Goździk i buźka jak za Breżniewa

Z Witoldem Waszczykowskim, wiceministrem spraw zagranicznych i wiceszefem
Biura Bezpieczeństwa Narodowego w latach 2008-2010, głównym negocjatorem w
rozmowach z USA dotyczących tarczy antyrakietowej, byłym ambasadorem RP w
Iranie, kandydatem na prezydenta Łodzi z ramienia Prawa i Sprawiedliwości,
rozmawia Marta Ziarnik

Polska trafnie diagnozuje swoją sytuację pod względem bezpieczeństwa?
– Bronisław Komorowski podczas inauguracyjnego wystąpienia w Sejmie we
fragmencie dotyczącym polityki zagranicznej powiedział: "Nikt i nic na nas nie
czyha, w związku z tym powinniśmy się koncentrować na dalszej integracji,
modernizacji itd.". Ze zdumieniem wysłuchałem tych słów, gdyż wokół Polski
rozwijają się bardzo niebezpieczne trendy. Kilka z nich wymieniłem w sobotę
podczas wykładu na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, który
zatytułowałem "Między Unią Europejską a Rosją. Wyzwania dla bezpieczeństwa
Polski". Trzeba przede wszystkim zauważyć, że zmienia się pozycja Stanów
Zjednoczonych wobec naszego regionu. Te zmiany można było obserwować już za
kadencji prezydenta George’a W. Busha, kiedy to uznano, że region Europy
Środkowo-Wschodniej jest już takim – nazwijmy to – "zamkniętym projektem",
ponieważ nastąpiła tutaj transformacja społeczno-polityczna i gospodarcza,
wprowadzono systemy demokratyczne, gospodarkę rynkową. I w związku z tym uznano,
że ten region nie potrzebuje już wsparcia amerykańskiego i czuwania nad jego
rozwojem, że sam sobie dalej poradzi. (Co prawda jeszcze za prezydenta Busha
powstała koncepcja budowy tarczy antyrakietowej, ważna dla naszego
bezpieczeństwa, ale nie została zrealizowana.) Jednak amerykańska ocena regionu
nie jest trafna. Ciągle bowiem w naszym regionie są jeszcze niewyjaśnione
konflikty, tzw. konflikty zamrożone. Poza tym nie zakończył się jeszcze proces
budowy Europy wolnej, demokratycznej i zintegrowanej, gdyż proces rozszerzania
stanął na naszych wschodnich granicach. Natomiast co dalej z państwami
położonymi od Ukrainy po Kaukaz? Przypomnieniu, że amerykańska ocena sytuacji
jest nietrafiona, służył list, który w ubiegłym roku napisało kilkunastu
polityków z Europy Środkowo-Wschodniej (m.in. Vaclav Havel), w którym wypomniano
Amerykanom, że porzucają ten obszar, sprzedają go dla innych interesów.

Jak zaważyła na tym aspekcie polityka nowego prezydenta USA Baracka Obamy?
– Po przejęciu władzy przez prezydenta Obamę nastąpiła jeszcze inna, bardziej
radykalna zmiana, a mianowicie zmiana paradygmatu postrzegania polityki
międzynarodowej. Poprzedni prezydenci amerykańscy patrzyli na świat ciągle w
kontekście rywalizacji Wschód – Zachód. Była świadomość, że choć Rosja dzisiaj
współpracuje z nami – lepiej czy gorzej – to nadal podejmuje próby odbudowania
wokół siebie bloku rywalizującego ze światem Zachodu. Obama porzucił to myślenie
i z paradygmatu postrzegania polityki Wschód – Zachód spojrzał na świat z
perspektywy Północ – Południe. A więc dostrzegł, że większe zagrożenia płyną z
niedorozwoju części świata aniżeli z ewentualnej rywalizacji z Rosją.

Skąd to przesunięcie?
– Prezydent Obama i jego doradcy są przeświadczeni, że największym zagrożeniem
dla Ameryki jest możliwość powtórzenia się sytuacji z 11 września. Prędzej czy
później może dojść do próby użycia nawet jakiejś brudnej broni nuklearnej – na
Manhattan może wpłynąć jakiś mały statek czy kuter, którego służby nie
przechwycą, a który może doprowadzić do powtórki tamtych wydarzeń. Powodem tych
obaw jest fundamentalizm islamski. Amerykanie uważają, że to właśnie tam rodzą
się główne antyamerykańskie ruchy. A ten fundamentalizm islamski jest karmiony
konfliktem izraelsko-palestyńskim. W związku z tym, aby ostudzić te zapały
fundamentalistów, Amerykanie uważają, że należy poczynić postępy w
palestyńsko-izraelskim procesie pokojowym. Żeby to zrobić, trzeba zachęcić
Izrael do współpracy, do poczynienia pewnych gestów. Będzie to zaś realne wtedy,
jeśli z Izraela zdejmie się presję, jaką wywiera na niego Iran, który grozi
anihilacją Izraela, rozwija program nuklearny i mówi, że trzeba Izrael zmieść z
powierzchni ziemi. Ażeby tę presję na Iran stworzyć, znowu trzeba stworzyć front
mocarstw, który sankcjami i presją zdusi te programy. W tym kontekście potrzebne
są Ameryce właśnie Rosja i Chiny. W związku z tym Amerykanie twierdzą, że warto
zapłacić Rosji cenę, jakiej ona żąda – czyli zatrzymać dalsze rozszerzenie NATO,
i że warto było zapłacić inicjatywą tarczy antyrakietowej, żeby tylko Rosja
przyłączyła się do frontu antyirańskiego. To bowiem, jak już powiedziałem,
powoduje całe domino decyzji, na które Amerykanie czekają. My również wpisaliśmy
się w to, nie realizując porozumienia z Bushem o tarczy, pośrednio ułatwiając to
Amerykanom. W związku z tym schodzimy z azymutu amerykańskiego i stajemy się
tzw. kartą przetargową w ich planach.

Pozycja Polski w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego jest bardziej stabilna?
– Trend w NATO jest dla nas niekorzystny. Kończy się w tej chwili dyskusja nad
koncepcją strategiczną Sojuszu – ta koncepcja to deklaracja polityczna na temat
tego, jak Sojusz postrzega otoczenie międzynarodowe, a także jakie postrzega
wyzwania i zagrożenia oraz z której strony. Przyjęcie tej deklaracji umożliwia
podjęcie decyzji o planach obronnych, tzw. planach ewentualnościowych – objęci
są nimi wszyscy sojusznicy na wypadek zagrożenia. My obecnie te plany mamy
gorsze niż starzy członkowie NATO i od lat zabiegaliśmy, żeby to zostało
wyrównane, aby te plany były dokładniejsze i aby było sprecyzowane, kto, gdzie,
kiedy i jak będzie nas bronił na wypadek konfliktu. Chodzi o to, aby lepiej była
rozłożona infrastruktura obronna NATO (bo dzisiaj jest skupiona w Europie
Zachodniej), aby na naszym terytorium stacjonowały siły naszych sojuszników, a
przynajmniej odbywały się regularne ćwiczenia itd. O to zabiegaliśmy. Niestety,
w trakcie tej debaty nad koncepcją strategiczną napotkaliśmy znaczący opór wielu
naszych sojuszników zachodnich, którzy uważają, że nasze myślenie trąci fobią.

To zarzut natury emocjonalnej, a nie merytorycznej.
– My zakładamy, że należy jasno wyjaśnić brzmienie artykułu 5 traktatu
waszyngtońskiego, czyli tego artykułu, który mówi o wzajemnym udzielaniu sobie
pomocy. Obawiamy się, że artykuł ten może być interpretowany przez zachodnich
członków Sojuszu nie w sposób automatyczny – czyli jako automatyczne
przyrzeczenie przyjścia z pomocą. I rzeczywiście wielu członków zachodnich nie
chce tej automatyczności, gdyż obawia się wciągnięcia w jakiś konflikt. Czyli
dbają o swoje wyłączne interesy. A te dzisiaj trochę rozmijają się z naszymi.
Ich interesy bowiem jest to próba porozumienia się z Rosją na temat surowców,
wspólnego wsparcia w obronie przed islamem i przed Chinami. Rosja ich w ten
sposób kusi. Mamy tutaj więc zbitkę dwóch dążeń interesów. My domagamy się
potwierdzenia gwarancji bezpieczeństwa dla nas, a wielu sojuszników zachodnich
mówi, że najlepszym potwierdzeniem naszego bezpieczeństwa będzie jeszcze większe
wciągnięcie Rosji do współpracy z NATO, czyli jeszcze większe danie Rosji prawa
do współdecydowania o zachowaniu Sojuszu.

Paweł Kowal, poseł do Parlamentu Europejskiego, mówił niedawno, że Rosja
konsekwentnie realizuje swoją politykę wewnętrznego osłabiania NATO.

– Otóż rzeczywiście część sojuszników zachodnich idzie na te bajki i uważa, że
Rosja nie jest żadnym zagrożeniem, że Rosja jest tym "normalnym krajem", który
chce z nami współpracować. Tak więc mamy tutaj olbrzymią rozbieżność ocen
pomiędzy nami a wieloma krajami zachodnimi. My nie chcemy się zgadzać na to, aby
nasze bezpieczeństwo i bezpieczeństwo NATO były zakładnikiem współpracy z Rosją.
Nie chcemy wyrazić zgody na to, by Rosja, nie będąc członkiem Sojuszu, de facto
otrzymała prawo współdecydowania o jego losach. I mamy tutaj wielki dylemat.
Ciekawe, jak to zostanie rozstrzygnięte w przyszłym miesiącu podczas szczytu
lizbońskiego.

Więc może w Unii Europejskiej jesteśmy bardziej liczącym się partnerem?
– To jest jeszcze inny problem. Mówiąc w skrócie, obecnie mamy w Unii do
czynienia z postawami, że wiele dużych i bogatych państw, zamiast pogłębiać
solidarność, kieruje się swoimi egoistycznymi dążeniami. Zachodzi wówczas proces
tzw. renacjonalizacji polityk – zarówno zagranicznych, jak i gospodarczych
poszczególnych krajów. Kraje te próbują – ponieważ mamy kryzys i różne inne
problemy w Unii – nie poprzez wspólny front, wspólne instytucje europejskie
rozwiązywać swoje problemy, ale starają się to robić samodzielnie, dogadując się
często z zewnętrznymi partnerami – czy to z Rosją, czy z Chinami, czy też
jeszcze innymi. Przykładem tego, o czym właśnie mówię, jest chociażby ostatni
kryzys finansowy, gdzie to nie ministrowie finansów czy odpowiedni komisarze
unijni zdecydowali, jak poradzić sobie z Grecją i jej problemem, ale
rozwiązywała to kanclerz Angela Merkel z bankierami z Frankfurtu nad Menem.
Rezultat tej tendencji jest taki, że zanim jeszcze premier Donald Tusk kilka
miesięcy temu wylądował w Brukseli, to już najważniejsze decyzje zostały podjęte
i wybrano m.in. Catherine Ashton na wysokiego przedstawiciela UE ds. wspólnej
polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, a na przewodniczącego Rady Europejskiej
Hermana Van Rompuya. To nie jest jedyny z takich przykładów naszej "siły", a
raczej bezsiły w UE i tego, że w rzeczywistości nic nie możemy.

W ostatnich latach swoją pozycję skutecznie odbudowuje nasz największy
wschodni sąsiad, czyli Rosja. Jej głos jest coraz bardziej słyszalny, również w
sprawach wewnątrzunijnych.

– To prawda. Nie sposób nie zauważyć rosnącej asertywności Rosji, która od kilku
lat domaga się budowania nowej architektury bezpieczeństwa. Kraj ten nie chce
już specjalnych stosunków z NATO i UE, tylko chce stworzyć nową architekturę,
czyli jakiś układ, który de facto przypominałby XIX-wieczny Koncert Mocarstw – a
więc jakąś strukturę decyzyjną z kilkoma państwami europejskimi, które razem
pozwoliłyby Rosji podejmować najważniejsze decyzje o tym, co się dzieje na
obszarze od Atlantyku po Pacyfik. Na te żądania rosyjskie są pozytywne reakcje i
odpowiedzi po stronie zachodniej – szczególnie zaś po stronie niemieckiej, ale
również francuskiej i włoskiej. Jest to niesłychanie niebezpieczne, ponieważ
tworzy się pewna sytuacja, gdzie kilka krajów będzie decydowało "o nas bez nas",
w tym i Rosja. Pojawia się w tym miejscu kluczowe pytanie: czy nikt w Polsce, a
szczególnie w obozie rządzącym i prezydenckim, tych niebezpiecznych trendów
faktycznie nie dostrzega?

Jest jeszcze cała płaszczyzna zagrożeń w sferze energetycznej…
– Dziś już nikt nie kwestionuje, iż Rosja używa dostaw surowców energetycznych
jako instrumentu oddziaływania politycznego. To jest bezsporne i nie trzeba na
ten temat dyskutować i do tego przekonywać.

Użył Pan określenia "asertywność Rosji". W jakim stopniu jest ono przydatne w
diagnozowaniu chociażby obecnej sytuacji politycznej?

– Jest to tylko dyplomatyczny eufemizm, gdyż można mówić już wprost o
natarczywości, a w 2008 roku mieliśmy przecież do czynienia z agresją na Gruzję.
Możemy sobie oczywiście tłumaczyć, że były tam wcześniej jakieś incydenty i że
Gruzini weszli do stolicy Osetii Południowej – Cchinwali (które w końcu było ich
terenem oderwanym przez separatystów). Ale widać było wyraźnie, że to, co się
wydarzyło w sierpniu 2008 roku, to była wielka i z rozmysłem przygotowana akcja
rosyjska. Rosjanie posiadali tysiące swoich żołnierzy na granicy i tylko czekali
na odpowiedni moment, na jakąś wpadkę rządu gruzińskiego. A ponieważ Gruzini
dali pretekst, to Rosjanie natychmiast najechali. Podkreślam raz jeszcze: to nie
była jakaś akcja obronna, tylko z rozmysłem przygotowywana i wyczekiwana.
Osobiście widziałem raporty brytyjskie, które mówiły, że przygotowywanie tej
akcji trwało po stronie rosyjskiej półtora roku! Wracając jeszcze do pani
pytania, to używamy oczywiście takich eufemizmów wobec Rosji, jak: "asertywna
polityka" czy "deficyt demokracji" itp., opisując rzeczywistość, że Rosja jest
krajem, który już jawnie odchodzi od demokracji. Z ironią mówimy też, że Rosja –
jak to określił Putin – "buduje dyktaturę prawa" i na razie jest ona sukcesem w
50 procentach. Czyli że udało się stworzyć dyktaturę, ale jeszcze nie prawo. I
jak mówiłem, to są żarty, ale trzeba chyba już zacząć nazywać sprawy po imieniu.

Niedawno w Toruniu odwołał się Pan do terminu "triada" jako tworzywa polityki
zagranicznej. Jako jej trzeci aspekt wymienił Pan wybór środków i sposobów do
zapewnienia państwu bezpieczeństwa.

– Wspominając o triadzie, mówiłem, że stawia się jakiś cel i definiuje, w jakiej
sytuacji kraj będzie się bezpiecznie rozwijał. I to już jest kwestionowane,
ponieważ dla tych, którzy są mężami stanu i którzy widzą niebezpieczne trendy,
wyzwania, a nawet zagrożenia, ten cel jest ambitnie formułowany. Takim celem
m.in. dla prezydenta Lecha Kaczyńskiego było osiągnięcie pozycji podmiotowej w
instytucjach, do których należymy. Podmiotowej – czyli takiej, która pozwalałaby
Polsce współkształtować politykę tych instytucji, ażeby nie podejmowano więcej
decyzji o nas bez nas, szczególnie w polityce wschodniej. Natomiast politykierzy
– czyli ludzie, którzy chcą wygrać najbliższe wybory – traktują politykę
zagraniczną bardzo wizerunkowo i instrumentalnie. Uważają oni, że politykę
trzeba prowadzić tylko poprzez pilne i szybkie transakcje. Tym samym odsuwają
kwestie bezpieczeństwa na dalszy plan, gdyż chcą mieć szybkie korzyści, które
można wizerunkowo szybko sprzedać – jak chociażby ściągnięcie Putina na
Westerplatte czy też ściągnięcie Miedwiediewa. I choć te wizyty niczego nie
załatwiają i nie rozwiązują żadnej kwestii bilateralnej, to i tak dla takich
politykierów jest to nieważne. Ważne jest tylko to, że przyjechał Putin, później
Buzek i że zrobili sobie z nimi kilka zdjęć, które można pokazać światu. I tu
jest spór już o cel. Ten spór przenosi się następnie o ocenę zagrożeń – bo jeśli
ktoś chce się szybko dogadać z Rosją, to będzie argumentował, że nie ma żadnych
zagrożeń i nie ma sensu podnosić czegokolwiek, bo nic nam nie grozi, nic na nas
nie czyha… Po prostu spotykajmy się i buźka, goździk – jak to było za
Breżniewa. Czyli takie osoby będą również fałszować różne zagrożenia. Ten trzeci
element to jest właśnie pytanie, jak zrealizować politykę w danej sytuacji
międzynarodowej i jakimi środkami.

Ten element generuje liczne spory.
– To prawda. Spory pojawiły się, ponieważ do 2008 r. polska dyplomacja stawiała
równorzędnie trzy takie ścieżki, którymi prowadzono naszą politykę. Po pierwsze,
musieliśmy zająć pewną pozycję w naszym regionie (tyle znaczyliśmy w Europie i
NATO, ile znaczyliśmy w regionie). I chcieliśmy zająć pozycję rzecznika państw
regionu, ponieważ byliśmy największym państwem w tej części Europy, który
przeszedł wielką transformację, i najwięcej mieliśmy doświadczeń, najwięcej
mogliśmy na ten temat powiedzieć. Właśnie na podstawie tego moglibyśmy aspirować
do takiej pozycji i ją zajmować. Toczyły się oczywiście dyskusje, jak to zrobić
– czy np. poprzez Grupę Wyszehradzką, czy przez jakieś porozumienie Północ –
Południe, czy też może inne struktury, które były w jakimś pentagonale lub
heksagonale w latach 90. (z Austrią, z Włochami), czy może raczej połączyć się z
Bałtami i państwami nordyckimi, skandynawskimi itd. Nie kwestionowano jednak
wówczas samej tej idei lidera. Tę naszą silną pozycję w regionie zawsze
podkreślał prezydent Lech Kaczyński, a nawet jego poprzednik Aleksander
Kwaśniewski. Drugi element to silna współpraca ze Stanami Zjednoczonymi jako
uzupełnienie naszej pozycji w NATO. To też obaj wspomniani prezydenci
podkreślali, choć oczywiście były pomiędzy nimi pewne niuansowe rozbieżności –
czy wziąć tarczę, czy być w Iraku, czy też może lepiej w Afganistanie itd. Ale
niekwestionowane było wówczas to, że naszym filarem bezpieczeństwa jest silna
współpraca z Amerykanami. Wreszcie po trzecie, Polska, używając tych dwóch
instrumentów (czyli pozycji w regionie i współpracy z Amerykanami), również
chciała zająć istotną pozycję w Europie, vis-á-vis Francji, Niemiec i innych
dużych krajów. Różnice polegały na spojrzeniu, czy robić to poprzez Trójkąt
Weimarski, czy wejść do jakiegoś klubu sześciu, czy też może zalać Brukselę
polskimi urzędnikami i politykami, którzy weszliby w te struktury. Te trzy
kanony jednak dominowały i w zależności od ministra akcentowano bardziej lub
mniej któryś z nich. I nagle w 2008 r. nastąpiła zmiana. Zerwaliśmy całkowicie z
Amerykanami, wycofaliśmy się z Iraku, przenieśliśmy ciężar współpracy w
Afganistanie ze współpracy z Amerykanami na NATO i samodzielną obecność.
Wycofaliśmy się także z niesłychanie ważnego regionu dla Stanów Zjednoczonych,
czyli z całego Bliskiego Wschodu. I wreszcie nie przyjęliśmy de facto tarczy
antyrakietowej, bo nie ratyfikowaliśmy tych porozumień, dając Amerykanom
możliwość wycofania się z tego projektu bez jakiejkolwiek rekompensaty. Po
drugie, zaniedbaliśmy region i zaczęliśmy prowadzić bardzo niekonsekwentną
politykę.

Jakie są najbardziej rażące przykłady tych niekonsekwencji?
– Chociażby to, że nie odbudowaliśmy Grupy Wyszehradzkiej. Nie wiem też, jaka
jest obecnie nasza polityka wobec Bałkanów – zresztą wycofujemy stamtąd wojska.
Ponadto prezydent Kaczyński jeszcze przed śmiercią podpisał bardzo ważne
porozumienie o współpracy strategicznej z Rumunią, która w tej chwili stała się
głównym partnerem Amerykanów w tym regionie Europy, a którego to porozumienia
nie podtrzymujemy. Efekt tego wszystkiego jest taki, że kiedy Sikorski na wiosnę
tego roku kandydował na sekretarza generalnego NATO, to nie poparł go nawet
region, nie uzyskał poparcia tych 10 państw w regionie! Tak więc pokazuje to
wyraźnie, że nie jesteśmy postrzegani w tej chwili jako rzecznik naszego
regionu. Czyli skasowane zostały te dwa kanony naszej działalności i w Europie
jesteśmy w takim układzie bezradni. Jedynie żonglujemy Buzkiem. Nie widzę
natomiast u nas żadnej polityki europejskiej. Sikorski ma bardzo słabą pozycję w
Europie, co też widać po niewielu jego wizytach i inicjatywach. Chwieje się w
wielu kwestiach, głównie rosyjskich – raz Rosję chce karać, raz przyjmować, a
jeszcze innym razem ostrzega, żeby Rosji nie obrażać. Dziwnie zachowuje się
również wobec Amerykanów – raz zabiega o tarczę, drugim zaś razem pisze z Carlem
Bildtem artykuł, że należy się zastanowić nad przyszłością broni nuklearnej w
Europie. Jest to więc totalna niekonsekwencja. Ponadto odkładane są wizyty w
ważnych krajach europejskich. Dlatego też nie widzę – poza chęcią wizerunkowego
funkcjonowania i pojawiania się od czasu do czasu na jakichś szczytach – żadnej
koncepcji polityki europejskiej.

Tymczasem za kilka miesięcy obejmujemy półroczną prezydencję w Unii…
– Brak tej koncepcji można i tutaj zauważyć, gdyż w planach naszej prezydencji
zawarto priorytet, który jest dzisiaj absolutnie nie na miejscu, a mianowicie,
że chcielibyśmy budować wspólną politykę obronną w Europie. Gdzie tu wola i
chęć, żeby Europa poświęcała więcej pieniędzy i żołnierzy na jakąś wspólną
armię, kiedy nie jest w stanie dać niczego więcej np. na wojnę w Afganistanie, a
nawet zaczyna się wycofywać ze swoich dotychczasowych zobowiązań. Zamiast
budować to, co nam najbardziej w tej chwili jest potrzebne, czyli wspólną
politykę energetyczną i solidarność europejską, wrzucamy jakiś projekt, który
dzisiaj zupełnie nie ma racji bytu, bo te sprawy były istotne wiele lat temu,
ale nie dzisiaj. Gdzie zatem jest tu jakakolwiek koncepcja?

Skoro Polska nie jest rzecznikiem państw naszego regionu, a rząd nastawiony
jest w pierwszym rzędzie na politykę wizerunkową, to jak ocenia Pan powodzenie
naszej prezydencji?

– Jak już pani wspomniała w pytaniu, będzie to jedynie prowadzenie dalszej
polityki wizerunkowej. Moim zdaniem, ta prezydencja, która będzie się odbywać w
drugiej połowie 2011 roku, będzie podporządkowana polskim wyborom parlamentarnym
i niczego konkretnego nie możemy się po niej spodziewać. Również z powodu
ograniczonego czasu. Prezydencję przejmiemy 1 lipca, a chwilę później
rozpoczynają się wakacje (sierpień to jest miesiąc, w którym zarówno Europa, jak
i UE nie funkcjonują), więc zostaną zaledwie wrzesień, październik i listopad,
gdyż w grudniu Unia znów zamiera, chodząc głównie na przedświąteczne zakupy. Tak
więc pozostaną nam zaledwie trzy miesiące prezydencji, które moim zdaniem, będą
wykorzystywane jedynie jako kampania wizerunkowa obecnego rządu. Organizowane
więc będą spotkania, wizyty i jakieś grupy robocze ministrów, które będą
nagłaśniane jako uznanie dla pozycji Polski i przekładane na media, aby te
podkreślały, iż jest to jedynie zasługa tego rządu, w związku z czym powinno się
jemu dać możliwość dalszego sprawowania władzy. Właśnie taki jest plan naszego
rządu na najbliższe miesiące.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj