Euroklapa
Ministerstwo Sportu i Turystyki zamówiło w 2010 roku specjalny raport u
naukowców dotyczący wpływu Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej Euro 2012 na
gospodarkę Polski. Możemy się z niego m.in. dowiedzieć, że nasz kraj odwiedzi w
związku z mistrzostwami dodatkowo 820 tys. kibiców, którzy zostawią 845 mln
złotych. Ponadto Euro 2012 ma przyspieszyć inwestycje infrastrukturalne i
spowodować masowy napływ inwestycji zagranicznych. Eksperci na zamówienie
Ministerstwa Sportu i Turystyki zaprognozowali, że dzięki Euro 2012 nasz kraj
zyska dodatkowo na turystyce do 2010 roku 4,2 mld złotych, a łącznie cała
gospodarka w latach 2008-2020 aż 115 mld złotych. Dane te są niezwykle
imponujące, szkoda tylko, że odbiegają całkowicie od realiów życia codziennego.
Trudno oczekiwać, że rozegranie jednego międzynarodowego meczu piłkarskiego na
bardzo dobrym poziomie wygeneruje 7,6 mld złotych. Ponadto doświadczenia innych
państw przy organizacji wielkich imprez sportowych pokazują, że podczas ich
planowania koszty są zazwyczaj mocno zaniżone, później zaś rozrastają się nawet
kilkakrotnie (Portugalia, która organizowała Euro 2004, dziesięciokrotnie
przekroczyła swój pierwszy budżet).
Dlatego wraz z Instytutem Globalizacji postanowiliśmy przedstawić raport
dotyczący rzeczywistego wpływu Euro 2012 na gospodarkę Polski pod tytułem
"Igrzyska na koszt podatnika". Wynika z niego m.in. to, że polscy eksperci
wynajęci przez Ministerstwo Sportu i Turystyki oszacowali wpływy z turystyki na
dwukrotnie wyższym poziomie, niż udało się to osiągnąć Portugalii w 2004 roku. A
trzeba dodać, że Portugalia organizowała mistrzostwa samodzielnie, a nie tak jak
my do spółki z Ukrainą. Zatem miała dwa razy więcej meczów piłkarskich, co
generowało większy ruch turystyczny. Czyli tak naprawdę polscy eksperci
oszacowali wpływy z turystyki zagranicznej na czterokrotnie wyższym poziomie w
przeliczeniu na mecz piłkarski od Portugalii, kraju z o wiele lepszą
infrastrukturą turystyczną, lepszą marką oraz przyjaźniejszym klimatem.
Dodatkowo trzeba pamiętać, że gdy rozgrywane są tak wielkie imprezy sportowe, to
zwykli turyści rezygnują z przyjazdu do regionów, gdzie się one odbywają. Na
przykład do portugalskiego regionu Algarve w trakcie Euro 2004 przyjechało o 20
proc. mniej turystów zagranicznych, niż przyjeżdżało normalnie. Obawiali się
tłoku, drożyzny oraz głośnych kibiców w hotelach. Dlatego badając wpływ imprez
sportowych na ruch turystyczny, trzeba koniecznie brać pod uwagę fakt, że w tym
czasie regionów, gdzie odbywają się takie imprezy, nie odwiedzają turyści,
którzy normalnie by przyjechali. Nie odbywają się też sympozja czy duże
konferencje. Portugalia jako cały kraj zyskała dodatkowe 17 proc. ruchu turystów
zagranicznych z tytułu Euro 2004, a trzeba pamiętać, że miała na swoim terenie
dwa razy więcej meczów piłkarskich.
Nawet taki kraj jak Niemcy nie zrobili interesu na drugiej największej
imprezie sportowej na świecie, jaką są Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej. W 2006
r. organizowali World Cup. Plany były dosyć ambitne, bo zakładano, że uda się
cokolwiek na tym zarobić. Po fakcie okazało się, że przygotowania pochłonęły 12
miliardów euro, a dodatkowe przychody oszacowano na 2,5 miliarda euro. Czyli tak
naprawdę Niemcy były na minusie na sumę ok. 10 miliardów euro. Dla niemieckiej
gospodarki nie są to znaczące kwoty, więc mogła sobie pozwolić na organizację
mistrzostw, nawet z powodów wizerunkowych i prestiżowych. Co innego biedniejsze
państwa, takie jak Portugalia, Grecja (organizator Letnich Igrzysk Olimpijskich
w 2004 r. w Atenach) czy Polska. Skoro nie udało się zarobić na mistrzostwach
nawet Niemcom, to co takiego oferuje Polska, że mamy odnieść sukces?
Gigantyczne koszty
W Polsce raczej nie ma mowy o niedoszacowaniu kosztów. Trzeba przyznać, że
nasi urzędnicy sumiennie przygotowali liczbę inwestycji infrastrukturalnych,
które jako kraj zrobimy. Można powiedzieć, że aż za sumiennie. Według
ministerialnych planów w związku z organizacją Euro 2012 powinniśmy zrealizować
inwestycje o łącznej wartości 87,5 mld złotych. Kwota ta jest wręcz
przerażająca. Jest to dwukrotnie więcej od Niemców, którzy gościli World Cup
2006. A trzeba pamiętać, że Niemcy gościli 32 drużyny piłkarskie, które
rozegrały czterokrotnie więcej meczów, niż będzie gościć Polska. Zatem w
przeliczeniu na jeden rozegrany mecz Polska planowała wydać ośmiokrotnie więcej
od Niemców. Fakt ten można próbować wytłumaczyć tym, że Niemcy są krajem dużo
bardziej rozwiniętym i nie musieli ponosić tak dużych kosztów
infrastrukturalnych (lotniska były, autostrady były, pozostawało jedynie
rozbudować, zmodernizować lub wybudować od nowa stadiony piłkarskie). Ale można
też tłumaczyć tym, że polscy urzędnicy włączali praktycznie każdą inwestycję
infrastrukturalną, jaką się tylko dało, w przegródkę z szufladą "Euro 2012".
Lista inwestycji jest ogromna, ale tak naprawdę niewiele z nich jest niezbędnych
do przeprowadzenia imprezy. Prawdopodobnie chciano wykorzystać wizerunkowo
liczbę realizowanych inwestycji, by móc pochwalić się, ile to dzięki (nawet
pośrednio) Euro 2012 udało się w Polsce zrobić, by przekuć to w propagandowy
sukces. Wśród inwestycji przygotowanych na Euro 2012 znajduje się między innymi
przebudowa lub rozbudowa lotnisk w Zielonej Górze, Krakowie czy Bydgoszczy, a
przecież żadne z tych miast nie organizuje mistrzostw. Szczęśliwie te inwestycje
zostały wstrzymane, ale np. kosztem 280 mln zł wybudowano w Poznaniu Termy
Maltańskie, co jest jedną z pięciu inwestycji zrealizowanych w tym mieście na
koniec ubiegłego roku na Euro 2012. Nie bardzo wiadomo, jak Termy Maltańskie
mają się przyczynić do sprawnej organizacji turnieju, ale niewątpliwie łatwiej
jest zbudować termy niż drogę ekspresową łączącą Bydgoszcz z Wrocławiem przez
Poznań (która wypadła z realizowanych inwestycji). Kwota 87,5 mld zł
przeznaczona na inwestycje związane z Euro 2012 jest szokująca. Ta liczba to
tylko PR-owski trik, by pokazać, że "Polska jest w budowie". Chociaż w lutym
tego roku "ministra" sportu i turystyki oszacowała już poniesiony koszt
przygotowań na Euro 2012 na kwotę 81 mld złotych. Wypowiedź ta w ogóle nie
koresponduje z wypowiedzią dyrektora ds. PR spółki PL.2012 Mikołaja
Piotrowskiego, który po publikacji naszego raportu stwierdził, że Polska nie
wyda na organizację Euro 2012 ani jednej złotówki, ponieważ wszystkie inwestycje
i tak zostałyby zrealizowane. Polska zatem może być przykładem dla przyszłych
organizatorów wielkich imprez sportowych, jak nie wydać ani jednej złotówki. Do
pana Piotrowskiego powinny udać się pielgrzymki z Brazylii, Kataru (przyszli
organizatorzy World Cup), Soczi (zimowe igrzyska) czy Londynu (letnie igrzyska
olimpijskie 2012). Nasz wkład w myśl organizowania imprez sportowych może być
ogromny. Zanim jednak pan Piotrowski zacznie przyjmować wszystkie delegacje,
powinien najpierw spytać się swojej przełożonej doktor ekonomii "ministra"
Joanny Muchy, czy w końcu przygotowania kosztowały nas już do tej pory 81
miliardów czy może 0. Bo rozbieżności są bardzo duże.
Stadionowy wysyp
Pomijając jednak szereg inwestycji, które powstałyby i bez Euro 2012 (takich
jak część dróg czy rozbudowa wszystkich czterech lotnisk w miastach
organizatorach), trzeba powiedzieć, że Polskę ogarnął szał stadionowy. Oprócz
zbudowanych kosztem 4,5 miliarda złotych czterech stadionów na mistrzostwa
zaczęły masowo powstawać lub modernizować się inne stadiony. Nie wiadomo, na ile
jest to efekt mistrzostw, a na ile fakt, że ekstraklasa z roku na rok podnosi
swój poziom organizacyjny. Fakt faktem, że trzy stadiony piłkarskie powstałe na
Euro 2012, a które służą na co dzień klubom piłkarskim (Lechowi w Poznaniu,
Śląskowi we Wrocławiu oraz Lechii w Gdańsku), bardzo często nie wypełniają się
nawet w połowie, co jest dość smutnym obrazkiem. O perypetiach Stadionu
Narodowego można napisać tylko tyle, że chwalimy się nowoczesnością tego
obiektu, a policja nie chce wyrazić zgody na organizację Finału Pucharu Polski.
W Anglii Finał Pucharu Anglii rokrocznie odbywa się na Wembley. Taka to już
tradycja. W Polsce powstał w miarę nowoczesny obiekt w stolicy, ale według
policji nie jest dość nowoczesny, by można było rozgrywać na nim Finał Pucharu
Polski. To komu ten wybudowany za prawie 2 miliardy złotych stadion ma służyć i
jak ma na siebie zarobić?
Słabe przychody
Organizacja Euro 2012 gigantyczne zyski przyniesie jedynie UEFA (to ona
zabiera wszystkie wpływy z biletów, transmisji telewizyjnych oraz od sponsorów)
oraz części firm i osób zaangażowanych w budowę stadionów. Polski podatnik do
tej imprezy dołoży, i to bardzo dużo. Przede wszystkim kibiców nie przyjedzie
tyle, ile prognozuje ministerstwo. Normalnie w czerwcu do regionów
organizujących mistrzostwa przyjeżdża z zagranicy ok. 200-215 tysięcy turystów.
Zamiast nich przyjedzie 250 tys. kibiców. Polska jako kraj zyska dzięki imprezie
dodatkowy napływ turystów na poziomie ok. 40-50 tysięcy. A i ta liczba nie jest
pewna, ponieważ w Polsce rozgrywać swoje mecze będą reprezentacje, za którymi
kibice tłumnie nie podążają.
Wydatki kibiców również nie są na prognozowanym przez ministerstwo poziomie
(prawie tysiąc złotych dziennie). Doświadczenie portugalskie pokazuje, że można
liczyć, iż kibice zostawiają ok. 40 proc. więcej pieniędzy niż zwykli turyści. W
Polsce dziennie turysta zagraniczny wydaje ok. 230 złotych, tymczasem turysta
kibic może zostawić maksymalnie 320 złotych. O braku zainteresowania kibiców
może świadczyć również fakt, że wciąż dostępne są noclegi w trzygwiazdkowych
hotelach w miastach organizujących imprezę w dość przystępnych cenach.
Polska może zatem liczyć na mniej więcej 133,5 mln zł wpływów z tytułu Euro
2012, na które będą się składać: wpływy od UEFA za wynajem stadionów (ok. 5 mln
zł), dodatkowe wpływy z przyjazdu turystów i oficjeli (ok. 123 mln zł),
dodatkowe wpływy za wynajęcie ośrodków przez reprezentacje piłkarskie (ok. 5,5
mln zł). Nie jest to suma powalająca, jeżeli zestawi się ją z kosztem budowy
stadionów (4,5 mld zł). Jeżeli przeliczyć różnicę na jeden bilet piłkarski dla
zwykłego kibica (połowę biletów otrzymają oficjele, sponsorzy, politycy,
urzędnicy, sportowcy, sędziowie i wolontariusze), to polski podatnik dopłaci do
jednego biletu ok. 12 tys. złotych. Tyle zapłacimy (licząc tylko stadiony), by
zagraniczni kibice chcieli przyjechać do Polski i stwierdzić, że Polska to fajny
kraj.
Groźniejsze jest co innego. Mnóstwo niezrealizowanych inwestycji, m.in.
drogowych, co potwierdza już minister transportu, budownictwa i gospodarki
morskiej Sławomir Nowak. Obecnie z realizacji zostało wycofanych 69 inwestycji
na Euro 2012. Tymczasem planowane koszty zmniejszyły się zaledwie o blisko 5 mld
zł. Historia kosztów Stadionu Narodowego jest znamienna. Początkowo miał
kosztować pół miliarda, później (ok. połowy 2008 r.) koszt budowy stadionu
został podwojony, by osiągnąć kwotę 2 mld zł, a i ta do konca nie jest pewna.
Jeżeli wszystkie inwestycje były tak realizowane, to koszty, jakie poniesiemy
jako kraj, jeszcze się rozrosną.
Jedynym pocieszeniem w związku z tak drogą imprezą jest nadzieja, że
przynajmniej piłkarze staną na wysokości zadania i swoją postawą osłodzą
finansową klapę Euro 2012.
Marek Łangalis
ekspert Instytutu Globalizacji,
autor raportu "Igrzyska na koszt podatnika"
