Dziennikarski miecz Damoklesa
Z Hanną Karp, medioznawcą z Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej,
rozmawia Paulina Jarosińska
Jak, według Pani, można określić narrację medialną w kontekście tragedii w
łódzkim biurze Prawa i Sprawiedliwości? Czy nie jest tak, że po raz kolejny
marginalizowane jest to, co kluczowe?
– Po obserwacji całego ciągu informacji obecna debata ma jeden bardzo realny
wymiar. Otóż mamy do czynienia z jednym ciągiem dezinformacji. Patrząc choćby na
wtorkowe doniesienia na temat tego, że Ryszard C. był w biurze Stefana
Niesiołowskiego, i przekaz medialny tej informacji – przeciętny widz mógł
odnieść wrażenie, że to Jarosław Kaczyński jest winien tego, że na posła
Platformy omal nie wykonano zamachu, ponieważ prezes PiS nie chce podać ręki
prezydentowi Komorowskiemu. To wszystko brzmi jak parodia, niestety. W sprawie
niepodważalnego, tragicznego wydarzenia po raz pierwszy chyba po 1989 roku
jesteśmy atakowani tak niesłychanym ciągiem dezinformacji. Od pierwszych
komentarzy mieliśmy do czynienia z próbą zamazania faktu, że mordu dokonano
właśnie w biurze PiS. Dziennikarze podsuwali mikrofony niemal wyłącznie
politykom partii rządzącej. Groteska sięgnęła zenitu we wtorek, kiedy poseł
Niesiołowski od rana do nocy opowiadał, jak to niemal nie zginął z rąk
"zamachowca-szaleńca". Potem jednak okazało się, że portier nie pamięta, żeby
Ryszard C. o coś pytał. Cała opowieść Niesiołowskiego jest niespójna.
Czemu więc ma służyć taki sposób przedstawiania rzeczywistości?
– Jeżeli mord łódzki i przekaz medialny dotyczący tego wydarzenia miały być
prowokacją, która zakładała rozhuśtanie emocji Polaków i zbudowanie atmosfery
narastającej grozy w państwie, to można uznać, że taki zamiar się powiódł. Po
katastrofie smoleńskiej dzieją się w kraju coraz bardziej niepokojące rzeczy.
Pamiętajmy, cały czas w tle wydarzeń, również w tle mordu łódzkiego, jest sprawa
tragedii w Smoleńsku. Po Smoleńsku jeszcze wyraźniej widać, jak niektóre fakty
są skwapliwie wykorzystywane w mediach, a konkretne działania dziennikarzy
powodują, że pewne wydarzenia są celowo rozdmuchiwane do potęgi, a inne, często
dużo ważniejsze, marginalizowane. Czemu służy więc praca setek dziennikarzy i
redakcji? W przypadku mordu łódzkiego widać, że służy ona różnym celom, ale nie
dociekaniu prawdy.
Tymczasem w mediach mamy wyraźny deficyt rzetelnego informowania i dociekania
tego, co jest faktem i co jest najważniejsze w tej sprawie…
– Ciągle za mało wiemy o zamachowcy, dziennikarze krążą tylko wokół wątku jego
rzekomego niezrównoważenia psychicznego. "Rzeczpospolita" poinformowała nawet,
że matka Ryszarda C. była chora psychicznie – tak jakby to wszystko wyjaśniało.
Poza tym jest wiele wątków niespójnych wewnętrznie, których media nie poruszają
– choćby ta kwestia, że Ryszard C. nie miał zezwolenia na broń, a ta, którą się
posłużył, była produktem "domowym", tzn. przeróbką broni. Był to więc człowiek,
który albo sam znał się na broni, albo zlecił przerobienie broni komuś innemu.
Ryszard C. poza tym wcale nie wyglądał na człowieka zaburzonego czy
niezrównoważonego psychicznie. Wręcz przeciwnie: wydawał się kimś bardzo
sprawnym fizycznie i w pełni świadomym tego, co się dzieje. Najbardziej wpływowe
media powinny zająć się wątkami szczególnie niepokojącymi, a nie notorycznym
informowaniem, że to nie był mord polityczny, i powtarzaniem tezy o chorobie
psychicznej mordercy. Przez groteskowe przedstawienie całej sprawy zostaje
rozbudzona atmosfera paniki i grozy w społeczeństwie – a przy okazji umyka
naszej uwadze to, że zginął działacz Prawa i Sprawiedliwości.
Winę za język agresji i nienawiści próbuje się skierować w stronę partii
opozycyjnej, zapominając o tym, że kilka miesięcy temu jeden z najostrzejszych
konfliktów narodził się po wypowiedzi Bronisława Komorowskiego.
– Krzyż na Krakowskim Przedmieściu był obrazem tego, w jakiej rzeczywistości
obecnie żyjemy. Otóż dziś nie wiemy, jaka sytuacja może być zapalnikiem, źródłem
konfliktu społecznego. Okazuje się, że może być nim każde, niemal najbłahsze
wydarzenie. Powstaje pytanie: czy to wszystko dzieje się przypadkowo i jaki jest
w tym udział dziennikarzy szerokiego nurtu. Przecież oni mogą bardzo realnie
wpływać na odbiór konkretnych wydarzeń. Również mordu łódzkiego.
Jak Pani ocenia metadebatę na temat brutalizacji języka politycznego, która
ostatnio wypiera z przekazu medialnego warstwę informacyjną?
– To jest debata o debacie w świecie postpolityki. Ale warto zwrócić uwagę na
jedną bardzo ważną rzecz. Wydarzenie, które stało się przedmiotem tej debaty, to
brutalne morderstwo dokonane na działaczu z konkretnej opcji politycznej przez
konkretnego uzbrojonego człowieka. Rodzą się w sposób naturalny pytania: Kim
jest ten człowiek? Jaką ma przeszłość? Pojawił się przecież fakt jego esbeckich
powiązań. Warto, zamiast brać debatę publiczną w cudzysłów i analizować, czym
ona jest, zająć się ludźmi, którzy byli funkcjonariuszami służb bezpieczeństwa.
I postawić pytanie, czym oni dzisiaj się zajmują, kim są i jak widzą siebie w
obecnej rzeczywistości. To jest, moim zdaniem, bardzo ważna sprawa, którą warto
się zająć. W normalnych krajach ostry dyskurs polityczny w parlamencie ma
zapobiec temu, by na ulicach "nie lała się krew" albo by nie dochodziło do
zamieszek. U nas natomiast jest odwrotnie: najpierw dochodzi do tragedii, a
dopiero potem politycy deklarują zmianę języka. Podsumowując: tragedia została
zmieniona w groteskę, a dziennikarze generują w dalszym ciągu mechanizm
podgrzewania atmosfery i nastrojów niepokoju. Pamiętajmy, w tle wszystkiego, co
dzieje się w kraju – jak miecz Damoklesa – zawisa nad nami kwestia ogłoszenia
raportu MAK w sprawie katastrofy w Smoleńsku. Można odnieść wrażenie, że komuś
bardzo zależy na tym, byśmy, zanim poznamy wyniki tego raportu, wcześniej
mentalnie i nie tylko mentalnie, ale dosłownie, się pozabijali. By można było
powiedzieć – no cóż, Polacy tacy są. To Naród skłócony i pogrążony w swoim
piekle.
Dziękuję za rozmowę.
