Eurowybory i plebiscyt polityczny w Polsce

Widać wyraźnie, że próba stworzenia dwubiegunowego układu partyjnego się nie powiodła

Podsumowując wybory do europarlamentu, w pierwszym rzędzie warto się zastanowić nad niską frekwencją. Owszem, można użalać się nad rzekomą „niską świadomością” polskiego społeczeństwa, jednakże wydaje się, że nie jest to diagnoza zbyt głęboka.

Kompetencje europarlamentu w obecnych warunkach nie są wielkie. Tak naprawdę Unia Europejska spokojnie mogłaby się obyć bez parlamentu, ma on jednakże świadczyć o „demokratycznym charakterze” instytucji UE. Oczywiście jest to czysta maskarada, gdyż większość istotnych decyzji podejmuje unijna biurokracja. Aby więc jeszcze bardziej zatuszować absurdalność tego stanu rzeczy, zwiększono ostatnio uposażenia europosłów, i to w warunkach polskich kilka razy, co jest rażąco nieusprawiedliwionym nadużyciem. Podatnik europejski wydaje miliony na instytucję niemającą większego podmiotowego znaczenia. Obliczono nawet, że za te pieniądze można by utrzymać całkiem niemałe miasto w Polsce. W jakimś sensie owa unijna rozrzutność dla brukselskich urzędników (w tym dla parlamentarzystów) ma „zabezpieczać” przerośniętą biurokrację przed wewnętrznymi konfliktami i ograniczeniami. Zatem im dłużej trwa UE, tym bardziej marnotrawi środki zabrane ludziom w podatkach. O demoralizującym charakterze takiego działania nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Wynagrodzenie powinno być adekwatne do odpowiedzialności, do nakładów pracy, tymczasem tutaj zasada ta nie jest w żaden sposób przestrzegana. Wydaje się zatem, że niska frekwencja to coś w rodzaju protestu obywateli, którzy nie chcą być oszukiwani i ograbiani przez eurokratów. Wprawdzie w Polsce do urn poszło nieco więcej ludzi niż przed pięciu laty, ale w całej Europie zanotowano wyraźny spadek frekwencji.

Bój rozpoczęty

Można zatem zapytać, czym są eurowybory w polskiej rzeczywistości? Przede wszystkim – plebiscytem przed przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi i samorządowymi. Partie ruszyły do walki, wysyłając swoich harcowników, którzy staczają pojedynki mające pokazać siłę poszczególnych podmiotów przed przyszłoroczną bitwą. Ze względu na niską frekwencję swoją szansę starały się znaleźć podmioty spoza stronnictw establishmentowych, takich jak Libertas, Prawica Rzeczypospolitej, UPR i inne. Niska frekwencja dawała szansę, gdyż twardy elektorat partii wyrazistych ideowo mógł zdecydować o przekroczeniu pięcioprocentowego progu. W normalnej sytuacji wielomilionowe dotacje dla partii mających swoją reprezentację w polskim parlamencie przygniatają wszystkie mniejsze podmioty. Powoduje to stabilizację na polskiej scenie politycznej, dodajmy, stabilizację wywołaną w sposób sztuczny. O tym, kto znajdzie się w parlamencie, decydują bowiem wówczas wyłącznie liderzy partyjni, ustawiający listy wedle swoich dowolnych upodobań. Było to aż nadto widoczne i w eurowyborach. Do rzadkości należało, aby liderami list wyborczych byli ludzie pochodzący z danego terenu. Powoduje to sytuację bardzo niezdrową, gdyż relacje wyborców z parlamentarzystami są po prostu żadne. Wydaje się, że ten stan rzeczy jeszcze bardziej pogłębił absencję w obecnych wyborach. Może to również wpływać na frekwencję w przyszłości. Upartyjnienie polskiego życia publicznego, zamiast przyciągać ludzi do polityki, odpycha ich. Wszystko bowiem staje się mechaniczne: wyborca ma zredukowane pole wyboru, wybrany poseł praktycznie nie jest w stanie sprzeciwić się dyrektywom partii, która go wystawiła. Debata publiczna przypomina w takiej sytuacji ring bokserski, a nie rzeczową dyskusję nad najważniejszymi sprawami kraju. Dyskusje przedwyborcze zastępowane są wyborczymi spotami, filmami itp.

Centrum wolne

Wydaje się, że poparcie dla obecnie rządzącej Platformy Obywatelskiej jest w dużym stopniu związane z ogromnymi sukcesami w sferze pijarowskiej. Poparcie liberalnych mediów typu „Gazeta Wyborcza” i TVN, do perfekcji opanowane gry medialne – oto skutek wysokich notowań w sondażach. W sytuacji, gdy liberalne poglądy w społeczeństwie deklaruje maksymalnie 10 proc. ludzi, poparcie dla PO przypomina nadmuchany balon, który wcześniej czy później może pęknąć. Obecne wyniki świadczą jednak, że tak się na razie nie stało. Wprawdzie Platforma uzyskała niższy wynik niż w wielu sondażach, dających jej ponadpięćdziesięcioprocentowe poparcie, jednakże zdecydowanie wyprzedziła inne konkurencyjne siły. Do europarlamentu wejdą też SLD i PSL. Widać zatem wyraźnie, iż próba stworzenia dwubiegunowego układu w Polsce się nie powiodła.

Sytuacja jest bardzo trudna dla PiS. Ugrupowanie to jeszcze kilka lat temu sytuowało się bardziej w centrum sceny politycznej. Dzięki temu mogło zawierać różnorakie sojusze (oczywiście oprócz sojuszu z SLD). Dzisiaj tych partnerów nie widać. Po wyeliminowaniu LPR i Samoobrony z polskiej polityki ich elektorat przejął PiS. Jednakże utracił tzw. centrowy elektorat i jest mu go bardzo trudno odzyskać. Wydaje się, że jest to największy problem dla Prawa i Sprawiedliwości, szczególnie dlatego, iż nie znikły ze sceny politycznej SLD i PSL. Koalicja z SLD jest dla PiS wykluczona, Platforma spokojnie taką koalicję będzie mogła zawrzeć. Wprawdzie jest możliwa koalicja PiS – PSL, ale po wyeliminowaniu Samoobrony ludowcy niechętnie spoglądają na sojusz z partią Jarosława Kaczyńskiego. Zatem PiS musi walczyć o wynik ponadpięćdziesięcioprocentowy. Byłoby to możliwe w niedługim czasie pod warunkiem stworzenia dwubiegunowego układu w polityce, tj. podziału całej sceny na PO i PiS. Obecny wynik wyborczy temu przeczy. Drugi ważny warunek to spadek notowań Platformy na skutek pogłębienia się kryzysu gospodarczego w Polsce (czego oczywiście w najbliższym czasie nie należy wykluczyć).

Zatem rychłe przemodelowanie sceny politycznej byłoby w Polsce możliwe po powstaniu partii znajdującej poparcie między elektoratem PO a PiS, a więc w centrum. Na razie jednak nie widać takiej możliwości, gdyż, jak wspomniałem, blokuje tę możliwość ogromne finansowanie z budżetu państwa stronnictw już istniejących. Nowe ugrupowania nie są w stanie znaleźć nawet przybliżonych środków na kampanię wyborczą. Boleśnie to odczuły mniejsze podmioty, takie jak Prawica Rzeczypospolitej, Libertas czy pozaeseldowska lewica. Ich wynik powoduje cementowanie czterobiegunowego układu politycznego w Polsce.

Eurowybory w innych krajach pokazały duże wzmocnienie ugrupowań eurosceptycznych. Kryzys gospodarczy jest na Zachodzie bardzo boleśnie odczuwany, co przełożyło się na wyniki. Tak więc wyborcy europejscy wciąż, wbrew dążeniom eurokratów, patrzą na UE przez pryzmat własnego podwórka. Ich tożsamość jest ściśle narodowa, nie kosmopolityczna. Cała jednak machina biurokratyczna w UE jest nakierowana na budowanie struktur ponadnarodowych i to nawet wbrew decyzjom wyborców. Jasno to widać po sposobie ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Być może wzrost pozycji eurosceptyków w Europie powstrzyma na jakiś czas kolejne kroki na drodze budowy europejskiego superpaństwa.

Dr hab. Mieczysław Ryba

drukuj