Gospodarka na pasku dotacji

Minister finansów Jacek Rostowski stwierdził, że mamy silną, a nawet
bardzo silną gospodarkę. To typowe propagandowe sianie optymizmu. Optymistą
trzeba być, minister finansów nie powinien siać pesymizmu i niepokojów, bo to
niewątpliwie gospodarce szkodzi, ale przecież nie można uciekać od realnej oceny
rzeczywistości i oszukiwać społeczeństwa, zwłaszcza przed wyborami, bo może się
to skończyć tak jak na Węgrzech z poprzednim premierem, który odszedł w
niesławie po miesiącach protestów.

Hojna oferta Rostowskiego
Często siłę gospodarki identyfikuje się ze spełnianiem określonych warunków
stabilizacji finansowej, np. w publicystyce identyfikuje się ją z posiadaniem
zrównoważonego budżetu, niskiego lub najlepiej zerowego długu publicznego. Do
tego nam oczywiście daleko, bo mamy dług publiczny zbliżający się do granicy
wyznaczonej przez wymogi unijne. W związku z licznymi nieporozumieniami w tej
kwestii trzeba wyjaśnić, że problemem nie jest sam dług, ale istotne są koszty
jego obsługi i wysoki udział długu zagranicznego (ok. 1/3 długu). Uzależnienie
od zagranicy powoduje, że osłabienie złotego doprowadzi do raptownego wzrostu
kosztów obsługi tego długu i samej wartości części zagranicznej – w efekcie
nagle pewnego dnia możemy obudzić się ze złamaną Konstytucją.
Wielokrotnie mówiłem, że wpisanie do Konstytucji i do ustawy o finansach
publicznych "dyscyplinujących" ograniczeń i limitów było co najmniej
nieroztropne, jako wynik mechanicystycznego myślenia, a nie zrozumienia procesów
ekonomicznych. Sam dług nie jest taki duży i nie byłby istotny, gdyby był
wyłącznie krajowy, bo wtedy dług państwa stanowiłby jednocześnie bogactwo
właścicieli obligacji. Przytaczanych jest wiele przykładów, nie tylko
najczęściej wymienianej Japonii, że z takim długiem, nawet stosunkowo wysokim,
można dość dobrze funkcjonować. Istotne, niebezpieczne i szkodliwe jest
zadłużanie państwa za granicą i doprowadzanie do sytuacji, że – jak podała
niedawno prasa – "polskie obligacje idą na giełdzie w Londynie jak świeże
bułeczki". To znaczy, że minister Rostowski dość hojnie oferuje polskie
obligacje zagranicznym nabywcom za wysokie odsetki, które polscy podatnicy będą
spłacać. Czy rzeczywiście mamy silną gospodarkę i możemy sobie na to pozwolić?
Wątpię.

Co to znaczy "silna gospodarka"?
Najistotniejszy jest zatem dług zagraniczny i warto tu dopowiedzieć, że na tym
polega błąd zamieszczonej przez Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR) Leszka
Balcerowicza "tablicy długu publicznego", która nie podaje elementu
najistotniejszego: części zagranicznej, a skoro podanie niepełnej prawdy jest
kłamstwem, to trzeba jasno powiedzieć, że tablica ta jest dezinformacją.
Warto zatem powiedzieć sobie, co to znaczy "silna gospodarka". Siła gospodarki
jest określona przede wszystkim przez stan przemysłu: jego nowoczesność,
zdolność do zaoferowania światu cenionych nowoczesnych produktów realizowanych
poprzez nowoczesne technologie, z dużym wkładem własnej myśli naukowej i
rozwiązań technicznych. Silna gospodarka to gospodarka mająca zdolność do
ekspansji na światowe rynki, a zarazem zdolność do generowania względnie
wysokiego trwałego wzrostu. I to wzrostu realnego, a nie takiego, jaki nam się w
propagandzie przedstawia, czyli nominalnego: po odjęciu od niego niemałego
wskaźnika inflacji otrzymujemy przecież wynik realny, dość mizerny.
Warto też zdawać sobie sprawę z tego, że silną gospodarkę charakteryzują z
jednej strony nadwyżka eksportowa i jednocześnie umacniający się w jej wyniku
pieniądz krajowy. W efekcie ma miejsce ekspansja kapitałowa za granicę –
przykładem kraju, który od lat z sukcesem to osiąga, jest Republika Federalna
Niemiec. Ale silna gospodarka to taka, która jednocześnie może pochwalić się
tym, że ma długookresowe tempo wzrostu na poziomie kilku procent – i wysoki PKB
na głowę, bo wysoki wzrost kosztem biednego społeczeństwa o sile gospodarki
bynajmniej nie świadczy. Silna gospodarka to wreszcie silny budżet państwa,
realizujący swe zadania finansowane na właściwym poziomie, a nie tak, że
obywatele zaczynają odwracać się od swego państwa.

Porozmawiajmy o liczbach
Tymczasem gdybyśmy tak z panem ministrem porozmawiali o liczbach, to musiałby
się zgodzić z tym, że nasza gospodarka nie jest znowu taka silna. Nie mamy ani
przemysłu, który może światu wiele zaoferować (za to prawie wszystko, co mamy w
sklepach, jest produkcji zagranicznej), ani nie jesteśmy w stanie zapewnić
godnego poziomu życia wielu obywatelom (po 20 latach od upadku komunizmu!). Na
zagranicznych sklepowych półkach można spotkać głównie polskie gry komputerowe i
oczywiście, jak za minionych lat, ham i polska vodka – no, ale na grach
komputerowych, szynce i alkoholowych procentach silnej gospodarki się nie
zbuduje. Nie można mówić o silnej gospodarce, która straciła przemysł
stoczniowy, elektroniczny (były kiedyś zakłady Kasprzaka, Polkolor, Elwro i inne
firmy komputerowe), samochodowy (zagraniczne montownie to przecież nie polski
przemysł). W Warszawie, Gdańsku, w Szczecinie i w wielu innych miastach dużego
przemysłu już w ogóle albo prawie nie ma.
Nadwyżki w handlu zagranicznym oczywiście nie mamy, ale za to wysoki deficyt – i
co ciekawe, teraz okazuje się, że ten sprzed kilku lat był wyższy, niż
wykazywano w bilansie jeszcze kilka miesięcy temu – czyżby kamuflowano
pieniądze, by nie płacić podatków?
Silna gospodarka daje światu miliardy swej nadwyżki, by pomóc innym, a nie
przechwala się, że rozwinie się dzięki 300 mld zastrzyku środków unijnych. Warto
przy okazji zapytać, czy skoro bez takiej finansowej kroplówki nie możemy
zaspokoić podstawowych potrzeb, to czy silna jest gospodarka, z której
jednocześnie rok po roku upuszcza się finansową krew na kwotę 50 mld złotych?
Chodzi o odpływ dochodów za granicę – bilans płatniczy Polski nie napawa
optymizmem i świadczy o słabości polskiej gospodarki.
Czy mamy silną gospodarkę, skoro nasza młodzież nie może znaleźć pracy, a
emigrując za granicę, stwierdza, że na byle jakim stanowisku
niewykwalifikowanego pracownika zarobi więcej niż w Polsce po studiach
politechnicznych? A nawet w Polsce, jak za głębokiej komuny, wykształcenie się
nie opłaca, bo chłopak po zawodówce zarobi więcej niż nauczyciel, lekarz,
inżynier? Czy mamy zatem silną gospodarkę? Chyba nie.
Tymczasem patrząc na działania rządu PO, można odnieść wrażenie, że jesteśmy
potęgą gospodarczą. Budujemy, jak donoszą media, najdroższy stadion świata.
Anglicy, gospodarcze słabizny, zbudowali podobny stadion za sporo niższą kwotę –
no, ale my, paniska, możemy sobie pozwolić nie tylko na najdroższy stadion, ale
i na autostrady znacznie przepłacone, i na metro budowane z użyciem horrendalnie
drogiej technologii. Warto dodać, że zdaniem ekspertów warunki hydrogeologiczne
dla podłoża Warszawy nie dają podstawy do drążenia głębokich tuneli metra.
Eksperci pytają więc, kto wyraził na to zgodę, do tego na wykonanie przez obce
firmy, wprowadzone przez niefachowo przeprowadzoną procedurę przetargową?
Zapewne usprawiedliwia to siła naszej gospodarki. A co, my, silni, możemy
zaszaleć, dajmy innym zarobić.
Jak powiedział wielki C.S. Lewis (autor "Opowieści z Narnii"), pycha jest
największym grzechem, bo zaślepia. A czyż nie jest pychą opowiadanie o silnej
polskiej gospodarce?

 

Prof. Jerzy Żyżyński
ekonomista Uniwersyste Warszawski

drukuj