Gra przeciekami
Z posłem Arkadiuszem Mularczykiem (PiS), wiceprzewodniczącym sejmowej
Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, rozmawia Paulina Jarosińska
Według "Gazety Wyborczej", powodem zawieszenia prokuratora Marka Pasionka i
wszczęcia postępowania były jego rzekome kontakty z byłymi szefami ABW, agentami
wywiadu amerykańskiego, "wydzwanianie do biura PiS" oraz kontakty z
dziennikarzami m.in. "Naszego Dziennika".
– Nie mam żadnej wiedzy na temat jakichkolwiek kontaktów prokuratora Marka
Pasionka z posłami Prawa i Sprawiedliwości. Ze mną na pewno się nie kontaktował.
Jestem zdumiony postawą "Gazety Wyborczej", która za rządów PiS w co drugim
artykule powoływała się na jakieś przecieki z prokuratury. Tak zwani
dziennikarze śledczy "GW" opierali się niejednokrotnie na cząstkowych
informacjach uzyskanych ze śledztw od prokuratorów w celu zbudowania własnego
obrazu rzeczywistości. Nie widziałem wówczas również jakiejś specjalnej
determinacji, aby wyjaśnić te przecieki, a przede wszystkim sprawdzać ich
wiarygodność. Wtedy służyło to jednak "słusznej sprawie", bo walce z rządem
Jarosława Kaczyńskiego. Teraz mamy do czynienia z sytuacją, w której zawieszony
zostaje prokurator, przeciwko któremu formułuje się zarzut, że spotykał się z
agentami amerykańskimi. Rodzi się jednak pytanie: nawet jeśli tak było naprawdę,
to czy koniecznie musiało oznaczać to działanie na szkodę postępowania? Poza
tym, skąd "GW" ma takie informacje…
Powołując się na nie, bez podawania źródła, podejmuje grę przeciekami – o
jednym przecieku informuje kolejnym…
– Tak faktycznie jest. Na podstawie przecieku utrzymuje, że prokurator Pasionek
spotykał się z konkretnymi osobami, jednak nie są to informacje zweryfikowane w
jakikolwiek sposób. Być może autor artykułu również opiera się na jakichś
przeciekach właśnie z prokuratury? Na chwilę obecną prokurator Pasionek jest
jedyną osobą, jedynym urzędnikiem państwowym, który został ukarany i pociągnięty
do odpowiedzialności w związku z postępowaniem wyjaśniającym katastrofę
smoleńską. Zarzut, jakoby miał "nieoficjalnie" rozmawiać o śledztwie z
przedstawicielami służb amerykańskich, brzmi kuriozalnie. Skąd wiadomo, czy
celem takich ewentualnych spotkań nie było wykorzystanie wiedzy przedstawicieli
amerykańskich służb? Może jest tak, że obecnemu szefowi prokuratury wojskowej
Krzysztofowi Parulskiemu nie zależy na wyjaśnieniu śledztwa, skoro odwołuje
prokuratora, który mógł dysponować pomocną wiedzą. Po 14 miesiącach w śledztwie
jest stagnacja. Mało tego, okazuje się, że Pasionek zamierzał postawić zarzuty
ministrowi obrony Bogdanowi Klichowi – tym bardziej sprawa jego zawieszenia
wygląda ponuro i źle wróży całemu śledztwu. Być może prokuratur generalny
Andrzej Seremet ma obawy przed postawieniem zarzutów komukolwiek z obozu
rządzącego, bo wie, że taka sytuacja mogłaby go narazić na odwołanie?
Sądzi Pan, że dziennikarze "Naszego Dziennika" mogą być inwigilowani?
– Nie należy tego wykluczać. W mojej ocenie, jest ogromne prawdopodobieństwo, że
służby mogą inwigilować niewygodnych dziennikarzy, jak i polityków. Władza zrobi
wszystko, żeby najbliższe wybory wygrać. W przeciwnym wypadku sytuacja dla
rządzącego obozu może okazać się wręcz krytyczna. Tusk, Klich, Arabski i wielu
innych mają świadomość, że walczą o swoje być albo nie być, i to nie tylko na
scenie politycznej. Pojawianie się jakichkolwiek zarzutów pod ich adresem,
zwłaszcza w kontekście organizacji wizyty z 10 kwietnia oraz oddania śledztwa
Rosjanom, jest nie tylko niewygodne, ale poważnie uderza w ich wiarygodność i
legalność ich działań.
Tego typu publikacje mogą być elementem zastraszania m.in. pełnomocników,
którzy przestaną w końcu odbierać telefony od dziennikarzy?
– Zdecydowanie tak. Efektem tych działań jest próba zastraszenia wszystkich
osób, które informują na bieżąco o śledztwie smoleńskim opinię publiczną, a od
tej pory mogą bać się kontaktów z dziennikarzami. Nie sposób wykluczyć takiego
efektu "mrożącego" przepływ informacji. Oczywiście "Gazeta Wyborcza" nie chce
brać pod uwagę tego, że sama niejednokrotnie, opierając się na różnych
przeciekach, manipulowała faktami. Mamy do czynienia z klasycznym stosowaniem
filozofii Kalego.
Dlaczego z taką dociekliwością nie są tropione nieprawidłowości w przypadku
publikacji Krzymowskiego i Dzierżanowskiego w tygodniku "Wprost", które w
całości opierały się na przeciekach – nie wiadomo, czy nie z prokuratury?
– Odnoszę wrażenie, że "GW" nie cofnie się przed żadną podłością, byle tylko
legitymizować obecny układ polityczny i swoje tezy na temat przyczyn katastrofy.
Dzieje się to oczywiście przy jednoczesnym obrzucaniu błotem opozycji i
wszystkich, którym zależy na tym, aby śledztwo ruszyło do przodu. Metody "Gazety
Wyborczej" w wielu sytuacjach – wiem, bo sam to odczułem na własnej skórze –
opierają się bardzo często na pomówieniach i półprawdach skierowanych pod
adresem przeciwników politycznych. Stopień i skala manipulacji tej gazety są tak
zaawansowane, że doprawdy trudno z nimi nawet polemizować.
Dlaczego nie pada pytanie o kontakty z politykami np. PO albo o to, czy
zawieszenie Pasionka nie było inicjowane politycznie?
– Prokurator Parulski został mianowany przez prezydenta Bronisława Komorowskiego
na stopień generała, co sygnalizuje, że jest mu po drodze z obecną władzą. Z
kolei prezydent Lech Kaczyński blokował nominację wówczas pułkownika
Parulskiego. Dlaczego "Gazeta Wyborcza" nie zapyta, czy szef Naczelnej
Prokuratury Wojskowej nie kontaktował się z politykami partii rządzącej? Tego
typu dociekań nie znajdziemy na łamach "GW". I nie liczyłbym na to, że się to
zmieni.
Dziękuję za rozmowę.
