Głos z Rzymu w sprawie Europy
Jest to właściwie dwugłos – jeśli tak można powiedzieć – ponieważ mam na myśli orędzie Kongresu zorganizowanego przez COMECE (Komisja Konferencji Episkopatów Europy), a także, albo przede wszystkim, słowa Ojca Świętego Benedykta XVI skierowane do uczestników Kongresu, a pośrednio przez nich do całej Europy.
Jeśli chodzi o odezwę skierowaną przez Kongres do głów państw i do piastujących stanowiska w administracji europejskiej (Zenit, 25 marca 2007 r.), to nie ma w niej niczego zaskakującego. Znajdujemy tu zasadniczo przypomnienie, już stereotypowe, pewnych wymagań kierowanych do Unii Europejskiej przez Kościół i w ogóle ludzi wierzących. Główny akcent pada, zgodnie z hasłem Kongresu, na konieczność respektowania wartości, od których zależy realizacja takich celów, jak pojednanie i harmonijna współpraca wszystkich Europejczyków.
Nadto w dokumencie możemy zauważyć pewne szczególne akcenty ideologiczne, na które warto zwrócić uwagę. W pierwszym punkcie „Messaggio” znajdujemy sformułowanie, które może budzić podejrzenie, że COMECE kształtuje swój pogląd na Europę w świetle ideologii socjalistycznej. Napiętnowano bowiem skrajne nacjonalizmy odpowiedzialne za nieszczęścia, jakie Europa przeżyła w XX wieku. Bardziej uważna obserwacja tamtej epoki nie pozwala zapominać, że te ustroje i systemy, które zgotowały Europie gehennę, nie wynikały z nacjonalizmu jako takiego, ale właśnie z ideologii socjalizmu, którą Hitler tylko „ubarwił” narodowo dla celów propagandowych. Niemcy chyba jednak nigdy nie mieli prawdziwej filozofii narodu i myśleli raczej w kategoriach filozofii państwa, szczególnie pod wpływem pseudofilozofii Hegla, jak też pewnych utrwalonych w tradycji elementów bizantynizmu. Źródłem antyludzkich, ludobójczych i antynarodowych rewolucji była ideologia lewicowa (właśnie socjalistyczna), która przekreśla antropologiczny wymiar istnienia narodów na rzecz więzów internacjonalnych i totalitarnych ze swej istoty.
Kierunki polityczne uzależnione od socjalizmu nałogowo atakują różne nacjonalizmy, aby zniechęcić także umiarkowanych zwolenników filozofii narodu, związanych z personalizmem i filozofią rodziny i odwieść ich od wysuwania takich projektów politycznych, w których naród stanowi naczelną formację antropologiczną. Naród bowiem jest społeczną syntezą tych wartości antropologicznych i personalistycznych, które mają swoje źródło w rodzinie jako misterium zawierającym teologiczne rysy „obrazu Bożego”. W „Liście do Rodzin” Jan Paweł II przypomniał, że naród uczestniczy w podmiotowości rodziny (LdR 17). Trzeba pomimo to oddać honor orędziu COMECE z tego powodu, że podkreśla konieczność respektowania takich wartości podstawowych, jak „godność ludzka, równość mężczyzny i kobiety, pokój i wolność, pojednanie i poszanowanie wzajemne, solidarność i pomocniczość, państwo prawa, poszukiwanie dobra wspólnego”. Interesujące jest jednak, że w uzasadnieniu ważności tych wartości pojawia się formuła dobrze znana z różnych dokumentów socjalistycznych, to jest konieczność przeciwstawienia się „odradzającym się w naszych krajach tendencjom nacjonalistycznym, rasistowskim, ksenofobicznym, jak i egoizmom narodowym”. Dwa razy został potępiony nacjonalizm, raz ksenofobia i rasizm. To coś mówi.
Zasługą nie do przekreślenia jest jednak to, że dokument zaraz potem wymaga, by państwa w swoich „ustawodawstwach demokratycznych” szanowały życie „od poczęcia do naturalnej śmierci” i by popierały rodzinę jako naturalny związek mężczyzny i kobiety (zawiązany) w małżeństwie (trochę niejasno ukazano relację małżeństwa do rodziny). Wymaga się także, by „szacunek dla praw cywilnych i jurydycznych indywidualnych jednostek nie naruszał w niczym praw małżeństwa i rodziny jako fundamentów społeczeństwa”. Ostatni punkt zawiera gotowość wspierania tych inicjatyw, które szanują autentycznie naturę ludzką jako stworzoną na obraz i podobieństwo Boże i ukazaną w nowym świetle w osobie Jezusa Chrystusa. Chodzi o inicjatywy skierowane ku dalszemu budowaniu jedności, w czym chrześcijanie gotowi są angażować się jako „jednostki, wspólnoty, stowarzyszenia, ruchy”.
A dlaczego w tym wszystkim jest nieobecny Kościół, jeden, powszechny, czyli katolicki i apostolski? To nie jest jasne. Prawdopodobnie Unia sobie tego nie życzy, jak to wyraźnie wynika z tekstu traktatu konstytucyjnego. To jest, moim zdaniem, poważny problem: jeżeli Unia sobie nie życzy Kościoła w jego autentycznej i integralnej tożsamości, to sprawą honoru jest nie wchodzić do towarzystwa, „gdzie nas nie chcą”. Ale skoro jako Kościół jesteśmy w sercu Europy z woli samego Boga, i to znacznie wcześniej niż Unia, to przez wierność dla apostolskiego posłannictwa należy odrzucić Unię, aby ocalić Europę. Jest to poważne wyzwanie postawione nam przez historię i nie wolno nam sprzedać naszej tożsamości za jakieś eurosrebrniki.
Mocne słowa Papieża
Ale zostawmy orędzie COMECE i zobaczmy, co powiedział Papież Benedykt XVI do uczestników Kongresu (Zenit, 25 marca 2007 r.). Ojciec Święty mówiąc o dążeniu do jedności europejskiej jako reakcji na nieszczęścia II wojny światowej, od razu podkreślił, że nie chodziło tutaj o „rozluźnianie czy negację odrębnej tożsamości narodów”. Papież, który przeżył hitleryzm, nie boi się nacjonalizmów. Papież spojrzał na sytuację Europy w powiązaniu z integralną sytuacją świata i od razu zwrócił uwagę na konieczność równowagi między wymiarem ekonomicznym a społecznym, czyli konieczność respektowania praw biednych i zepchniętych na tak zwany margines społeczny. Innymi słowy, polityka musi się liczyć z etycznymi wymogami sprawiedliwości. Poważne słowa padły przy ocenie sytuacji demograficznej Europy: „narzuca się stwierdzenie, że wydaje się, iż Europa weszła na drogę, która może ją doprowadzić do pożegnania się z historią”. To zjawisko może mieć zgubne konsekwencje dla przyszłości Europy: nie tylko kryzys ekonomiczny, nie tylko rozpad więzi społecznych, eksplozję niebezpiecznego indywidualizmu. Wygląda na to, jakby kontynent europejski stracił wiarę we własną przyszłość. Co więcej, sam proces jednoczenia Europy nie jest popierany przez wszystkich; różne rozdziały europejskiego projektu zostały napisane bez liczenia się z oczekiwaniami mieszkańców. Ta uwaga świadczy o tym, że Papież nie jest za tym, aby proces unifikowania Europy odbywał się przez akty „odgórne”, niepotwierdzone wolą Europejczyków. Dlatego powinni się bardzo zastanowić nad sensownością pewnych decyzji ci, którzy marzą o ratyfikacji konstytucji poprzez decyzje rządów lub parlamentów. Taka decyzja nie mieści się bowiem w kompetencji żadnego parlamentu ani tym bardziej rządu. Byłoby to zuchwałe uzurpowanie sobie władzy nad narodami przez grupkę biurokratów.
Europa i tożsamość narodów
Benedykt XVI w sposób zdecydowany, bezkompromisowy, formułuje swoje twierdzenia i wnioski na temat Europy. Mówi więc: „Nie można myśleć o budowaniu autentycznego „wspólnego domu” europejskiego, jeżeli się nie bierze pod uwagę własnej tożsamości narodów żyjących na tym kontynencie”. Mocno powiedziane i nie ma tu nic na temat groźby nacjonalizmów. Papież wyjaśnia, co ma na myśli: „Chodzi w rzeczywistości o tożsamość historyczną, kulturalną i moralną, zanim pomyśli się o tej geograficznej, ekonomicznej i politycznej; jest to tożsamość ukonstytuowana przez sumę wartości uniwersalnych, do których rozbudzenia przyczyniło się chrześcijaństwo, pełniąc rolę nie tylko historyczną, lecz twórczą wobec Europy. Te wartości, które tworzą duszę kontynentu, powinny trwać w Europie trzeciego tysiąclecia jako zaczyn cywilizacyjny. Jeśliby miało ich zabraknąć, w jaki sposób mógłby „stary” kontynent pełnić nadal swoją funkcję „fermentu” dla całego świata? Skoro z okazji 50-lecia Traktatów Rzymskich rządy europejskie usiłują „zbliżać się” do swoich obywateli, jak można pozwolić na wykluczenie istotnego elementu europejskiej tożsamości, którym jest chrześcijaństwo, z którym identyfikuje się większość mieszkańców?”.
Widać, że zasada tożsamości narodów, jak i zasada duchowej i kulturowej tożsamości Europy zostały w mocą podkreślone. Z tego punktu widzenia Papież formułuje słowa twardej krytyki pod adresem Europy. „Czyż nie jest to zaskakujące, że dzisiejsza Europa, pragnąc uchodzić za wspólnotę wartości, wydaje się coraz częściej odrzucać wartości powszechne i absolutne? Czy ta szczególna forma „apostazji” od siebie samej, nawet wcześniej niż od Boga, nie prowadzi jej do wątpienia we własną tożsamość?”. Godne uwagi, że ta „apostazja” dokonuje się na płaszczyźnie moralności i od faktu prowadzi do podważenia samych zasad, na których opiera się życie godne człowieka. „W ten sposób powstaje przekonanie, że „rachunek dóbr” jest jedyną drogą określenia moralnej wartości czynu, a „dobro wspólne” staje się synonimem kompromisu. W rzeczywistości, jeśli kompromis może stanowić uprawnione zrównoważenie różnych interesów partykularnych, przekształca się we wspólne zło (male comune) w każdym wypadku prowadząc do uzgodnień krzywdzących naturę ludzką”. Ojciec Święty pokazał w ten sposób, jak zdrada wartości prowadzi do zdrady człowieka i że jest to efekt nieunikniony.
Konieczny fundament
Benedykt XVI wyciąga z powyższej analizy bardziej szczegółowe wnioski: „Społeczeństwo, które się organizuje bez poszanowania autentycznej godności ludzkiego bytu, zapominając, że każda osoba została stworzona na obraz Boży, kończy na tym, że nie czyni dobra nikomu. Oto dlaczego jest konieczne, aby Europa strzegła się nastawienia pragmatycznego, tak dziś rozpowszechnionego, które systematycznie usprawiedliwia kompromis w stosunku do istotnych wartości ludzkich, tak jakby było czymś nieuniknionym opowiadanie się za zasadą mniejszego zła. Taki pragmatyzm, ukazywany jako zrównoważony i realistyczny, w gruncie rzeczy taki nie jest, ponieważ neguje wymiar aksjologiczny i moralny jako wewnętrzny dla natury ludzkiej. Kiedy potem na takim pragmatyzmie zostaną zaszczepione tendencje laicystyczne i relatywistyczne, kończy się na tym, że odmawia się chrześcijanom prawa do zabierania głosu w publicznej debacie, albo, co gorzej, podważa się znaczenie ich wkładu, oskarżając ich, że usiłują jedynie bronić własnych przywilejów”. Stąd wynika bardziej ogólny wniosek dla samej Unii: „W obecnym momencie historycznym i w obliczu wielu zasygnalizowanych wyzwań, Unia Europejska, aby mogła być poręczycielem państwa prawa i promotorem uniwersalnych wartości, nie może nie uznać z całą jasnością istnienia natury ludzkiej jako rzeczywistości stałej i niezmiennej i jako źródła praw dla wszystkich jednostek (tej natury), także dla tych, którzy temu przeczą. W tym kontekście zostaje zabezpieczone prawo „obiekcji sumienia”, kiedykolwiek byłyby gwałcone fundamentalne prawa ludzkie”.
Ostatni fragment przemówienia Papieża zawiera głównie zachętę dla Kościoła do odważnego i wytrwałego głoszenia prawdy o człowieku. Z pomocą Bożą można budować nową Europę, realistyczną, a nie zakłamaną (cyniczną), bogatą w ideały, wolną od naiwnych iluzji, natchnioną wieczną i żywą prawdą Ewangelii. „W tym celu – woła Papież – bądźcie obecni w sposób aktywny w dyskusji publicznej na poziomie europejskim, świadomi, że już tworzy ona [dyskusja] integralną część [debaty] narodowej i łączcie z tym zadaniem skuteczną działalność kulturalną. Nie poddawajcie się logice władzy [będącej] celem dla siebie! Niech będzie dla was zachętą i umocnieniem upomnienie Chrystusa: „Jeśli sól straci swój smak, na nic się już nie przyda?” (Mt 5, 13). Niech Bóg uczyni owocnym wszelki wasz wysiłek i wspomaga was w rozpoznawaniu i ocenianiu elementów pozytywnych dzisiejszej cywilizacji i w demaskowaniu i odrzucaniu z odwagą wszystkiego, co jest przeciwne godności człowieka”.
„Zamknąć przeszłość”?
Deklaracja berlińska przyjęta z okazji 50-lecia Traktatów Rzymskich chwali dotychczasową historię i wyraża wolę trwania przy jej ideałach i nadzieję na coraz bardziej świetlaną przyszłość. Jest tu wiele frazeologii i romantyzmu, a także zapowiedź „odnawiania z duchem czasu politycznego kształtu Europy”. Mówi się o ważnym „wyzwaniu”, aby do roku 2009 „odnowić wspólny fundament Unii Europejskiej”. Skoro od początku fundamentem jedności było chrześcijaństwo, to aż się prosi, aby dopowiedzieć: „chrześcijański fundament Europy”. Ale tego nie powiedziano. Natomiast pani Angela Merkel bardzo się intelektualnie gimnastykowała, żeby przyznać rację Papieżowi, który upominał się o Pana Boga w Europie, i równocześnie udowodnić, że nie może przyjąć jego postulatów. (EWTNews, 28 marca 2007 r.). Powiedziała, że osobiście uznaje i bardzo ceni „judeo-chrześcijańskie dziedzictwo Europy” i że można by je potwierdzić w jakimś dokumencie oddzielnym od konstytucji. Pani Merkel chwaliła się tym, że nawet rozmawiała z Benedyktem XVI, jak i wcześniej z Janem Pawłem II na ten temat i wie, że wielu ludzi w Europie życzy sobie podkreślenia chrześcijańskich korzeni kontynentu. Stwierdziła jednak, że „panuje tu świecka tradycja, która odrzuca odwołanie się do wiary w oficjalnych dokumentach państwowych”. Pani Merkel jest przekonana, że ta kwestia wróci w czasie debaty nad konstytucją, ale twierdzi, że sama jest „realistką”, to znaczy „niezupełnie optymistką” co do powodzenia tego pomysłu (wpisania w konstytucję uwagi na temat chrześcijaństwa). „My musimy o tym dyskutować, co jest normalne, i w dialogu między kulturami i religiami Europejczycy powinni być zdolni opowiedzieć się za swoimi wspólnymi korzeniami”. Powiedziała jeszcze: „My musimy zgodzić się na to, że nasza przeszłość była naznaczona elementami judeo-chrześcijańskimi. To zagadnienie jest znane niezależnie od dokumentu, który można by napisać. Dyskusja będzie trwała i ja bardzo dobrze rozumiem stanowisko Kościoła katolickiego, lecz my musimy również się zgodzić z tym, że w Europie obowiązuje wyraźne oddzielenie między polityczną i religijną sferą” (tamże).
Tę samą argumentację słyszeliśmy w swoim czasie od „miłościwie panującej nam Partii” wpatrzonej w blask gwiazdy Lenina i Stalina. Co się naprawdę zmieniło w Europie od czasu, gdy czerwona rewolucja szła na podbój Europy z hasłem „precz z Kościołem”? Tak więc Europa ma się stać „państwem”, a w „państwie” obowiązuje „świeckość” przewrotnie rozumiana jako wyeliminowanie całej sfery religijnej z zakresu spraw interesujących społeczeństwo. Zatem nic, co chrześcijańskie, nie może się dostać na scenę polityczną. A ponieważ Chrystus i chrześcijaństwo jest nierozerwalnie związane z człowiekiem, dlatego odrzucenie Chrystusa skończy się (i już się kończy) odrzuceniem człowieka.
Inny polityk, tym razem premier Italii Romano Prodi, przemawiając do Kongresu COMECE z okazji wiadomej rocznicy, powiedział: „Co do mnie, to bardzo pragnąłem, aby w Karcie Europy zawarta była wzmianka o chrześcijańskich korzeniach Europy. Jednak są takie czasy, w których jest konieczne zamknąć przeszłość, mając świadomość, że to wspólne dziedzictwo stało się drogą naszego codziennego życia” (CWN, 26 marca 2007 roku). Jeśli jednak ktoś zamyka taką przeszłość, musi wiedzieć, że tym samym zamyka także przyszłość. Europa nie ma przyszłości. Chyba że się nawróci i przyjmie Chrystusa. To przecież była główna myśl całej adhortacji Jana Pawła II „Ecclesia in Europa”.
