Europa – uchodźców raj utracony

Stabilność polityczna i społeczna, poszanowanie praw człowieka, a nade
wszystko możliwy do osiągnięcia względnie wysoki status materialny czynią ze
Starego Kontynentu atrakcyjny cel emigracji dla mieszkańców znacznej części
świata – poczynając od Afryki, poprzez Bliski i Środkowy Wschód, Azję Centralną
i kraje byłego Związku Sowieckiego, po Daleki Wschód, Indie oraz Indochiny.
Wśród ogromnej rzeszy osób pragnących osiedlić się w granicach Unii Europejskiej
znajdują się nawet przybysze z dalekiej Oceanii oraz Ameryki Łacińskiej. Na
uwagę zasługuje Afryka, ze względu na tzw. arabską wiosnę ludów, której głównymi
ogniskami pozostają Tunezja, Egipt oraz Libia. Ponadto żaden z pozostałych
kontynentów nie unaocznia w tak dużym stopniu problemu emigracji, jak właśnie
Czarny Ląd.

Afryka jest kontynentem podzielonym. Jej mieszkańcy w ramach jednego organizmu
państwowego posługują się często dziesiątkami języków, należą do kilkudziesięciu
grup etnicznych, wreszcie odwołują się do różnych systemów wierzeń i wartości.
Dodatkowym czynnikiem komplikującym sytuację polityczną, społeczną i gospodarczą
Czarnego Lądu jest przeszłość kolonialna. O ile mapa Europy stanowi rezultat
wielowiekowych procesów i odzwierciedla w jakimś stopniu podział etniczny oraz
narodowościowy, o tyle mocarstwa kolonialne dokonały w XIX wieku rozbioru Afryki
z lekceważeniem lokalnych uwarunkowań i tradycyjnych podziałów. Wystarczy rzut
oka na mapę, by stwierdzić, że w wielu przypadkach głównym narzędziem
"budowniczych imperiów" była linijka… Przy okazji ekspansja kolonialna, wraz z
ciągnącym się przez cztery wieki haniebnym epizodem handlu niewolnikami,
doprowadziła do zniszczenia lokalnych organizmów państwowych oraz struktur
władzy.

Kontynent naznaczony wojną
Lata 50. – a zwłaszcza dziesięciolecie lat 60., zwane "dekadą Afryki" – stały
się widownią odzyskiwania niepodległości przez większą część byłych kolonii
francuskich, brytyjskich, portugalskich, hiszpańskich oraz belgijskich.
Niepodległość nie przyniosła jednak dobrobytu i coraz częściej dawały o sobie
znać krwawe konflikty etniczne w krajach, których granice przecinały grupy
plemienne lub w ramach jednego państwa gromadziły przedstawicieli wrogich sobie
plemion. Stopniowo nasilały się czystki etniczne, masakry międzyplemienne,
wreszcie regularne wojny domowe. Towarzyszyły im i nadal towarzyszą migracje: za
chlebem, w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca do życia, w panicznej ucieczce
przed masakrami i gwałtami. Afryka przewodzi w niechlubnym rankingu wypędzeń, a
według wielu szacunków afrykańscy uchodźcy stanowią około połowy wszystkich
uchodźców na świecie. W latach 90. XX wieku na Czarnym Lądzie odnotowano
kilkadziesiąt poważnych konfliktów. W pierwszej dekadzie nowego stulecia liczba
ta nie uległa redukcji, a doszły jeszcze nowe zarzewia niepokoju. Konfliktom
etnicznym towarzyszą zazwyczaj czystki etniczne, które zmuszają ogromne rzesze
ludzi do zmiany miejsca pobytu. Konflikty niejednokrotnie nakładają się na
siebie, a przedstawiciele różnych grup etnicznych i wyznaniowych prześladowani z
odmiennych powodów niejako "wymieniają się" docelowymi kierunkami migracji. Tak
więc uchodźcy z Etiopii szukają schronienia i środków do życia w Kenii i
Sudanie, podczas gdy część uchodźców z Sudanu wybiera Etiopię (poza tym Kenię,
Ugandę i Republikę Środkowoafrykańską). Uciekinierzy z Somalii zaludniają obozy
w Kenii, Etiopii i Erytrei. Imigranci z Czadu szukają szczęścia w Sudanie,
Republice Środkowoafrykańskiej, Nigerii i Nigrze, natomiast uchodźcy z Erytrei w
Sudanie. W niektórych wypadkach wydawać by się mogło, że wzajemna wymiana
ludności w jakimś stopniu bilansuje się, ale tylko w statystykach. W
rzeczywistości ludzie ci (w skali całej Afryki od kilkunastu do ponad 20 mln
osób) zostają na trwałe oderwani od znanych sobie realiów gospodarczych,
trafiają do państw ubogich o dużym bezrobociu własnym i osiadają w obozach dla
uchodźców, zdani na pomoc międzynarodowych organizacji humanitarnych – bez
perspektyw na przyszłość, żyjąc na granicy minimum biologicznego, w fatalnych
warunkach sanitarnych. Obozy dla uchodźców nierzadko pozostają pod kontrolą
lokalnych watażków czy gangów. Zamieszkane przez uchodźców z plemienia Hutu z
Ruandy obozy w Demokratycznej Republice Konga, opanowane przez gangi składające
się z funkcjonariuszy dawnego reżimu, odpowiedzialnego za niesławne rzezie
przedstawicieli plemienia Tutsi, zagarniają znaczną część i tak
niewystarczającej pomocy zagranicznej.

Z nędzy do względnego dobrobytu Afryki Północnej
Cenniejszy cel migracji stanowi zamożna – jak na miejscowe warunki – bogata w
ropę i przemysł turystyczny Afryka Północna. Przez południową Saharę przebiega
granica pomiędzy nędzą i beznadzieją a względnym dobrobytem. Dane Human
Development Index (HDI), stanowiące dość wiarygodne kryterium oceny jakości
życia w poszczególnych krajach, plasują Libię na 53. miejscu (Polskę niewiele
wyżej – na 41.), Tunezję na 81., a Algierię na 84. Dla porównania: Kenia otwiera
stawkę na 128. miejscu; Nigeria i Uganda na 142. i 143. miejscu, Sudan zajmuje
154. pozycję, Etiopia 157., Czad 163., a Niger 167. (na 169 objętych rankingiem
państw). Somalii zestawienie HDI nie obejmuje… Oznacza to, że o ile obecnie
urodzony Libijczyk może liczyć, że dożyje 74. roku życia, a przypadający na
niego produkt krajowy brutto (PKB) wynosi ponad 17 tys. USD, o tyle mieszkaniec
Republiki Środkowoafrykańskiej może spodziewać się 47 lat życia, a przypadający
na niego PKB to zaledwie 766 USD! Dla porównania, według danych z 2008 r.,
średnia długość życia Polaka to 76 lat życia, a przypadający na niego PKB wynosi
18 tys. 406 USD. Podobnie wyglądają inne wskaźniki: w Libii odsetek osób
niedożywionych stanowi mniej niż 5 proc. populacji, a we wspomnianej Republice
Środkowoafrykańskiej już 41 procent… Nic więc dziwnego, że kraje Maghrebu (od
arab. "Al-Maghrib" – "zachód") – Libia, Algieria, Tunezja i Maroko – stanowiły i
nadal stanowią dla mieszkańców Sahelu, czyli Afryki subsaharyjskiej, ziemię
mlekiem i miodem płynącą. Emigracja do Afryki Północnej była jednak mocno
ograniczona z powodu dość wysokiego bezrobocia, jakie utrzymywało się w tym
regionie. Poza tym imigranci, niebędący ani Arabami, ani Berberami, dość
zdecydowanie odróżniali się od miejscowej ludności.
Wyjątek stanowiła Libia. Muammar al-Kadafi (w dialekcie libijskim właściwie: "al-Ghazzafi"),
dzierżący dyktatorską władzę od rewolucji 1 września 1969 r., przez całe życie
opętany był wizjami przewodzenia w świecie arabskim bądź muzułmańskim (nie
licząc malowniczego okresu wspierania wszystkich możliwych ruchów
separatystycznych i terrorystycznych na świecie – od Irlandii po Oceanię). Wizje
swoje zamierzał zrealizować poprzez unie lub federacje, w których Libia –
zasobna w ropę i petrodolary – miałaby odgrywać pierwszoplanową rolę. Po fiasku
mniej i bardziej egzotycznych związków postanowił zostać przywódcą
panafrykańskim i stanąć na czele szeregu organizacji utrzymywanych, rzecz jasna,
za libijskie pieniądze. W rezultacie eksperymentu socjopolitycznego na przełomie
ubiegłego i obecnego wieku na terenie Libii znalazło się – według niektórych
szacunków – około miliona imigrantów (głównie robotników) z Czarnej Afryki, a
dyktator zachęcał swych "poddanych" do zawierania małżeństw z Afrykankami
(oczywiście muzułmankami). Doprowadziło to do naruszenia struktury etnicznej w
liczącym niespełna 6 mln mieszkańców kraju i do masowych wystąpień oraz
zamieszek skierowanych przeciwko przybyszom. Imigracja ustała, a większość
robotników powróciła do swoich krajów.

Z Afryki Północnej do Hiszpanii i Włoch…
Maghreb w porównaniu z Sahelem jest rajem, ale rajem o ograniczonej pojemności i
sporym bezrobociu wśród ludzi młodych. Właściwie są to społeczeństwa bardzo
młode, w których co roku znaczne liczby mieszkańców wchodzą w wiek produkcyjny.
Sami mieszkańcy Maroka, Algierii czy Tunezji chętnie emigrują do Europy w
poszukiwaniu lepszego i bezpieczniejszego życia. Jest to tym łatwiejsze, że
wielu mieszkańców Afryki Północnej posiada w UE (zwłaszcza we Francji) krewnych,
a jeżeli są ludźmi wykształconymi, językiem edukacji często jest język
francuski. Uchodźcy polityczni czy ekonomiczni z Afryki subsaharyjskiej również
chętniej migrują dalej na północ (lub na zachód – jednym z ulubionych kierunków
stały się położone u wybrzeży Afryki Wyspy Kanaryjskie), a względnie dostatni
Maghreb traktują jedynie jako kraje tranzytowe. Co roku przez Maroko do
Hiszpanii oraz przez Tunezję i Libię do Włoch przedostają się tysięczne rzesze
nielegalnych imigrantów. O wiele więcej zawracają uchodźców hiszpańscy celnicy
lub wyłapuje włoska, hiszpańska, portugalska oraz grecka straż graniczna i
bezterminowo osadza w obozach dla uchodźców. Skala imigracji przechodzącej przez
Afrykę Północną jest jeszcze stosunkowo nieduża – wynika to z oficjalnych oraz
nieoficjalnych umów zawartych przez państwa docelowe z rządami krajów
tranzytowych. Wynika również z ograniczeń w ruchu granicznym (w obie strony),
narzuconych swoim obywatelom i sąsiadom przez niedemokratyczne i wysoce
opresyjne reżimy sprawujące władzę w Algierii oraz Libii – a zatem w państwach
posiadających najdłuższe granice lądowe z ubogimi regionami Sahelu. Jedną z
gróźb skierowanych przez Al-Kadafiego pod adresem Unii Europejskiej była
obietnica uwolnienia tranzytu dla imigrantów z Afryki – oznaczałoby to otwarcie
ogromnego pasa wybrzeża, z którego możliwa jest żegluga, zarówno w kierunku
Sycylii i Grecji, jak i mniejszych wysp – z Maltą włącznie. W Tunezji i Maroku
już od lat znakomicie prosperuje "przemysł" przemytniczy, przerzucający ludzi do
Włoch i Hiszpanii. Algieria posiada stosunkowo mały udział w omawianym
procederze, ale jest to jeden z kolejnych krajów podatnych na zarażenie "arabską
wiosną ludów", co pociągnęłoby za sobą rozluźnienie rygorów granicznych.

Co to oznacza dla Europy?
Wzrost imigracji z Afryki to przede wszystkim ogromne kłopoty z zawracaniem
uchodźców. Sytuacja społeczna, polityczna i humanitarna w Afryce subsaharyjskiej
jest na ogół tak dramatyczna, że przybyszom trudno jest odmówić statusu
uchodźców, choć oczywiste jest, że w przeważającej masie stanowią oni imigrację
ekonomiczną. Dotychczasowe doświadczenia z integracją przybyszów z krajów
muzułmańskich nie napawają optymizmem – zazwyczaj skutkowały nie tyle tworzeniem
się społeczeństwa wielokulturowego, którego utopia odbija się czkawką od Londynu
po Berlin, o ile powstawaniem gett etnicznych typu Londonistanu czy Neukölln w
Berlinie. Zamiast przyjmować prawa i obyczaje gospodarzy, imigranci – w miarę
wzrostu liczebności – starają się raczej wymuszać akceptację (często z sukcesem,
na co wskazują brytyjskie rozwiązania) własnego prawa szariackiego (tzw. prawo
koraniczne), własnego sposobu życia i własnego języka w życiu publicznym, co
często stoi w jawnej sprzeczności z prawem państw europejskich. Nieco lepiej
przedstawia się sytuacja we Francji, gdzie imigranci z Afryki Północnej
zazwyczaj posługują się językiem francuskim. Grożąca Europie nowa fala uchodźców
z muzułmańskiego Sahelu jeszcze bardziej odstaje językowo i kulturowo od
imigrantów z Maghrebu i mają oni jeszcze większe trudności z asymilacją.

 

Dr hab. Adam Bieniek
 

 Autor jest adiunktem w Instytucie Filologii Orientalnej na Wydziale
Filologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. W obszarze jego zainteresowań
znajdują się: arabistyka, iranistyka, islam, historia Bliskiego i Środkowego
Wschodu oraz kultura ludów muzułmańskich.

drukuj