Egzamin maturalny ze światopoglądu

WOS gorszy niż za czasów PRL

Tegoroczna matura była, jak co roku, szeroko komentowana przez media. Szukano potknięć i niedociągnięć popełnionych przez autorów pytań egzaminacyjnych, kwestionowano materiał egzemplifikacyjny, wykorzystany w testach. Głośna była sprawa błędnie podanego zadania z matematyki, bez informacji, że chodzi o wielomian trzeciego stopnia, co mogło uniemożliwić niektórym uczniom rozwiązanie. „Nasz Dziennik” zwrócił uwagę na niechlujny test z historii (na poziomie rozszerzonym), na niewłaściwy dobór przykładów i pytań, pominięcie wydarzeń szczególnie ważnych w historii Narodu Polskiego.

Moim zdaniem, największy skandal, jaki wydarzył się na tegorocznej maturze, nie dotyczy ani matematyki, ani historii. Dotyczy przedmiotu, który w okresie peerelowskim miał szczególnie złą sławę, a teraz wygląda na to, jakbyśmy go oddali w pacht postsowieckim ideologom i „politologom”, zupełnie nie interesując się ewidentnym indoktrynowaniem naszych dzieci i wnuków, pod pozorem przekazywania im wiedzy o społeczeństwie (WOS).

Ten przedmiot, ze względu na tamte, komunistyczne doświadczenia, powinien być pod szczególną kontrolą społeczną. Tym bardziej że interesuje się nim dziś bardzo zdolna młodzież o temperamencie humanistycznym, planująca studia historyczne, socjologiczne, politologiczne. Poza tym taki przedmiot powinien dać młodemu człowiekowi solidną wiedzę na temat państwa, w którym żyje. Powinien poznać jego Konstytucję, kompetencje poszczególnych organów i instytucji, zasady rządzące samorządem terytorialnym – by mógł uczestniczyć w życiu publicznym w swojej gminie, mieście, może w przyszłości jako poseł. By interesował się sprawami kraju, a nie tylko własnym nosem.

Najgorsza krzywda, jaką można uczniowi wyrządzić, to popchnięcie go, w ramach tej „wiedzy”, w kierunku ideologicznych fajerwerków, kultu „postępowości”, „walki z ksenofobią” etc. To podawanie, zamiast konkretnej wiedzy, twórczości gazetowej, nacechowanej ideologią i duchem partyjnym.

W świetle tegorocznych testów z WOS widać, że wszystkie te zagrożenia są obecne i utrwalone, a zadaniem, jakie sobie postawili autorzy tegorocznej matury, jest przede wszystkim sprawdzenie, czy uczeń myśli „słusznie”, czy czasami nie ma własnego zdania! Można to ująć jeszcze prościej: egzamin maturalny z WOS sprawdzał, czy uczeń czyta „Gazetę Wyborczą” i czy całkowicie się zgadza z poglądami reprezentowanymi przez środowisko z nią związane. Tylko pod takim warunkiem mógł osiągnąć najwyższą notę.


Żakowski jak Biblia


Oto najbardziej drastyczny przykład. W punkcie 14 wersji rozszerzonej testu zacytowano uczniowi obszerny fragment artykułu Jacka Żakowskiego, znanego prestidigitatora politycznego z „Gazety Wyborczej”. Autor porównuje tam „klimat polityczny” jesieni 1981 r. i jesieni 2005 roku. Dochodzi do wniosku, że te „klimaty” są bardzo do siebie podobne, a charakteryzują je „bratobójcze walki” (?!), „oszczerstwa” i „nagonki”! Autor szydzi też z młodych ludzi, którzy przeciwstawili się tzw. marszowi równości, i porównuje ich działanie do działalności swojego pokolenia w ramach „demokratycznej opozycji” z czasów schyłku PRL. To porównanie ma na celu zdezawuowanie protestu przeciwko manifestacjom seksualnych dewiantów. Autor sugeruje, że taki protest nie wynika z poglądów, lecz z „chęci wpłynięcia na bieg historii” i z faktu, że nic nie kosztuje, nie wiąże się z żadnym zagrożeniem (to oczywista nieprawda!).

Samo pojawienie się tekstu tak prostackiego i, najdelikatniej mówiąc, kontrowersyjnego budzi zdziwienie i protest. Gdyby chociaż uczeń mógł napisać w ramach odpowiedzi, że się nie zgadza z Żakowskim, że ma inne zdanie na ten temat. Nie! Uczeń musi wykonać polecenia w taki sposób, jakby całkowicie się zgadzał z tym bełkotliwym wywodem! Jego zadanie polega na „wskazaniu w tekście dwóch podobieństw i dwóch różnic między postawą i sposobem działania Polaków w roku 1981 i 2005”! Jeśli nie odtworzy meandrów myślenia dziennikarza „Wyborczej”, nie uzyska punktów za to „zadanie”. Musi tak jak Żakowski napisać, że i na jesieni 1981 r., i na jesieni 2005 r. były „bratobójcze walki”, „oszczerstwa”, „waśnie” i „nagonki”, bo to jest „prawidłowa odpowiedź”! Musi napisać, że protest przeciwko gorszącym, publicznym manifestacjom dewiacji i wyuzdania jest tylko próbą pokazania się, „wpłynięcia na bieg historii”, bo przecież (w domyśle) te manifestacje są „słuszne”. Niech mi ktoś powie, co to jest za „wiedza”? A jeśli uczeń ma inne zdanie na ten temat?

Egzamin dojrzałości z wiedzy o społeczeństwie powinien udowodnić, że uczeń wie, jak wybiera się prezydenta RP, że zna podstawowe różnice między izbami parlamentu, że wie, co należy do obowiązków radnego, a co do kompetencji burmistrza miasta. To jest wiedza, z tego można pytać! Nie wolno pytać z poglądów. Nie wolno promować w szkole wybranych gazet, środowisk politycznych, lobby – ich poglądów, zachowań. Nie wolno sugerować uczniowi, że to jest „jedynie słuszne”!


Polak to „sobek”, „amoralny”, „nieufny”…


W punkcie 15 testu znajdujemy znowu fragmenty gazeciarskich „diagnoz”, dotyczących „społeczeństwa obywatelskiego”. Okazuje się, że w Polsce nie ma „społeczeństwa obywatelskiego”. Zadaniem ucznia jest wyłuskanie z trzech zamieszczonych fragmentów następujących wniosków końcowych, podanych przez „Gazetę Wyborczą” jako „przykładowe rozwiązanie”. Za to uczeń otrzyma maksymalną liczbę punktów: w Polsce panują „inne wzory współżycia społecznego” – nastawienie na prywatę; w „innych krajach” jest nastawienie na „bycie razem”! W jakich „innych krajach”? Chyba we wszystkich poza Polską! Tak wynika z „przykładowego rozwiązania”… W Polsce społeczeństwo „jednoczy się przeciwko władzy”. W „innych krajach” społeczeństwa „jednoczą się”, żeby pomóc władzy! W Polsce panuje „amoralny familizm” (?!). Czy autorowi tego „odkrycia” chodzi o to, że „familia”, czyli rodzina, jest z gruntu czymś „amoralnym”? Kto produkuje taki bełkot? Kto go wprowadza do szkolnych podręczników i na egzamin maturalny? Kolejny „wniosek”: w Polsce „brak zaufania do nieznajomych”. Czy miliony Polaków, które wyjechały w ostatnich latach za granicę, potwierdzą te wywody gazetowego chłopka-roztropka?


Egzamin z kosza na śmieci


Pytań, które sprawdzałyby wiedzę ucznia, było w testach niewiele. Niektóre z nich były poza tym dziwaczne, wręcz prymitywne. Jaki sens jest pytać dziewiętnastolatka, czy naród to wspólnota „mała” czy „wielka”? Niektóre pytania świadczą o bezgranicznym infantylizmie i prymitywizmie. Jaką normą jest mówienie prawdy? Odpowiedź: moralną. No dobrze. A jaką normą jest okazywanie szacunku starszym? Odpowiedź: obyczajową. A jeśli uczeń napisze, że moralną? To błąd! No i już wiemy, że szacunek dla „staruchów” to tylko taki „obyczaj”, a jak wiadomo, obyczaje się zmieniają!

Na tle tych infantylnych pytań, jak filip z konopi wyskakuje zadanie nr 6 w wersji rozszerzonej testu. Uczeń musi podać polską nazwę organizacji, utworzonej w roku 2006 przez Ukrainę, Gruzję, Mołdawię i Azerbejdżan, której celem jest „demokratyzacja”. Łatwizna, prawda? Jak wiadomo, wszyscy Polacy z zapartym tchem śledzą rozwój organizacji „demokratyzacyjnych” w Azerbejdżanie i wiedzą doskonale, że chodzi o Organizację na rzecz Demokracji i Rozwoju Ekonomicznego… Na drugi rok trzeba to będzie podać po mołdawsku albo azersku. Uczcie się, dzieci!


Tracona szansa


Wiedza o społeczeństwie jest potrzebna każdemu Polakowi – najbardziej temu młodemu, kształcącemu się. To jednak musi być naprawdę wiedza! Wiedza w sensie obiektywnym, sprawdzalnym, dotyczącym faktów, stanu rzeczy, prawa. Nie są żadną wiedzą gazetowe wypociny frustratów lub cwaniaków, którzy wypisują to, co jest „trendy”, co daje dobrą wierszówkę, co odpowiada wpływowym grupom interesów, promuje „odpowiednie” poglądy. Takie rzeczy powinny być rugowane ze szkoły i nie mają prawa pojawiać się na żadnych egzaminach, zwłaszcza na egzaminie dojrzałości! Przedmiot o obiecującej nazwie „wiedza o społeczeństwie” nie daje młodemu Polakowi żadnej wiedzy. Jest w obecnym kształcie utraconą szansą na wykorzystanie szkoły w dziele budowania społeczeństwa świadomego, solidarnego, kochającego swój kraj i rozumiejącego powinności wobec niego. Treści i cele edukacyjne, związane z tym przedmiotem, powinny być przedmiotem poważnej debaty. Prasówka ze „słusznych” gazet to koszmarne déj vu, powtórka z Peerelu.


Piotr Szubarczyk
drukuj