Fakty są niepodważalne
Z Maciejem Barczentewiczem, ginekologiem położnikiem, od 20 lat szczęśliwym mężem, ojcem dziesięciorga dzieci, rozmawia Małgorzata Jędrzejczyk
Prowadzi Pan w Lublinie gabinet „Macierzyństwo i życie” – ta nazwa wskazuje na bardzo jasne kryteria etyczne, którymi Pan się kieruje w swej pracy…
– Należymy z żoną do pokolenia, które dojrzewało w czasie pontyfikatu Jana Pawła II, i dane mi było spotkać naukę Kościoła w przepowiadaniu tego Papieża. Łaską jest, jeżeli możemy ją zastosować w naszym życiu. Nie ma we współczesnym świecie innych niż nauka Kościoła katolickiego jasnych kryteriów, którymi można się kierować.
Co Pana wspiera w stosowaniu tych zasad? Jak to jest odbierane przez innych lekarzy?
– Wsparciem, a właściwie podstawą, jest doświadczenie Kościoła katolickiego we wspólnocie neokatechumenalnej. Gdyby nie to, nie mielibyśmy dzisiaj naszych dzieci, nie byłbym ginekologiem, nie wiem, czy bylibyśmy jeszcze małżeństwem. Wczoraj, dziś i zawsze po prostu wiem, że Bóg mnie kocha takiego, jakim jestem, i ma dobry plan na moje życie. Co do postrzegania moich postaw przez innych, to trudno mi się wypowiadać, ale duże wrażenie zrobiło na mnie pierwsze pytanie, które padło na moim egzaminie specjalizacyjnym z położnictwa i ginekologii: „To ile pan doktor ma dzieci?”. Powiedziałem, że sześcioro, a jeden z profesorów w komisji stwierdził: „To ja nie mam więcej pytań”. Dzieci, konkretne życie to fakty, które są niepodważalne. Bez konkretnych faktów nie miałbym odwagi, podstaw, aby coś sugerować pacjentkom, teoretyzować, moralizować. Jestem prostym lekarzem, pracuję w przychodni i gabinecie, gdzie spotykam konkretne kobiety, konkretne choroby, cierpienia, problemy. Wiele z nich sami przeżyliśmy w naszej rodzinie, są doświadczeniem mojej żony i moim. Myślę, że Pan Bóg dał je nam z miłości do nas, ale także po to, aby kiedyś pomóc innym w podobnej sytuacji. Nie mam ambicji, aby ratować cały świat, wszystkich pouczyć – jeśli mógłbym pomóc jednemu człowiekowi, to dar Pana Boga.
Czy zgłaszały się do Pana pacjentki, które chciały dokonać aborcji?
– Kiedyś, na początku mojej pracy więcej, dzisiaj bardzo rzadko. Myślę, że dzięki nagłaśnianiu przez ostatnie lata spraw dotyczących życia świadomość społeczeństwa jest zupełnie inna niż 20 lat temu. Drugim powodem może być to, że pacjentki znają już moje poglądy – rzadko trafia do mnie również pacjentka pytająca o receptę na środki antykoncepcyjne.
Co im Pan doradza? W jaki sposób lekarz ginekolog może wesprzeć kobietę, która zdecydowała się na zabójstwo nienarodzonego dziecka? Czego taka kobieta może oczekiwać od lekarza?
– Zazwyczaj jest jeszcze niezdecydowana, pyta, jest zagubiona i cierpi, często oczekuje zaprzeczenia, że nie można, że to jest złem. Potrzebuje usłyszeć, że dobrem jest dziecko, że jest darem od Boga, że to Pan Bóg zatroszczy się o wszystko, co potrzeba. Mogę to powiedzieć, opierając się na własnym doświadczeniu. Jedna z pacjentek, w kryzysie na początku piątej ciąży, kiedy usłyszała, że mam dziesięcioro dzieci, powiedziała: „To pan też jest nie z tego świata”. Bardzo wiele zależy od ludzi, których spotyka się w sytuacji kryzysowej. Jeżeli to będzie ktoś przekonujący do usunięcia problemu przez zabicie dziecka, to sytuacja staje się jeszcze trudniejsza, trzeba walczyć nie tylko z sobą samym, ale i z innymi.
Co nimi powodowało, że chciały dokonać tak strasznej zbrodni?
– Dla wielu kobiet powodem, dla którego boją się rodzić kolejne dzieci, jest opinia otoczenia – nie tylko w mieście, dzisiaj również na wsi wytyka się palcami rodziny wielodzietne. „No… nie mogą jakoś uważać, zabezpieczyć się”. Stosunek społeczeństwa, czyli wielu z nas, jest negatywny, piętnujący matki rodzin wielodzietnych. Niech każdy zastanowi się nad własną postawą. Nieraz łatwiej jest podpisać list do marszałka Sejmu czy pojechać na manifestację, ale trzeba też świadczyć własną postawą: dlaczego mam tylko dwoje dzieci i dwoje wnuków? Jaką postawę wobec życia przekazałem swoim dzieciom? Muszą się dorobić. Babcia wychowa wnuczka, a młodzi niech pracują, przecież mają pracę, a praca najważniejsza. Problem jest głębszy i dotyczy całego społeczeństwa. To dotyczy także lekarzy, a lekarze są tacy jak całe społeczeństwo. Ten „świat” jest przeciwny życiu we wszystkich aspektach. Cywilizacja śmierci to nie tylko Unia Europejska, Holandia, eutanazja i aborcja. Cywilizacja śmierci jest obecna w serialach telewizyjnych i naszych codziennych rozmowach, w naszych postawach, obojętności wobec najsłabszych. Starych i chorych, najmłodszych, nienarodzonych i bezbronnych. Zgorszenia, których dostarczamy niewierzącym jako katolicy, są naszą winą.
Czy nagłośniona ostatnio sprawa Alicji Tysiąc może wywrzeć wpływ na postępowanie lekarzy?
– Tak, na pewno, w dwóch wymiarach. Po pierwsze, świadomi, że decyzji zabicia dziecka sprzeciwił się (z powodu braku wskazań medycznych) profesor, znany wcześniej jako zwolennik przerywania ciąży, mamy poważny argument za życiem dla wielu wątpiących. Patrząc z drugiej strony, minister zdrowia powiada, że do tej pory „dostęp do legalnej aborcji jest często fikcją, a wśród lekarzy panuje atmosfera lęku”. Teraz może faktycznie zapanować atmosfera lęku przed środowiskami proaborcyjnymi i mediami. Lekarze, szczególnie ordynatorzy, mogą obawiać się powtórzyć to doświadczenie i dla świętego spokoju, politycznej poprawności i w imię europejskości przestaną odmawiać. Sprzeciwić się naciskowi medialnemu, zaryzykować utratę pracy może być dla wielu trudną próbą. Jeśli ktoś jest zdolny zaryzykować i oddać własne życie dla dziecka – tak jak matki: Joanna Beretta Molla i wiele innych, jest godzien wyniesienia na ołtarze. To jest dar Ducha Świętego, nie jest to tylko ludzką mocą.
Czy są jakieś podstawy medyczne, które uzasadniałyby traktowanie dziecka poczętego jako zagrożenia dla zdrowia lub życia matki?
– Według mojej wiedzy nie istnieją. Otwierając stary (1982 r.) podręcznik „Ginekologia” Klimka, znajdziemy ich bardzo wiele, ale dziś to już przeszłość, nawet autorzy by się pod tym nie podpisali. Wręcz przeciwnie, w wielu poważnych schorzeniach, takich jak np. choroby układowe, stwardnienie rozsiane, ciąża może przyczynić się do długotrwałej remisji (czyli ustąpienia objawów choroby). W czasie ciąży we krwi matki znajduje się zwiększona ilość komórek macierzystych, co umożliwia wiele procesów regeneracyjnych i naprawczych. Nauka stwierdza pozytywny wpływ ciąży na zdrowie kobiety w wielu aspektach. Kiedyś uważało się, że rak piersi stanowi wskazanie do przerwania ciąży. W świetle współczesnych badań większe szanse na przeżycie mają pacjentki, które po leczeniu raka piersi urodziły dzieci. HCG, czyli ludzka choriongonadotropina produkowana przez tkanki dziecka w fazie prenatalnej, stymuluje jajnik do produkcji inhibiny, białka, które hamuje rozwój nowotworów, jak również powoduje cofanie się zmian nowotworowych w sutku.
Jaka jest rola lekarza w sytuacji, gdy ma świadomość, że dziecko urodzi się chore?
– Potrzeba wsparcia. Miałem kilka pacjentek w sytuacji po ludzku bez wyjścia, z dzieckiem pozbawionym czaszki i mózgu, bez szans na życie po urodzeniu. Większość z nich urodziła swoje dzieci w planowanym czasie, towarzyszyła im do naturalnej śmierci po urodzeniu. I był to ich wybór, wspierany przez lekarza, ale przede wszystkim przez modlitwę Kościoła, wspólnoty. Kościół towarzyszył im również w ostatniej drodze ich małego dziecka. Potrzeba spojrzenia w perspektywie życia wiecznego, które otwiera się przed każdym z nas już w momencie poczęcia. Te dzieci nie umierają, nie cierpią na próżno, mają życie wieczne. Świadectwa matek, które zaryzykowały swoje życie, aby dać życie dziecku, są znane i nagłaśniane. Te matki nie umarły na próżno. Mają życie wieczne. Pan Bóg troszczy się i o nie, i o nas.
Odsyłam również do materiałów „Aborcja w ujęciu prawa, medycyny i psychologii” z konferencji naukowej w Akademii Podlaskiej, szczególnie do wykładu pani dr Elżbiety Kowalczuk, w którym przypomina ona o możliwości opieki hospicyjnej, towarzyszeniu rodzinie oczekującej dziecka i po jego urodzeniu.
Na jakich innych polach swej działalności lekarz może wspierać pacjentki?
– Wszystko zależy od świadomości lekarzy. Większość ginekologów w przekonaniu o słuszności swojej racji wspiera stosowanie tabletki antykoncepcyjnej czy wkładek domacicznych. Dbają o „zdrowie reprodukcyjne”. Postępują najczęściej zgodnie z oczekiwaniami swoich pacjentek. Taki jest ten świat. Krzyż, jakiekolwiek cierpienie, niewygoda, problemy, kłopoty – od tego chcemy uciec jak najdalej, gdzie pieprz rośnie. Atak ze strony mediów jest nieodparty – „róbta, co chceta”, „tak się realizuj, jak chcesz”, „pousuwać wszelkie konsekwencje – usunąć ciążę”, zaprowadzić 14-letnią córkę do ginekologa po tabletki antykoncepcyjne. Brniemy w cierpienie coraz dalej, nie zdając sobie sprawy, jakie konsekwencje przyjdą na nasze dziecko. „Przerwanie” pierwszej ciąży ogromnie zwiększa ryzyko wystąpienia raka piersi u kobiet, u których występuje rodzinne obciążenie genem BRCA I/II, ryzyko to wzrasta do 100 procent. Tabletka hormonalna to również możliwość działania wczesnoporonnego. „Pigułka” zwiększa ryzyko raka piersi, raka szyjki macicy i raka wątroby. Rośnie ryzyko powikłań zakrzepowo-zatorowych, ryzyko zaburzeń depresyjnych. Nieuporządkowany „seks” to oczywiście ryzyko chorób przenoszonych drogą płciową, takich jak kiła i rzeżączka, ale również chlamydioza z późniejszą niepłodnością, AIDS, a także rak szyjki macicy – jako choroba o etiologii wirusowej. Nagłaśnia się dzisiaj, reklamuje szczepionkę przeciwko rakowi szyjki macicy, nie mówiąc głośno o przyczynach zachorowania. Czystość przedmałżeńska i wierność w małżeństwie chronią przed wszystkimi chorobami przenoszonymi poprzez kontakty płciowe.
Czy uważa Pan, że klauzula sumienia nakazuje lekarzowi informowanie pacjentki nie tylko o pewnych skutkach dla jej zdrowia fizycznego, ale też psychicznego, np. jeśli lekarz wie, że pewien styl życia może być przyczyną chorób?
– Myślę, że częściowo odpowiedziałem na to w poprzednim pytaniu. Znowu wiele zależy od świadomości lekarza. Wczoraj czytałem artykuł, który neguje istnienie zespołu postaborcyjnego, syndromu ocaleńca. Według autorki (pani doktor z UW), to wszystko to tylko antyaborcyjna propaganda. Znam konkretne osoby, które dokonały aborcji, niektóre wielokrotnie. Wszystkie leczą się z powodu depresji. Przychodzą też konkretne dolegliwości somatyczne, rak piersi jest jedną z nich. Znam też ocaleńców, dzieci z rodzin, gdzie dokonywano aborcji. U nich również depresja i inne zaburzenia psychiczne są konsekwencją historii ich życia. Potrzebują nie tylko leczenia, pomocy psychiatrycznej, ale uwolnienia od zranień i uleczenia duszy.
Lekarz czy nawet profesor nie może być absolutną wyrocznią, pomimo swojego autorytetu. Wiedza i nauka, medycyna i psychologia stają się dziś nowymi idolami, zastępują Boga i prawdę objawioną. Wszystko wydaje się relatywne. Dlatego każdy musi sam rozeznawać, rozpoznawać w oparciu o Pismo Święte i Magisterium Kościoła, jakie decyzje życiowe podejmować i czyją radą się kierować. Jestem przekonany, że jeżeli z otwartością i szczerością szukamy prawdy, to Jezus Chrystus, który jest jedyną Prawdą i najpełniejszym Objawieniem oblicza Ojca, nie zostawia nas samych i zawsze pomaga.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
