Edward Gierek i tradycje „naukowego światopoglądu”
Jak wiadomo, komunizm był i ciągle jest (o czym mogą przekonać się na
własnej skórze mieszkańcy Kuby czy Korei Północnej) „socjalizmem naukowym”. Nic
więc dziwnego, że także lewica w Polsce zawsze miała pociąg do instytutów
naukowo-badawczych – z wyjątkiem IPN, rzecz jasna. Dość wspomnieć w tym
kontekście Akademię Nauk Społecznych przy KC PZPR czy Instytut Podstawowych
Problemów Marksizmu-Leninizmu (popularnie zwany „Marleną”).
Przez te placówki przewinęło się wielu prominentnych działaczy tworzących
dzisiaj „nowoczesną europejską lewicę” w III RP. Choćby prof. Tadeusz Iwiński
(wykładowca we wspomnianej akademii) czy mgr Leszek Miller (absolwent tejże).
Swój epizod z „Marleną” miał również w latach 1978-1980 nie kto inny, jak Leszek
Balcerowicz, po 1989 r. patronujący naszej transformacji.
A cóż dopiero
powiedzieć o uniwersytetach marksizmu-leninizmu działających przy komitetach
wojewódzkich PZPR? Życie partii tętniło nauką. Jeśli dodamy do tego fakt, że
również Edward Gierek miał niemałe zasługi w ciągłym unaukowianiu partii
(przecież „Marlenę” powołano do życia w 1974 r.) – to nie dziwi inicjatywa
reprezentantów naszej nowoczesnej i demokratycznej lewicy, by powołać w
niedługim czasie Instytut Edwarda Gierka, którego zadaniem ma być promowanie
dokonań towarzysza sekretarza.
Pozostawiając sarkazm na boku, należy
zauważyć, że inicjatywa ta wpisuje się w szersze i o wiele bardziej niepokojące
zjawisko aniżeli sentymenty dawnych partyjnych funkcjonariuszy, zamieszania,
kołobłędu w naszej pamięci narodowej. Pisałem o tym niedawno na tych łamach, a
także o niesłabnącym wśród wielu Polaków micie epoki Edwarda Gierka. Gdy można
było kupić colę w sklepie, wyczekać swojego „malucha”, w Warszawie zaczęły
kursować „berliety”, a nasi wygrywali na światowych imprezach w piłkę nożną i
siatkówkę. Gierek wreszcie – na tle siermiężnego Gomułki (nie mówiąc o Bierucie)
– to prawdziwy Europejczyk. Widział Zachód i jako pierwszy z komunistycznych
przywódców w Polsce bez problemów posługiwał się jednym z zachodnich języków
(francuskim). Last but not least, w odróżnieniu od swojego bezpośredniego
poprzednika, ale i następcy, nie prowadził Gierek aż tak krwawych wojen ze
społeczeństwem jak te, które przetoczyły się przez Wybrzeże w grudniu 1970 r.
czy przez całą Polskę po 13 grudnia 1981 roku. Oddawał władzę w momencie
rozpoczynania się „karnawału 'Solidarności'”, a po wprowadzeniu stanu wojennego
został nawet na chwilę internowany.
Miarą sukcesu prowadzonej po 1989 r.
przez postkomunistów polityki historycznej i wspierających ich w tym dziele
„pożytecznych idiotów” z dawnego obozu solidarnościowego było zatarcie w pamięci
społecznej podstawowego faktu z czasów Edwarda Gierka, że Polska pod jego
rządami nadal była państwem podporządkowanym Związkowi Sowieckiemu, nadal
rządzonym przez represyjny reżim komunistyczny. W latach 1970-1980 zjawiska te
nie tylko nie ustały, ale się nasilały. W przypadku represji zmieniały się tylko
formy, ale nie istota rzeczy.
Lizusostwo
Dekada Gierka to przecież nie tylko wizyty w
Warszawie prezydentów amerykańskich (w Polsce pierwsze po zakończeniu wojny),
ale przede wszystkim rytualnie przygotowywane i obchodzone „przyjacielskie
wizyty” Leonida Breżniewa. Sądząc po ilości namiętnych pocałunków między polskim
a sowieckim gensekiem, można je potraktować jako antycypację „parad równości”.
Gdyby tylko chodziło o cmokanie się dwóch dorosłych mężczyzn. Ale lizusostwo
Gierka szło jeszcze dalej. Zostało bowiem podniesione do rangi normy
konstytucyjnej, bo tego dotyczyły osławione poprawki do Konstytucji PRL z 1976
roku, w których obok „przewodniej roli PZPR” zapisano „przyjaźń z ZSRR”. Na to
nie zdecydowano się nawet w okresie stalinowskim, gdy w 1952 r. komunistyczny
Sejm uchwalał nowelizowaną później przez Gierka Konstytucję.
Nie była
potrzebna żadna wazelina. W 1974 r. z okazji „30-lecia PRL” Gierek odznaczył
sowieckiego przywódcę Krzyżem Wielkim Orderu Virtuti Militari (to wyróżnienie
spotkało w tym samym roku sowieckiego marszałka Greczkę, głównodowodzącego
Układu Warszawskiego). Na znak protestu żyjący w Polsce kawalerowie tego
najbardziej zaszczytnego polskiego orderu wojskowego złożyli swoje insygnia na
Jasnej Górze.
Przypomnijmy, że Polsce nie groziła inwazja wojsk sowieckich w
razie niewpisania przyjaźni z Moskwą do Konstytucji czy braku Virtuti Militari
dla Breżniewa. To tylko i wyłącznie zasługa służalczości I sekretarza KC
PZPR.
Współpraca z Sowietami dotyczyła, rzecz jasna, nie tylko „polityki
orderowej”, ale przede wszystkim posłusznego wykonywania wszystkich poleceń
płynących z Moskwy. PRL czasów Gierka była „wypróbowanym” przyjacielem Sowietów
nie tylko w ramach Układu Warszawskiego, ale i na szerszych forach. Posłusznie
przegłosowano więc w 1975 roku z „całym postępowym światem” na Zgromadzeniu
Ogólnym ONZ rezolucję potępiającą syjonizm jako jedną z form rasizmu.
Bezkrytycznie popierano sowiecką inwazję w Afganistanie.
Represje na porządku dziennym
Edward Gierek nie
wprowadził w Polsce stanu wojennego, nie wyprowadził czołgów na ulicę, by
strzelać do ludzi. Oczywiście, okrucieństwo „ścieżek zdrowia” urządzanych
uczestnikom protestów robotniczych w Radomiu i Ursusie (czerwiec 1976) było
mniejsze od krwawej łaźni urządzonej na Wybrzeżu przez Gomułkę. Ale było. Wielu
ludziom złamano życie, bo okazali się w 1976 roku „warchołami”. W okresie rządów
Edwarda Gierka można zaobserwować zmieniający się model represji wobec
społeczeństwa. Najkrócej mówiąc, lwią część roboty przejmują „nieznani sprawcy”
na etatach w MSW. Jedną z ich ofiar stał się w 1977 roku krakowski student
Stanisław Pyjas.
Najwyraźniej zmianę metodologii represji i zbrodni widać w
czasach gierkowskich na przykładzie Kościoła. W 1973 roku w ramach MSW
wyodrębniono tzw. Grupę „D” przeznaczoną do prowadzenia szczególnie szkodliwych
działań dywersyjnych wobec katolickiego duchowieństwa. Działała ona obok już
funkcjonującego IV Departamentu MSW zajmującego się od lat „rozpracowywaniem
kleru”. W 1977 r. Grupa „D” została podniesiona do rangi osobnego Wydziału VI w
Departamencie IV MSW. Nieprzypadkowo właśnie przez nią przewinęli się ludzie
odpowiedzialni później za zamordowanie księdza Jerzego Popiełuszki (pierwszym
kierownikiem Grupy „D” był płk. Zenon Płatek, służył w niej również Waldemar
Chmielewski – jeden z katów Czcigodnego Sługi Bożego).
W 1975 r. dowódcy tej
bezpieczniackiej komórki dostali nagrody MSW za: „opracowanie, organizacyjne
przygotowanie i wdrożenie działań dezintegracyjnych w stosunku do Kościoła
rzymskokatolickiego oraz stworzenie warunków lokalizacji duchowieństwa do
ustroju i państwa”. Konkretnie zaś nagrodzone „zasługi” obejmowały śmiertelne
pobicie w 1976 r. ks. Romana Kotlarza – znanego duszpasterza robotniczego z
Radomia, ciężkie pobicie w 1977 r. ks. Andrzeja Bardeckiego – kościelnego
asystenta „Tygodnika Powszechnego”. Przedmiotem wzmożonej inwigilacji przez
wszystkie struktury IV Departamentu stał się ks. kard. Karol Wojtyła. Nie
odpuszczano również Prymasowi, którego próbowano dyskredytować, puszczając w
obieg (także w Rzymie) rozmaite fałszywki (najbardziej znana dotyczyła
sfałszowania tekstów „Kazań świętokrzyskich” ks. kard. Wyszyńskiego).
Na tym
polegała ogłoszona przez Edwarda Gierka „normalizacja” stosunków władz PRL z
Kościołem. W 1971 r. „platformę normalizacji” wyjaśniał oficjalny dokument
Sekretariatu KC PZPR. Miała ona opierać się na spełnieniu przez Kościół w Polsce
dwóch żądań najwyższych władz PZPR: „uznania nieodwracalności przemian
ustrojowych oraz dorobku Polski Ludowej” oraz „wyrażenia pozytywnego stosunku do
naszych sojuszów, zwłaszcza sojuszu ze Związkiem Radzieckim jako odpowiadającym
naszym narodowym interesom”. Jak wiadomo, z praktyki SB z czasów gierkowskich w
„nasze sojusze” godził nawet ruch oazowy organizowany w tamtym czasie przez ks.
Franciszka Blachnickiego, wobec którego – i wobec oazowiczów in gremio –
podejmowano „działania dezintegracyjne”.
Dla milionów wierzących Polaków PRL
w czasach Edwarda Gierka to kraj, gdzie byli obywatelami drugiej kategorii,
gdzie za głoszenie nieprawomyślnych poglądów groziło wyrzucenie z pracy. Tak jak
to się stało w 1973 r. z pewnym nauczycielem historii w technikum budowlanym w
Rykach. Jak wyjaśniło wówczas ministerstwo oświaty, jego „przestępstwo” polegało
na tym, że „wykorzystywał zajęcia do wszczepiania młodzieży teorii nie mających
nic wspólnego z naukowym światopoglądem i wychowaniem socjalistycznym. Zjawiska
historyczne naświetla z punktu widzenia religijnego”.
„Budujemy drugą Polskę”… a będziemy mieć Trzeci
Świat
Zachodni polor czasów gierkowskich został okupiony olbrzymim
zadłużeniem Polski. W latach 1970-1980 wzrosło ono o mniej więcej 30 miliardów
dolarów. To prawda, że za te pieniądze powstawały inwestycje służące do dzisiaj
(np. Port Północny czy „gierkówka” łącząca Warszawę z Katowicami), ale często
bywało tak, że w ten sposób pozyskane dewizy stały się tzw. nietrafionymi
przedsięwzięciami, czyli lądowały w kieszeniach dobrze „podczepionych”
towarzyszy. Dodatkowym mechanizmem ograbiającym Polskę ze środków dewizowych był
nasz udział w zdominowanym przez Sowietów RWPG, a zwłaszcza mechanizm „rubli
transferowych”. Pogłoski o współfinansowaniu przez Polskę olimpiady w Moskwie
(lato 1980 r.) nie były li tylko plotkami pozbawionymi podstaw.
Jednak
propagandowe fanfary czasów Gierka, które obwieszczały, że Polska stała się
„dziesiątą potęgą przemysłową świata”, były na tyle donośne, że nawet dzisiaj
wielu rodaków wierzy, iż tak rzeczywiście było. W końcu Edward Gierek to „drugi
Kazimierz Wielki, zastał Polskę murowaną, a zostawił drewnianą”.
Jednak
program budowania „drugiej Polski” to nie tylko wyraz odrealnionej propagandy
sukcesu. Józef Mackiewicz porównał kiedyś zło komunizmu do operacji
chirurgicznej polegającej na wysysaniu szpiku poszczególnym osobom i całym
społecznościom. Chyba właśnie w okresie gierkowskim najbardziej zbliżyliśmy się
do tego zagrożenia. Polska Edwarda Gierka to nie tylko czasy „nieznanych
sprawców”, ale również szerzącego się cwaniactwa, oportunizmu. Szeregi PZPR,
ZSMP czy SZSP pęcznieją od tych, dla których legitymacja partyjna i czerwony
krawat jest przede wszystkim promesą do kariery, willi czy choćby nawet talonu
na samochód.
Jako jeden z pierwszych niebezpieczeństwo to dostrzegał Prymas
Tysiąclecia, który w 1975 roku ostrzegał przed „przemieleniem narodu jako
zjawiska stałego, w którym żyje nasze społeczeństwo i młodzież”. W październiku
1979 r. mówił zaś podczas inauguracji roku akademickiego na KUL: „Nie myślcie,
że Naród może wypełnić swoje zadanie tylko z pomocą ludzi bez wyrazu, którzy
żyją byle jak, aby przeżyć, aby jakoś się odkuć, aby wykręcić się tanim kosztem
(…). Łatwizna życiowa jest największym wrogiem współczesnej Polski. Nie tylko
niekompetencje, ale i nieuczciwość ludzi kompetentnych, wykształconych,
znających swoje zadania, nawet dobrze uposażonych, może doprowadzić do
straszliwej katastrofy naszej Ojczyzny”.
Nie należy się jednak spodziewać, by
dla twórców Instytutu Edwarda Gierka były to miarodajne słowa. Oni w końcu
reprezentują „naukowy światopogląd”.
Prof. Grzegorz Kucharczyk
