Generał Błasik za sterami? Niemożliwe

Z mjr. rez. pil. Mieczysławem Widyńskim, przyjacielem śp. gen.
Andrzeja Błasika, dowódcy Sił Powietrznych, który zginął w katastrofie
rządowego Tu-154M pod Smoleńskiem, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Jak długo znał Pan gen. Andrzeja Błasika?
– Znaliśmy się od ponad 30 lat, od czasów liceum lotniczego. Wspólnie
uczestniczyliśmy często w ćwiczeniach organizowanych przez ówczesne Dowództwo
Sił Powietrznych. Andrzej latał na samolotach Su-22, ja na MIG-23. Trudno w
kilku słowach określić człowieka, którego znało się tak długo. Był moim
serdecznym przyjacielem, co więcej można dodać… Z racji jego obowiązków jako
dowódcy Sił Powietrznych bardzo dużo pracował, ciągle był zajęty. Staraliśmy się
jednak spotykać w wolnych chwilach. Jeszcze przed 10 kwietnia uzgodniliśmy, że
przyjedzie do mnie w maju na imieniny mojej żony. Niestety, z wiadomych przyczyn
nie doszło do tego spotkania…

Ostatnie przecieki z prokuratury dotyczące domniemanej obecności gen. Błasika
w kokpicie w ostatniej fazie lotu tupolewa dostarczyły mediom prawdziwej
pożywki. Jak Pan ocenia te insynuacje?

– To już jest chyba lekka przesada!

Jeden z pilotów miał zeznać, że w zwyczaju gen. Błasika było wchodzenie do
kabiny i mówienie: "Panie poruczniku, pan siedzi na moim miejscu. Ja będę
leciał". Na podstawie tych słów próbuje się skonstruować wywód, że dowódca Sił
Powietrznych funkcjonował w ten sposób na co dzień…

– Na tyle, na ile znałem Andrzeja, a – jak mówiłem – znałem go dosyć długo,
trudno mi sobie wyobrazić, by taka sytuacja mogła mieć kiedykolwiek miejsce.
Zawsze w sprawach lotniczych był pryncypialny. Trudno mi się odnosić do słów
cytowanego pilota, z takimi argumentami trudno się dyskutuje. Mogę tylko
powiedzieć, że nigdy nie słyszałem o podobnych zdarzeniach, zwłaszcza jeżeli
mówimy o pilocie tak doświadczonym, jakim był generał Błasik.

Czy w ciągu tych wszystkich lat znajomości z gen. Błasikiem docierały do Pana
jakiekolwiek sygnały, że gen. Błasik wywierał kiedykolwiek presję na załogę, z
którą przyszło mu lecieć?

– Nie, nigdy. Wiadomo, że wojsko jest specyficznym środowiskiem, stoi na
rozkazie. Nie ma tu jednak miejsca na sytuacje niezgodne z prawem, a szczególnie
takie, które naruszałyby w jakikolwiek sposób bezpieczeństwo lotnicze. Gdyby coś
takiego miało miejsce, byłoby to nie do pomyślenia.

W jakiej sytuacji dowódca Sił Powietrznych może znaleźć się w ostatniej fazie
lotu z prezydentem na pokładzie w kokpicie maszyny?

– Przepisy wojskowe nie regulują tego, czy przełożony może wchodzić i kiedy do
kabiny, czy nie, a szczególnie na etapie podchodzenia do lądowania. Oczywiście
nie powinna zaistnieć taka sytuacja, by w momencie lądowania w kokpicie
znajdował się przełożony pilotów. Ale nawet jeśli do tego dochodzi, o niczym to
jeszcze nie świadczy.

To znaczy, że np. w sytuacji awaryjnej, kryzysowej generał Błasik miał prawo
przebywać w kokpicie?

– Jak najbardziej. Trudno jednak dyskutować nad rzeczami, które nie są
udowodnione, nie wiemy w stu procentach, czy rzeczywiście tam był. Mówiąc
brzydko – był on podczas lotu zwykłym pasażerem. Jednak jeszcze raz podkreślę –
nie ma takich przepisów wojskowych, które zakazywałyby gen. Błasikowi wejścia do
kabiny pilotów. Zawsze w specpułku było w zwyczaju, że jeśli przełożony leciał
samolotem, to od czasu do czasu mógł tam zajrzeć. Kiedy służyłem w Siłach
Powietrznych, sam wchodziłem do kabiny na rozmowę z pilotami, popatrzeć, jak moi
koledzy pracują. Trzeba tu podkreślić, że gen. Błasik mógł zostać w trybie
awaryjnym poproszony do kokpitu. Piloci, wiedząc, jak ważny jest ich lot, mogli
chcieć w razie zaistniałej potrzeby skonsultować się ze swoim przełożonym,
dowódcą Sił Powietrznych. Takie konsultacje nie odbywają się jednak na zasadzie
przełożony – podwładny, lecz mają charakter rozmów między fachowcami. Lotnictwo
jest specyficzne, te relacje między przełożonymi i podwładnymi są zupełnie różne
niż w innych rodzajach wojsk. Jeśli więc gen. Błasik rzeczywiście był w kokpicie
przed katastrofą tupolewa, to nie jako przełożony, lecz raczej jako starszy
kolega, który może ewentualnie coś pilotom zasugerować, lecz nigdy rozkazać.
Wnikanie w procedury pilotów nie wchodzi w ogóle w grę. Nigdy nikomu nie
przyszłoby do głowy, by zająć miejsce kolegi, a szczególnie na etapie
podchodzenia do lądowania. W mojej wyobraźni to się nie mieści.

Powiedział Pan, że zdarzało się Panu nieraz przebywać podczas lotu w kabinie.
Czy Pana obecność w jakimś stopniu miała negatywny wpływ na reakcje pilotów?
Obecność ich zwierzchnika działała na nich stresująco?

– Nie, nigdy tego nie zauważyłem. Jak mówiłem, relacje w lotnictwie są
specyficzne, tu nie jest tak, że wejście przełożonego do kokpitu oznacza, iż ten
ktoś będzie narzucał, nakazywał. Z tej racji, że gen. Błasik był tak bardzo
doświadczonym kolegą, jego obecność w kabinie mogła tylko pomóc pilotom, a nie
przeszkodzić. Tylko ludzie, którzy nie mają zielonego pojęcia o lotnictwie, mogą
twierdzić, że gen. Błasik mógł pilotów do czegokolwiek zmuszać. Przecież
doskonale wiedział, że nie da się wykonać zadania, lądując we mgle, i nie mógł
takiej komendy wydać, zresztą nie miał prawa podejmować takiej decyzji.

Czy istnieją procedury, które zezwalałyby w określonych przypadkach na to, by
dowódca Sił Powietrznych lecący samolotem – jak się Pan wyraził – jako zwykły
pasażer mógł siąść za sterami maszyny?

– Nie, absolutnie. Znając Andrzeja, nie wyobrażam sobie, by mógł siąść za
sterami tupolewa. Tym bardziej że gen. Błasik – jak sam stopień mówi – był
pilotem doświadczonym i zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji, z tego, jakiego
rodzaju był to lot. Nie sądzę, żeby mu to nawet do głowy przyszło.
Nieprawdopodobne są dla mnie wątki, które bada prokuratura, że gen. Błasik
zastąpił za sterami mjr. Grzywnę bądź zmusił do lądowania we mgle kpt.
Protasiuka. Postępowanie dowodowe musi wziąć pod uwagę wszystkie zdarzenia,
nawet te z pozoru absurdalne. Ewentualnie mogła jedynie paść sugestia ze strony
gen. Błasika, jeżeli rzeczywiście był w kokpicie, by załoga wykonała próbne
podejście do lądowania z odpowiedniej wysokości, zachowując wszystkie warunki
bezpieczeństwa. Podkreślę jeszcze raz – sugestia, nigdy rozkaz, bo ten w ogóle
nie wchodził w grę. Nigdy zresztą nie słyszałem, by gen. Błasik wywarł
kiedykolwiek wpływ na decyzję jakiegoś kapitana samolotu. To był prawdziwy
dowódca, człowiek niesamowicie kompetentny i odpowiedzialny. W kokpicie tupolewa
wszystkie decyzje mógł podejmować jedynie kpt. Protasiuk.

W zwyczaju specpułku jest wpuszczanie do kokpitu pilotów również osób
niezwiązanych z lotnictwem?

– Tak. Sam latałem przez pewien czas w specpułku na samolotach Jak-40. Te loty
to są loty specjalne z ważnymi osobami w państwie. Ja oczywiście osobiście
takich lotów nie wykonywałem. Często więc dla ciekawostki, by zobaczyć, jak
pilotowanie samolotu wygląda niejako od kuchni, zdarzało się, że pasażerowie
byli zapraszani na chwilę do kabiny pilotów. Działo się to jednak na etapie
bezpiecznego lotu, gdy nic go nie zakłócało.

Ma Pan jakąś swoją hipotezę dotyczącą przyczyn katastrofy? Bierze Pan pod
uwagę wałkowany przez media od kwietnia błąd pilota?

– Nie można obwiniać pilotów, bo sami już się nie mogą bronić. Postępowanie
trwa, badanie katastrof lotniczych jest żmudne i długie. Nie chciałbym – że tak
powiem – wróżyć z fusów i wypowiadać się na ten temat, nie mając pełnych
informacji.

Śledztwo zostało jednak przekazane Rosjanom. Sądzi Pan, że jest jeszcze
szansa na poznanie prawdy?

– Myślę, że tak. Jeśli dostaniemy odpowiednie materiały, to nasi fachowcy po
żmudnej analizie na pewno dojdą do tego, co było przyczyną tej katastrofy.

Jakie materiały powinniśmy dostać, by efektywnie zakończyć dochodzenie?
– To, co jest medialnie znane, to zapisy parametrów rejestratorów lotów (tzw.
czarne skrzynki), oryginalne zapisy korespondencji pomiędzy załogą a wieżą i
wiele innych dokumentów, które z pozoru może nie miały bezpośredniego wpływu na
zdarzenie, ale są określane jako przyczyny pośrednie.

Czy fakt, że zniszczeniu uległ wrak tupolewa, nie utrudni wyjaśnienia
przyczyn katastrofy?

– Nie wiem, jak Rosjanie przeprowadzili badania wraku. Jest przyjęte, że każdy
wrak samolotu jest przenoszony do hangaru, gdzie na podłodze wykonuje się obrys
statku powietrznego i każdą część kadłuba umieszcza się w odpowiednim miejscu.
To swego rodzaju układanie puzzli, jeśli mogę użyć takiego określenia. Jest to
bardzo ważny dowód w sprawie, na podstawie którego można uzyskać wiele ważnych
informacji.

Jak odbiera Pan sytuację, w której ani Ministerstwo Obrony Narodowej, ani
dowódca Sił Powietrznych gen. Lech Majewski nie bronią gen. Andrzeja Błasika?

– Toczy się postępowanie prokuratorskie. Komisja badania wypadków lotniczych
wykonuje swoją pracę. W tym czasie trudno oczekiwać, aby dowódca Sił
Powietrznych zajmował stanowisko w toczącej się sprawie, które dotyczy Sił
Powietrznych.
Kiedyś zadałem pytanie mojemu koledze: "A jak się pracuje pod komendą nowego
dowódcy [gen. Błasika]?". Odpowiedział: "Wiesz, aż chce się przychodzić do
pracy". To tyle i aż tyle.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj