Eksperci niech mówią o faktach
Z gen. bryg. rez. Janem Baranieckim, zastępcą dowódcy Wojsk
Lotniczych Obrony Powietrznej w latach 1997-2000, mającym doświadczenie w
badaniu przyczyn katastrof lotniczych, rozmawia Marcin Austyn.
W rozmowie z "Gazetą Wyborczą" Maciej Lasek, zastępca
przewodniczącego podkomisji lotniczej w komisji Jerzego Millera twierdzi, że
przyczyną katastrofy Tu-154M było "zejście poniżej minimalnej wysokości
zniżania, przy nadmiernej prędkości opadania, w warunkach uniemożliwiających
wzrokowy kontakt z ziemią i spóźnione rozpoczęcie procedury odejścia na drugi
krąg". To ustalenie jest pełne i wyjaśnia wszystko na temat katastrofy?
– A czy wyjaśnione zostały przyczyny zmiany kursu samolotu i trajektorii
lotu? Przecież samolot nie leciał po kursie i ścieżce, jak zapewniała wieża. Z
czego to wynikało? To był efekt braku umiejętności pilotów? A może zawinił
sprzęt nawigacyjny? A może jeszcze jakieś inne czynniki? Tego komisja ministra
Jerzego Millera nie wyjaśniła. Opisywany jest efekt, ale nie znamy jego przyczyn
i w tym tkwi problem. Tak naprawdę nie wiemy też, z czego wynikała nadmierna
prędkość opadania. Niby tłumaczone było to spóźnionym wejściem na ścieżkę
schodzenia. Tyle że dziś wiemy także, że załoga była świadoma tego, co się
dzieje, współpracowała, a rosyjscy kontrolerzy mieli nakazać zejście nie do 100,
ale do 50 metrów. O tym mówili piloci samolotu Jak-40, który wcześniej wylądował
na Siewiernym. Tych liczb wypowiedzianych w języku rosyjskim nie można pomylić,
podobnie jak w języku polskim. Można źle rozróżnić liczby 70, 60, 50, ale nie 50
i 100. Dlaczego komisja milczy na ten temat? Przecież jej eksperci mieli do
dyspozycji odpowiedni materiał i mogli go dokładnie odsłuchać.
Zgodzi się Pan z oceną, że porównanie wszystkich ekspertyz
fonoskopijnych wskazuje, iż są one komplementarne, a nie sprzeczne?
– Jeśliby spojrzeć na tę sprawę w taki sposób, że opracowania wychodzą z tego
samego źródła, to takie stwierdzenie można by uznać za słuszne. Faktem jest, że
różnice w odczytach są, ale nie czuję się odpowiednią osobą do ferowania ocen w
tym zakresie. Owszem, mam całą dokumentację, także tę sporządzoną przez MAK w
języku rosyjskim, ale nie udało mi się przez nią przebrnąć, bo dla mnie było to
mataczenie. Dlatego też czekam na wyniki prac zespołu biegłych powołanych przez
wojskową prokuraturę, kierowanego przez najbardziej doświadczonego w Polsce
badacza katastrof lotniczych dr. inż. Antoniego Milkiewicza. Jestem przekonany,
że będzie to pierwszy niezależny raport, który ze spokojem przeczytam od deski
do deski.
Lasek podtrzymuje, że przed katastrofą do kabiny załogi wchodzą osoby
postronne w randze generałów. Twierdzi też, że krakowscy eksperci nie
stwierdzili, iż zarejestrowany głos nie należy do dowódcy Sił Powietrznych, a
jedynie go nie rozpoznali. Mówimy więc o ustaleniach czy domysłach?
– To wszystko, co mówi się o obecności generałów w kokpicie, to tylko domysły. I
to koreluje z ogólną tendencją co do sposobu informowania o katastrofie. Wiemy
chociażby o SMS-ach do polityków PO, pouczających ich, jak należy wypowiadać się
w sprawie katastrofy: że to wina naciskanych pilotów, a pozostaje tylko ustalić,
kto ich do tego lądowania zmusił. Ta opinia rozprzestrzeniana przez większość
mediów, podtrzymana przez MAK niestety nadal funkcjonuje. Wiele osób nie śledzi
dokładnie tego, co się dzieje wokół badania katastrofy, a zwolennicy PO
bezkrytycznie przyjmują pewne tezy. Dlatego szczególnie eksperci powinni mówić
wyłącznie o bezsprzecznych ustaleniach.
Szef PKBWL zauważa, że ekspertyzy fonoskopijne wskazują, iż po meldunku
o przygotowaniu pokładu do lądowania zostały zarejestrowane głosy osób
postronnych w kokpicie lub jego bezpośredniej bliskości, że ktoś, kto był blisko
kabiny, rozmawiał lub usiłował rozmawiać np. przez telefon…
– Tym bardziej wysnuwanie z tych informacji wniosków o obecności generałów w
kokpicie jest nieuprawnione. Należy pamiętać, że w badaniu katastrof lotniczych
w pierwszej kolejności nie bierze się pod uwagę głosów dobiegających gdzieś z
pobliża kabiny pilotów, ale analizuje się korespondencję z wieżą, kierownikiem
lotów, z osobami, które mają wpływ na lot. To te kwestie są decydujące i one są
badane w pierwszej kolejności. Głosy z kabiny rozpatruje się w końcowej fazie
badań. A tu – i przyznaje to Edmund Klich – były naciski ze strony rządu, by
opublikować stenogramy z rozmów w kabinie. Już wtedy miałem przeczucie, że
dojdzie tu do manipulacji. I co się okazało? A to nie rozpoznano części głosów,
a to nie odczytano dokładnie treści… Pamiętamy, ile nieprawdziwych słów
przytaczano. Oczywiście nie wykluczam, że w czasie lotu ktoś z generalicji był w
kokpicie, ale zasada jest taka, że pod koniec lotu w kabinie ma być spokój. I
wiem, że ci, którzy zginęli, zawsze tej zasady przestrzegali.
Lasek twierdzi, że nikt nie wywierał presji bezpośredniej na pilotów,
ale istniała presja pośrednia. Mówi też, że nie można jej łączyć z obecnością w
kabinie konkretnej osoby postronnej. Skoro nikt nie naciskał, a obecność osób
postronnych nie miała znaczenia, to po co cała ta awantura o generałów w
kokpicie?
– Załoga leciała zgodnie z planem: miała podejść do 100 m, zobaczyć, jak
przedstawia się sytuacja nad lotniskiem, i w razie braku możliwości lądowania
odejść. Tymczasem komisja zamiast pokazać konkretne ustalenia na temat tego, co
stało się w końcowej fazie lotu, jakie były przyczyny takiego, a nie innego
zachowania maszyny, mydli nam oczy informacjami o naciskach, które – jak się
okazuje – nie miały większego znaczenia. Tak tworzy się medialną dyskusję na
temat obecności generałów w kokpicie. Równocześnie nie wyjaśnia się np. roli
rosyjskiego samolotu Ił-76, który w tym samym czasie latał nad Smoleńskiem. I to
nie tylko kwestia tego, że takie loty powinny być wtedy zabronione, ale też
tego, co Rosjanie tam robili. Albo bagatelizuje się fakt, że nie odnaleziono
jednego z rejestratorów i przechodzi się z tym do porządku dziennego. Tego
rejestratora należało szukać do skutku. Wydaje się to szczególnie ważne dziś, w
sytuacji gdy pojawiają się poważne głosy o zarejestrowaniu wstrząsów na
pokładzie Tu-154M. Z tej perspektywy patrząc, zbadanie tej skrzynki jest
istotne. Bo jaką mamy pewność, że w jej miejscu nie umieszczono zupełnie innego
"urządzenia"? Oczywiście wygodniej jest całkowicie pomijać tezę o możliwości
przeprowadzenia zamachu z uwagi na brak przesłanek i sprowadzać problem do
poziomu oszołomstwa. Tyle że bez dokładnych badań, bez skompletowania wszystkich
części samolotu, bez odpowiednich analiz niczego poza błędem załogi ustalić nie
można.
Dziękuję za rozmowę.
