Gra w rosyjską ruletkę


Stanisław Michalkiewicz

System wyborczy w Polsce nie tylko sprzyja oligarchizacji sceny politycznej, ale przede wszystkim przypomina rosyjską ruletkę. Polega ona na tym, że do bębna rewolweru wkłada się jeden nabój i po obróceniu bębna, niczym koła ruletki, celując w głowę, naciska się spust. Nigdy nie wiadomo, czy w komorze nabojowej akurat jest nabój, czy nie, a więc – czy delikwent przeżyje, czy rozwali sobie głowę.

Do wyborów stają partie polityczne, obiecując, czego to nie zrobią, jak będą obywatelom przychylały nieba i jak będą dusiły wrogów gołymi rękami. Wyborcy często bardzo się tymi deklaracjami przejmują, doprowadzając się wskutek tego do stanu onieprzytomnienia, w którym daliby się nie tylko za wybraną partię posiekać na kawałki, ale nawet – co prawda znacznie rzadziej – poświęcić dla niej cały swój majątek. Po czym odbywają się wybory i okazuje się, że żadna z partii nie uzyskała większości wystarczającej do samodzielnego rządzenia, nie mówiąc już o większości potrzebnej do odrzucenia weta prezydenta. W tej sytuacji rozpoczynają się rozmowy nad stworzeniem koalicji.


Podział łupów


Ponieważ w trakcie kampanii wyborczej partie starają się wyeksponować istniejące między nimi, często zresztą pozorne, różnice, to można odnieść wrażenie, że ich polityczne programy są diametralnie różne. Na przykład – jedna partia uważa, że należałoby sprywatyzować znaczną część sektora publicznego i ograniczyć wpływ władzy publicznej na gospodarkę, podczas gdy druga jest za utrzymaniem jak najszerszego sektora publicznego i za ręcznym sterowaniem gospodarką przez państwo. Wynik wyborczy zmusza je jednak do podjęcia rozmów w celu stworzenia koalicji rządowej. Te rozmowy, zwane „rozmowami programowymi”, polegają przede wszystkim na podziale łupów, to znaczy na ustaleniu, która partia będzie doiła podatników za pośrednictwem resortów, jakie przypadną w udziale jej działaczom, i w jakich segmentach życia publicznego stworzy nisze ekologiczne dla swego politycznego zaplecza – ale na użytek mediów i obywateli koalicja musi zaprezentować program tworzonego przez siebie rządu. Jak nietrudno się domyślić, program ten będzie zupełnie inny niż programy partii tworzących koalicję rządową, a więc zupełnie odmienny od tego, który wyborcy tych partii poznali w trakcie kampanii wyborczej i którym często doprowadzali się do stanu onieprzytomnienia. Krótko mówiąc – wrzucając głos do urny, nie mają najmniejszego pojęcia, co z tego wszystkiego wyniknie. Na tym polega podobieństwo polskiego systemu wyborczego do rosyjskiej ruletki.

Po ubiegłorocznych wyborach ich formalny zwycięzca, czyli Platforma Obywatelska, podjął „rozmowy programowe” z Polskim Stronnictwem Ludowym, wskutek czego utworzony został rząd premiera Donalda Tuska, w którym wicepremierem i zarazem ministrem gospodarki został Waldemar Pawlak z PSL, ministrem rolnictwa – Marek Sawicki, a ministrem pracy i polityki socjalnej – Jolanta Fedak. Złośliwi mówią, że PSL ma nie jeden program, a nawet dwa: program minimum i program maksimum. Program minimum to opanowanie ministerstwa rolnictwa i dojenie Rzeczypospolitej za jego pośrednictwem – oczywiście „dla dobra polskiej wsi i rolnictwa”. Program maksimum to opanowanie w tym celu całej gospodarki. W okresie międzywojennym uzasadniane było to doktryną tzw. agraryzmu, w myśl której wszystko, co jest dobre dla chłopów, jest dobre dla państwa. O ile jednak w okresie międzywojennym można było to od biedy uzasadniać statystyką demograficzną, według której ponad 70 proc. ludności Polski stanowili chłopi, o tyle w roku 2008 nie da się tego uzasadnić już nawet tym, bo zarówno odsetek chłopów (jeśli pod tym rozumiemy ludzi utrzymujących się wyłącznie z rolnictwa) jest dziś mniejszy niż 20 proc., podobnie jak udział rolnictwa w dochodzie narodowym.

Kapitalizm kompradorski

Prawdziwym programem Platformy Obywatelskiej z kolei jest odwdzięczanie się razwiedce krajowej i zagranicznej, która doprowadziła tę partię do zajmowanego aktualnie miejsca. Ten program polega, ogólnie biorąc, na utrwalaniu w Polsce tzw. kapitalizmu kompradorskiego, to znaczy takiego, w którym o dostępie do rynku i możliwościach funkcjonowania na nim decydują powiązania ze światem polityki, a konkretnie – z tajnymi służbami, czyli razwiedką. Ten kapitalizm kompradorski został zaprojektowany w Polsce przez uczestników Okrągłego Stołu. Wbrew temu, co sądzi wielu jego krytyków, nie ma on nic wspólnego ani z liberalizmem, ani z wolnym rynkiem, gdyż nie rozszerza wolności gospodarczej, tylko przeciwnie – ogranicza ją poprzez rozmaite formy reglamentacji, tj. koncesje, licencje, zezwolenia i pozwolenia – zaś rozrastająca się biurokracja (w 1990 roku liczba urzędników szczebla centralnego wynosiła 45 tysięcy, w roku 1995 – już 112 tysięcy, zaś po wiekopomnych reformach charyzmatycznego premiera Buzka poszybowała w górę i nadal szybuje, bo Rzeczpospolita musi wziąć na swoje utrzymanie coraz więcej darmozjadów tworzących zaplecza polityczne partii) w coraz to większym stopniu przechodzi na ręczne sterowanie gospodarką, obciążając ją kosztami swego utrzymania. W rezultacie kapitalizm kompradorski, w interesie stosunkowo nielicznej warstwy pieszczochów reżymu, tłumi aktywność ekonomiczną i ogranicza możliwości działania wszystkim innym, wskutek czego rozwojowy potencjał społeczeństwa nie może być wykorzystany, ze szkodą dla żywotnych interesów narodowych. Ludzie reagują na to, co prawda, tworzeniem coraz większego podziemia gospodarczego (wg szacunków GUS, ok. 30 proc. produktu krajowego brutto, a więc tego, co zostało w Polsce wytworzone i sprzedane, powstaje w tzw. szarej strefie), dzięki czemu – w odróżnieniu od finansów publicznych – gospodarka funkcjonuje w miarę sprawnie i nawet odnotowuje wzrost – ale odbywa się to za wysoką cenę. Krótko mówiąc – kapitalizm kompradorski, będący szczególną formą etatyzmu, a nawet socjalizmu, działa hamująco na rozwój naszego Narodu, co znajduje wyraz również w statystykach demograficznych.

Najnowszy spektakl razwiedki

Ale okupująca Polskę razwiedka nie kieruje się ani interesem narodowym, ani interesem państwowym, tylko interesem własnym, troszcząc się jedynie o to, by znaleźć jakiegoś możnego protektora, który zapewniłby jej bezpieczeństwo i możliwość spokojnego strawienia zdobytych łupów. Pod tym kątem, za pośrednictwem kontrolowanych przez siebie mediów oraz agentury, wspiera partie, które często sama sobie wykreowała i które wiedzą, co w związku z tym mają robić. Poparcie dla PO wynikło z konieczności zablokowania PiS, którego lider, Jarosław Kaczyński, chyba naprawdę chciał wysadzić w powietrze „grupę trzymającą władzę” i zająć jej miejsce. W każdym razie „grupa” w to uwierzyła i stąd popularność Platformy, która jednak musi teraz realizować program podyktowany potrzebami razwiedki. O konieczności uwzględnienia tych potrzeb wie również PSL, więc nietrudno się domyślić, że w tej sytuacji rozbieżności programowe między PO i PSL nie są wielkie, a prawdę mówiąc – nie ma ich wcale. Elegancko nazywa się to „zdolnością koalicyjną”, którą PSL od laty dysponuje w stopniu bodaj największym, co po chamsku można wyrazić, że „może z każdym”.

Ale to nie wystarcza, bo koalicja ma jeszcze jednego przeciwnika, w osobie prezydenta, który nie tylko forsuje odmienną linię polityki zagranicznej, nie tylko stara się nie uszczuplać sektora publicznego w perspektywie możliwego powrotu do władzy Prawa i Sprawiedliwości, ale również daje wyraz swoim ideologicznym upodobaniom, które – co tu kryć – mają charakter socjalistyczny. Dlatego też Platforma Obywatelska, naciskana przez zniecierpliwioną razwiedkę, która już jej pokazała, jak może wyglądać zwinięcie nad nią ochronnego parasola, próbuje znaleźć jeszcze jednego alianta, żeby jednak „reformy” przeforsować i się wykazać. Chodzi oczywiście o umizgi do SLD, który z wielu powodów ma „zdolność koalicyjną” znacznie mniejszą niż PSL, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.

Ze strony razwiedki zasadniczych przeciwwskazań nie ma. Przeciwnie – nie jest wykluczone, że popiera ona ten kierunek działania z co najmniej dwóch powodów: po pierwsze – bo SLD jest jej prawdziwą, chociaż nie zawsze fortunną miłością, a po drugie – jest ona zainteresowana możliwością utworzenia siły politycznej, która byłaby alternatywą dla Platformy, bo w przeciwnym razie PO może zacząć się skutecznie spod nadzoru razwiedki emancypować. Tymczasem interes PO, podobnie jak interes PiS, jest całkowicie odmienny. Przy objawach bezkompromisowej wrogości zarówno Platforma Obywatelska, jak i Prawo i Sprawiedliwość są żywotnie zainteresowane zablokowaniem każdej politycznej alternatywy, zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Krótko mówiąc – PO nie ma żadnego interesu we wzmacnianiu SLD, a tylko próbuje wykorzystać go instrumentalnie dla przeforsowania swoich „reform” w obliczu weta prezydenta. Ze swej strony SLD zdaje sobie z tego sprawę i będzie próbował sprzedać swoje poparcie możliwie jak najdrożej, by zapewnić sobie lepszą pozycję startową zarówno w wyborach do Parlamentu Europejskiego, które są przecież tylko testem przed wyborami parlamentarnymi, a wcześniej – prezydenckimi. Natomiast w kwestii zasadniczej – to znaczy przyłączenia Polski do „Europy” – wszystkie mają dokładnie tę samą opinię. Są za, chociaż niektóre usiłują sprawiać wrażenie, jakby były nawet przeciw – ale to już takie przedstawienie dla nas, obywateli, żebyśmy się nie nudzili.

drukuj