętojańskiej, cudem złapałem samochód ciężarowy, który podwiózł mnie pod Politechnikę i zdążyłem w ostatniej chwili na zajęcia. Złożyłem relację kolegom, miał być wiec, ale wcześniej przyszła informacja, że decyzją rektora zajęcia zostają zawieszone i wszyscy się rozjechali do domów.

Oczywiście, relacjonuję to w dużym skrócie. Zdjęcia, które w Gdyni robiłem, oddałem przyjacielowi, który zawiózł je do Chełma Lubelskiego, do pani Janiny Włodarskiej, byłej szefowej służb sanitarnych Wołyńskiej Dywizji AK, współpracującej z biblioteką KUL. Do tej pory nie wiem, co się dalej z nimi stało.


Ostatnio duże zainteresowanie opinii publicznej wzbudziły wypowiedzi i zachowanie na sali sądowej Lecha Wałęsy, który bronił gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Co Pan jako uczestnik tamtego dramatu o tym sądzi?


– Były prezydent nie pierwszy już raz zachowuje się dosyć osobliwie, co jest najłagodniejszym określeniem, jakiego można użyć. Nikt spośród strajkujących czy manifestantów nie mógł wiedzieć i nie wiedział, kto podjął decyzję o użyciu broni. PRL to był osobliwy twór, w którym formalnie działał rząd z premierem i ministrami, ale którym faktycznie rządziła kompartia. I to pierwszy sekretarz PZPR był faktycznym szefem państwa, a wszelkie istotne decyzje zapadały w wąskim kręgu partyjnej wierchuszki, przynależność do której nie zawsze się pokrywała z formalną pozycją partyjną czy państwową. Nie wiadomo więc, jaka była faktyczna pozycja gen. W. Jaruzelskiego w owym czasie i czy to on podjął decyzję o użyciu broni przez wojsko, czy tylko taką decyzję Władysława Gomułki biernie zaaprobował. To mogą wyjaśnić tylko sąd oraz IPN. Krążyły plotki, że gen. W. Jaruzelski jest w areszcie domowym, ale to raczej była tak zwana szeptana propaganda. Tak czy inaczej o formalnej winie lub niewinności gen. W. Jaruzelskiego może rozstrzygnąć tylko sąd pod warunkiem, że będzie dysponował kompletem potrzebnych dokumentów. Bo w ocenie moralnej gen. W. Jaruzelskiego nie można nazwać człowiekiem honoru. Nawet jeżeli to nie on wydał rozkaz strzelania do manifestantów, to powinien przynajmniej podać się do dymisji. Był ministrem obrony narodowej i to on odpowiadał za wojsko. Formalnie ponosi więc współodpowiedzialność za grudniową tragedię. Przypominam, że podczas przewrotu majowego gen. Kazimierz Sosnkowski próbował odebrać sobie życie. Ale między tymi dwiema postaciami jest przepaść. Tylko jeden oficer, pułkownik Wejnert, dowodzący Niebieskimi Beretami z ulicy Słowackiego w Gdańsku, odmówił wykonania rozkazu wyprowadzenia wojska na ulice z ostrą amunicją. Charakterystyczne, że jego kariera załamała się za kadencji byłego prezydenta Wałęsy, jakkolwiek oficerowie do tej pory są z niego dumni. Z pięciu najwyższych rangą oficerów dowodzących wojskiem na Wybrzeżu w Grudniu ’70 tylko jeden przeżył to jako osobistą tragedię i potem przyznał się do winy.


Wiele spraw związanych z Grudniem ’70 można wyjaśnić tylko poprzez archiwalne badania…


– Oczywiście. Na przykład wiadomo, że szczególnie w Gdańsku do manifestantów strzelali snajperzy ulokowani być może w biurowcu Centrum Techniki Okrętowej zwanym „zieleniakiem”. Ale czy byli to snajperzy wojskowi, czy milicyjni, tego do tej pory nie ustalono. Osobiście jestem bardzo zdziwiony, że nikt nie pamięta o tzw. naradzie aktywu robotniczego, która odbyła się 12 grudnia w sobotę w Hali Stoczni Gdańskiej, a której przebieg transmitowała lokalna telewizja. Podczas tego wiecu Stanisław Kociołek wygłosił niesłychanie aroganckie przemówienie, które rozwścieczyło ludzi i skłoniło do wyjścia na ulice. Pod koniec tego wiecu doszło już do pierwszych starć z milicją przy wejściu do hali, co przez moment widać było nawet w telewizji. W moim odczuciu Grudzień ’70 był zbrodniczą prowokacją polityczną grupki skupionej wokół Stanisława Kociołka, który chciał obalić Gomułkę i zająć jego miejsce. Jaka była w tym rola gen. W. Jaruzelskiego, tego na razie nie wie nikt i wątpię, aby taką wiedzę posiadał Lech Wałęsa. Wyjątkowo nikczemną rolę odegrał wtedy gen. Korczyński, który podobno osobiście z helikoptera strzelał do manifestantów – powstańców.

Najwyższy też czas, aby przestać powielać wymyślone przez komunistów kłamstwo, jakoby Grudzień ’70 był wyłącznie robotniczym czynem zignorowanym przez inteligencję. W manifestacjach w Gdańsku wzięły udział setki studentów, głównie Politechniki Gdańskiej i Akademii Medycznej w Gdańsku, oraz rzesza ludzi wszelkich zawodów. Był to narodowy zryw, do którego całe społeczeństwo Wybrzeża dojrzało po latach życia w komunistycznym zniewoleniu.


Jak więc ocenia Pan Grudzień ’70 z perspektywy lat i jakich uczuć doznaje Pan, widząc dziś gen. Jaruzelskiego na ławie oskarżonych?


– Grudzień „70 jest w świecie niedoceniany, tymczasem właśnie wtedy raz na zawsze złamano ideologiczne podstawy komunizmu. Mało kto wie, jak szerokim echem odbił się on w Związku Sowieckim i raczej się nie zauważa, że od tego momentu zaczął się zmierzch komunistycznych partii w Europie Zachodniej. W kilka miesięcy później podobne wydarzenia były w Kownie, z czego mieszkańcy Litwy byli bardzo dumni.

Do tego czasu można było jeszcze spotkać ludzi, którzy wierzyli w komunizm jako ideologię. Potem jeżeli wstępowali do kompartii, to robili to już tylko dla kariery. I wiadomo było, że w tej sytuacji ten system musi upaść wcześniej lub później, skoro skompromitował się jako ideologia.

Upadek Gomułki i przejęcie władzy przez Gierka społeczeństwo odebrało jako własne zwycięstwo. Ludzie poczuli swoją siłę jako zbiorowość i Sierpień ’80 był tego konsekwencją. Dla mnie uczestnictwo w tamtych wydarzeniach było naturalną kontynuacją rodzinnej tradycji służby Polsce i walki o niepodległość. Dziś mam ogromną satysfakcję, że nawet mój ojciec, kawaler Virtuti Militari, doczekał się wolnej Polski, chociaż nie jest to Polska z naszych snów i marzeń i daleka do tego droga. Patrząc na gen. W. Jaruzelskiego, odczuwam tylko mieszankę litości i pogardy. Mam nadzieję, że ten proces wreszcie zostanie zakończony i sprawcy ewidentnej zbrodni sprawiedliwie osądzeni, na co czekają grudniowe wdowy. Najwyższy też czas, aby kombatantów Grudnia ’70 zacząć honorować odpowiednio wysokimi odznaczeniami państwowymi jako uczestników walk o wolną Polskę. Chyba że nadal utrzymamy złą tradycję, że prawdziwych bohaterów w najlepszym wypadku odznacza się u nas dopiero po ich śmierci.


Dziękuję za rozmowę.

drukuj