Deklaracja berlińska i przyszłość UE
Deklaracja berlińska ma być w planach niemieckich zapowiedzią reaktywowania traktatu konstytucyjnego Unii Europejskiej. Kanclerz Angeli Merkel do zgody na deklarację udało się przekonać nawet największych oponentów w postaci Polski, Czech i Wielkiej Brytanii. Rodzi się pytanie, dlaczego państwa te godzą się na tworzenie traktatu, który nie leży w ich żywotnym interesie?
Gra pozorów
Wszystkie te kraje nie chcą budowy superpaństwa, tymczasem Niemcom bardzo na tym zależy. Jeśli ktoś zadał sobie pytanie, dlaczego takie państwa jak Niemcy czy Francja notorycznie dopłacają do budżetu Unii Europejskiej, odpowiedź musi być tylko jedna. Chodzi o podniesienie ich znaczenia na arenie międzynarodowej. Szczególnie Berlin ma problem od czasów II wojny światowej, gdyż nie może swobodnie uczestniczyć w grze światowej jako mocarstwo. Wszelkie skojarzenia z imperialną polityką Hitlera powodują różnorakie blokady dla Niemiec. Ani Niemcy, ani Francja z uwagi na niedostateczny, mimo wszystko, potencjał gospodarczy i ludnościowy, nie są równorzędnymi partnerami dla takich potęg, jak USA czy Chiny. Dlatego Unia Europejska miałaby się stać w perspektywie narzędziem w rękach Paryża i Berlina w celu wejścia na światową arenę. Dlatego skonstruowano plan stopniowego wykupywania suwerenności od państw mniejszych. Dzieje się to od lat za pomocą biurokracji unijnej, bardzo dbającej o pomnażanie swoich uprawnień, a co za tym idzie – centralizowanie władzy w UE. Zgoda drobniejszych podmiotów unijnych na taki proces jest okupywana właśnie za pośrednictwem unijnych dotacji. Państwa takie jak Wielka Brytania prowadzą grę pozorów, polegającą na względnej zgodzie na propozycje ściślejszej integracji. Z drugiej strony Brytyjczycy szukają czynników, które osłabiałyby ten proces. Stąd na przykład ogromna radość na Wyspach Brytyjskich z odrzucenia konstytucji unijnej przez społeczeństwo Francji i Holandii. Brytyjczycy nie musieli nawet iść do urn, by wyrażać swój sprzeciw.
Wydaje się, że w taką również grę pozorów wdała się Polska i Czechy. Stąd m.in. zgoda prezydenta Kaczyńskiego na deklarację berlińską. Niemcy chcą ostatecznie doprowadzić do sytuacji, gdy oskrzydlona porozumieniem niemiecko-rosyjskim Polska zgodzi się na parasol dominacji niemieckiej w Europie Środkowowschodniej. Warszawa i Praga próbują różnorakich projektów nakierowanych na znalezienie alternatywy dla dominacji rosyjsko-niemieckiej. Stąd wstępna zgoda tych krajów na rozmieszczenie elementów tarczy antyrakietowej, tak mocno oprotestowana ostatnio w Parlamencie Europejskim.
Zgoda na deklarację berlińską
wiąże się z inicjatywą polską dotyczącą sposobu liczenia głosów w Radzie Europejskiej. Siła głosu danego państwa byłaby wprost wyliczana na zasadzie pierwiastka kwadratowego z liczby ludności państwa. W ten sposób kraje średnie, takie jak: Polska, Holandia, Hiszpania, Rumunia, osiągnęłyby znaczenie porównywalne do systemu nicejskiego, straciłyby zaś kraje duże. Wiele wskazuje na to, że Polacy są osamotnieni w swojej propozycji. Wszak duże kraje poprzez system „kupowania suwerenności” poprzez dotacje unijne są w stanie „przekonać” drobne unijne podmioty do zasady podwójnej większości, zawartej w odrzuconym w referendum poprzednim traktacie konstytucyjnym.
Ewentualna zapowiedź polskiego weta w przypadku odrzucenia naszych propozycji co do liczenia głosów ma wzmocnić siłę polskiego argumentu w negocjacjach nad traktatem (pamiętajmy, że polskie weto w sprawie gospodarczych rozmów UE – Rosja okazało się skuteczne). Dość eurorealistyczni za sprawą prezydenta Klausa Czesi mocno zastrzegają, aby przyszły traktat nie nosił nazwy „konstytucja”. Wydaje się jednak, że rządy Czech i Polski nie zdecydują się na wetowanie nowej konstytucji, walczą tylko o lepszą pozycję wewnętrzną dla siebie. Być może Polska zrezygnuje z invocatio Dei w preambule, gdyż – jak nieoficjalnie wiadomo – takiej preambuły może w ogóle nie być. Mówi się również o ewentualnej zgodzie na powołanie do życia instytucji prezydenta Unii i ministra spraw zagranicznych. Nikogo nie trzeba przekonywać, że są to urzędy charakterystyczne dla państwa, a nie dla związku państw, jakim do tej pory jest UE.
Nie potrzebujemy konstytucji
Na koniec warto się przyjrzeć, czym jest deklaracja berlińska od strony treściowej. Jak twierdzą dyplomaci unijni, ma to być określenie „wspólnego mianownika” dla UE. Chodzi zatem o system zasad, którymi kieruje się Unia. Możemy się w ten sposób przekonać, do jakiego porządku moralnego miałoby się odwoływać nowo tworzone superpaństwo. Otóż myliłby się ten, kto spodziewałby się tam jakiegokolwiek odniesienia do dziedzictwa chrześcijańskiego Europy czy odwołania do Boga Stwórcy. Mamy zaś cały szereg odniesień ekonomicznych (wspólny rynek, euro, dobrobyt) i społecznych (walka z terroryzmem, pokój, walka z ksenofobią i rasizmem). Są to terminy tak niewiele znaczące, tak banalne, że aż dziw, iż mają charakteryzować podstawy wspólnej Europy. Czy naprawdę dobrobyt i pokój to jedyne wyznaczniki celu tworzenia wspólnoty? Oczywiście jest też odniesienie do godności człowieka, ale na skutek braku odniesień do Boga mamy tutaj poważny brak w postaci określenia, od kiedy człowiek tę godność nabywa i do kiedy ją posiada: czy od urodzenia, czy od poczęcia, czy do momentu naturalnej śmierci, czy do momentu nieuleczalnej choroby? Unia tutaj nic nie mówi, w związku z czym proponuje w tej dziedzinie chaos. A jeśli tak, czy rzeczywiście można mówić o współczesnych podstawach wspólnoty kulturowej i cywilizacyjnej Europy, czy można kreślić pozytywną przyszłość wspólnoty? Widzimy na tym przykładzie, jak mylne były tezy sprzed referendum akcesyjnego tych, którzy twierdzili, że Europa nie redukuje się do wymiaru ekonomicznego. Otóż redukuje się, gdyż w sferze aksjologicznej proponuje relatywizm lub po prostu pustkę.
Próbując zatem odpowiedzieć na pytanie, czy z polskiego punktu widzenia potrzebna nam jest eurokonstytucja, oczywiście odpowiedź powinna brzmieć: „nie”. Ewentualne proponowane zacieśnienie więzi instytucjonalnej nie ma żadnych trwałych chrześcijańskich podstaw. Siła polskiej obecności w UE może tylko się osłabić w porównaniu z naszą pozycją wywalczoną w Nicei. Pamiętajmy, że traktat akcesyjny był mocno dyskryminujący kraje, które wchodziły przed kilku laty do wspólnoty. Nierówność traktowania można było wykazać w większości negocjowanych spraw. Zatem ewentualna dzisiejsza rezygnacja z siły naszego głosu w UE może nam odebrać możliwości negocjacyjne w przyszłości. A poza tym ze względu chociażby na zacieśniającą się energetyczną pętlę rosyjsko-niemiecką nad naszym krajem nie powinno nam zależeć na oddaniu przyszłości UE w ręce francusko-niemieckie.
Ewentualne zablokowanie kolejnych starań niemieckich o reaktywację eurokonstytucji może przybierać ze strony rządu polskiego różne taktyczne formy. Nie przesądzając wyboru taktyki (subtelność dyplomatyczna jest tu wskazana), powinniśmy dążyć do utrzymania UE jako wspólnoty niepodległych państw i blokować działania zmierzające do zbudowania superpaństwa europejskiego.
