Geopolityka Wielkiego Bliskiego Wschodu
Podczas zamieszek w Tunezji relacjonująca te wydarzenia stacja telewizyjna
CNN postawiła pytanie: "Czyżby realizowało się marzenie George´a W. Busha?".
Nawiązywano tym samym do łączonej z jego nazwiskiem inicjatywy bliskowschodniej
określanej jako "Greater Middle East Initiative" (GMEI).
Geneza owej inicjatywy sięga listopada 2003 roku, kiedy prezydent George W. Bush
wygłosił przemówienie, w którym stwierdził, że "przez 60 lat narody Zachodu
usprawiedliwiały i godziły się z brakiem wolności na Bliskim Wschodzie". Ta
postawa zawiodła, ponieważ nie zapobiegła zagrożeniom bezpieczeństwa światowego
wypływającym z tego regionu. Dlatego też zapowiedział, że Stany Zjednoczone
przyjęły nową "strategię wolności dla Bliskiego Wschodu". Planiści amerykańscy
naszkicowali więc kontury nowego planu określanego jako "Inicjatywa Wielkiego
Bliskiego Wschodu" (Greater Middle East Initiative). Celem planu było
spowodowanie politycznych i ekonomicznych reform w regionie przy współdziałaniu
i pomocy ze strony G8, grupującej osiem najwyżej gospodarczo rozwiniętych państw
świata, łącznie z Rosją, a także NATO i UE. Imponująco przedstawia się także
mapa krajów objętych owym projektem. Rozciąga się ona od wybrzeży Atlantyku
(Maroko) na zachodzie po Pakistan na wschodzie, od wybrzeży Morza Czarnego
(Turcja) na północy po Jemen na południu. GMEI obejmuje swoim zasięgiem także
dawne republiki sowieckie w Azji Centralnej (Kazachstan, Uzbekistan,
Turkmenistan, Kirgistan, Tadżykistan) oraz region Kaukazu.
Trzy deficyty świata arabskiego
Jednym z impulsów, które legły u podstaw powyższej inicjatywy, była pożałowania
godna sytuacja świata arabskiego. Opracowany pod egidą ONZ w latach 2002-2003
Arab Human Development Report (AHDP) mówił o "trzech deficytach" występujących w
tych krajach. Były to: deficyt wolności, deficyt wiedzy i deficyt
równouprawnienia kobiet. Według AHDP, 22 kraje tego regionu posiadały łączny PKB
mniejszy niż Hiszpania. Równocześnie 85 tys. najzamożniejszych rodzin
saudyjskich miało w zachodnich bankach lokaty w wysokości 700 mld dolarów. Z
kolei 40 proc. dorosłej populacji arabskiej, czyli 61 mln było analfabetami.
Wśród kobiet analfabetyzm sięgał 2/3. Tylko 1,6 mln osób miało dostęp do
internetu i był to najniższy wskaźnik w skali całego świata. Kobiety zajmowały
tylko 3,5 proc. miejsc w parlamentach swych krajów – nawet w czarnej,
subsaharyjskiej Afryce ten wskaźnik wynosił 8,4 procent. Społeczeństwa arabskie
to społeczeństwa młode. 38 proc. ich populacji miało mniej niż 14 lat. Żeby
zapewnić przyszłość młodemu pokoleniu, należało tworzyć 1,6 mln nowych miejsc
pracy rocznie. Ponieważ nic takiego nie następowało, młodzież masowo, bo aż w 51
proc., wyrażała chęć wyemigrowania ze swoich krajów do USA lub Europy. Niska
była wydajność pracy, niższa niż w subsaharyjskiej Afryce. Planiści amerykańscy
byli zdania, że sytuacja taka prowadzi do ekstremizmu, terroryzmu,
międzynarodowej przestępczości i nielegalnej imigracji do Europy i w inne
regiony.
Amerykański projekt reform
Ideologiczną, neokonserwatywną perspektywę przemian w obrębie Wielkiego
Bliskiego Wschodu nakreślił Victor Davis Hanson na łamach "Weekly Standard".
Jego zdaniem, należało uświadomić Amerykanom, że w regionie tym istnieją dwa
typy reżimów, oprócz Izraela, który zaliczył do demokracji. Pierwszy typ to
"sponsorzy terroryzmu": Afganistan, Algieria, Iran, Irak, Libia, Syria i Jemen.
Drugi typ stanowią "umiarkowane dyktatury", takie jak: Egipt, Maroko, Tunezja,
Jordania, Arabia Saudyjska i państwa Zatoki Perskiej. Uważał także, że po ataku
na World Trade Center z 11 września 2001 roku różnice między nimi się zacierają.
Rządy tych państw starają się przetrwać dzięki korupcji, represjom i cenzurze,
zwalając przy tym winę za zły stan rzeczy na Izrael i Amerykę. Nie ma tam
wolnych wyborów, wolności słowa, brak przejrzystości w publicznych finansach.
Hanson wychodził z założenia, że arabskie masy bardziej nienawidzą rządów swoich
krajów niż Ameryki.
GMEI nabrała kształtów w końcu 2003 roku. Jej szkic został rozesłany innym
uczestnikom G8 w nadziei, że stanie się on podstawą wspólnej inicjatywy całej
grupy. Projekt zakładał demokratyzację regionu poprzez podnoszenie praw
człowieka, praw kobiet i ich uczestnictwo w sprawowaniu władzy, wolność mediów i
swobodę działania organizacji pozarządowych (NGO). Celem dyplomacji państw grupy
G8 miały być starania o zniesienie restrykcji dotyczących wolności i zachęcanie
rządów regionu do tolerowania rozwoju organizacji społecznych i niestawianie
przeszkód ich działalności.
W lutym 2004 roku, zaraz po tym, gdy administracja Busha rozesłała projekt
członkom G8, doszło do znamiennej niedyskrecji. Wychodzący w Londynie arabski
dziennik "Al-Hayat" opublikował kopię dokumentu otrzymaną prawdopodobnie od
Niemców. Publikacja wywołała oburzenie arabskich rządów. Prezydent Egiptu Hosni
Mubarak oświadczył, że "jeśli ktokolwiek wyobraża sobie, że można jakiemukolwiek
społeczeństwu lub regionowi narzucać reformy zza granicy, ten jest w błędzie". W
marcu Mubarak w towarzystwie króla Jordanii Abdullaha udał się do Europy, aby
wyperswadować europejskim uczestnikom grupy G8 popieranie amerykańskiego
projektu.
Na szczycie G8 w Sea Island przyjęto dwa dokumenty rozszerzające, a równocześnie
rozmywające amerykańską inicjatywę, która teraz została określona jako Broader
Middle East and North Africa Initiative (BMENAI). Rezultat tego był taki, że jak
zauważył Thomas Friedmann na łamach "New York Timesa", nikt nie poświęcił im
uwagi. Była wszelako pewna różnica. O ile GMEI wskazywała jedynie konieczne do
rozwiązania problemy dotyczące politycznego i ekonomicznego niedorozwoju
regionu, o tyle BMENAI zakładała, że poparcie G8 dla reform w regionie winno iść
ręka w rękę z poparciem dla słusznego, kompleksowego i trwałego uregulowania
konfliktu arabsko-izraelskiego. Podkreślono także rolę Partnerstwa
Euro-Śródziemnomorskiego, datującego się od deklaracji z Barcelony z 1995 roku.
Niektórzy określili to nawet jako swoisty podział "stref wpływów".
Zadania geopolityczne projektu
W amerykańskich planach wobec Wielkiego Bliskiego Wschodu można dopatrzyć się
realizacji trzech konkretnych zadań geopolitycznych.
Po pierwsze, opanować "naftowy heartland". Francuski geopolityk Pierre-Marie
Gallois proponował swego czasu zrewidowanie słynnej maksymy Halforda J.
Mackindera: "Kto kontroluje wnętrze Eurazji [tzw. heartland], ten kontroluje
świat" – na bardziej odpowiadającą realiom świata współczesnego maksymę: "Kto
kontroluje energię, ten kontroluje świat". Kraje objęte zasięgiem GMEI,
zwłaszcza Zatoka Perska i region Morza Kaspijskiego, stanowią najważniejszy
obszar występowania złóż ropy naftowej, swoisty "naftowy heartland", jak to
określił francuski geopolityk Gerard Dussouy, lub – jak to ujęła Natalia
Narocznickaja – stanowią "energetyczną elipsę".
Same Stany Zjednoczone w niewielkim stopniu korzystają z zasobów tego regionu.
Od dostaw bliskowschodniej ropy zależne są przede wszystkim Europa Zachodnia i
Japonia. Jednak jak stwierdza turecki politolog Mehmet Perinczek, USA,
kontrolując dostawy ropy z tego regionu, zapewniają sobie pozycję globalnego
hegemona. Sytuacja taka w dalszej perspektywie może się okazać niekorzystna dla
świata.
Po drugie, projekt amerykański stara się ubiec tendencje zjednoczeniowe w
świecie islamu określane często jako Nowy Wielki Kalifat. Daniel Pipes w lipcu
2005 roku stawiał w tytule swojego artykułu pytanie: "Czego chcą terroryści?". I
odpowiadał: "kalifatu". Problem ten przedstawiali także przed opinią publiczną
prominentni przedstawiciele administracji prezydenta Busha. Sekretarz obrony
Donald H. Rumsfeld oświadczył, że "Irak mógłby służyć jako baza dla nowego
islamskiego kalifatu rozciągającego się na cały Bliski Wschód i który mógłby
zagrozić prawowitym rządom w Europie, Afryce i Azji". Wiceprezydent Dick Cheney
powiedział we wrześniu 2004 roku, że Osama bin Laden i jego zwolennicy "mówią o
swojej woli odnowienia czegoś na kształt VII-wiecznego kalifatu", który "byłby
rządzony na podstawie prawa szariatu, najbardziej rygorystycznej wykładni
Koranu". Podobne poglądy wygłaszał gen. John Abizaid (arabskiego pochodzenia, w
latach 2003-2007 głównodowodzący amerykańskich sił zbrojnych). Opinie swoje
opierali oni na wypowiedziach pochodzących z kół arabskich. We wrześniu 2005
roku Al-Kaida uruchomiła radiostację noszącą nazwę "Głos Kalifatu". Nie brakuje
jednak analityków, którzy powątpiewają albo w istnienie takich zamiarów, albo w
możliwość ich realizacji. Wzmianki na temat restytucji kalifatu Robert Dreyfuss
określił jako "idiotyczne", bo opierające się na wypowiedziach pochodzących ze
skrajnych kół muzułmańskich.
Zwróćmy jednak uwagę na sondaże arabskiej opinii publicznej. Badania
przeprowadzone w grudniu 2005 roku w sześciu krajach Bliskiego Wschodu wykazały,
że 69 proc. ankietowanych uważało, iż demokratyzacja nie jest prawdziwym celem
polityki USA. W Egipcie tego zdania było 78 proc., a w Maroku 77 proc.
respondentów. Tylko 6 proc. uważało, że rozszerzanie demokracji jest ważną
sprawą i może spowodować odmianę losu tego regionu. 16 proc. wyrażało opinię, że
pogłębianie demokracji jest ważnym celem, ale Stany Zjednoczone robią to w
niewłaściwy sposób.
Z kolei badania przeprowadzone na przełomie 2006 i 2007 roku przez uniwersytet w
Maryland na grupie 4384 muzułmanów z Maroka, Egiptu, Pakistanu i Indonezji
wykazały, że 65,2 proc. ankietowanych życzy sobie zjednoczenia wszystkich
islamskich krajów w jedno islamskie państwo albo kalifat. Opowiada się za tym
nawet 49 proc. umiarkowanych muzułmanów z Indonezji. Niemal tyle samo, bo 65,5
proc. chce wprowadzenia w ich krajach ścisłego prawa szariatu.
Trzecim wreszcie celem, którym mogą kierować się amerykańscy autorzy projektu
GMEI, może być chęć stworzenia swoistej otuliny geopolitycznej dla Izraela.
Zwraca jednak uwagę wstrzemięźliwa reakcja kół izraelskich na to, co się dzieje
wokół ich kraju. Można to zrozumieć jako lęk przed nieznanym. Dotychczasowe
reżimy bliskowschodnie, jakkolwiek niedemokratyczne i wrogie państwu
żydowskiemu, były jednak przewidywalne. Przyszłe – są zagadką. Jewgienij
Satanowski (politolog, członek władz kongresu Żydów rosyjskich) jest zdania, że
jedynie kwestią czasu jest dojście do władzy w Egipcie radykalnego "Bractwa
Muzułmańskiego". Przywołuje się także przykład Iranu, gdzie po odsunięciu od
władzy szacha, czemu sprzyjały Stany Zjednoczone, ustanowiona została nie
demokracja, ale oparta na fundamentalizmie islamskim autokracja ajatollaha
Chomeiniego.
Gdzie jeszcze powieje wiatr przemian?
Rozgrywające się na Bliskim Wschodzie wydarzenia ciągle niosą ze sobą wiele
niewiadomych. Podstawową z nich jest kwestia, czy ambitny plan demokratyzacji
tego regionu powiedzie się i na ile uzdrowi sytuację międzynarodową. Druga
kwestia brzmi – przy założeniu, że proces demokratyzacji zakończy się pełnym
sukcesem, to czy nie pojawią się trudne obecnie do przewidzenia skutki uboczne
tego procesu. W wypadku Europy będzie to na pewno problem inwazji demograficznej
idącej na nią z południa. Nie wiemy też, czy wydarzenia podobne do tych, które
rozgrywają się w krajach arabskich, nie wystąpią w innych regionach świata.
Prof. Tadeusz Marczak
Autor jest kierownikiem Zakładu Studiów nad Geopolityką Uniwersytetu
Wrocławskiego.
