Dziedzictwo, które nie umiera

Z Gian Franco Svidercoschim, włoskim watykanistą, pisarzem, dziennikarzem
i scenarzystą, rozmawia Agnieszka Żurek

Przez wiele lat towarzyszył Pan jako dziennikarz w podróżach Ojca Świętego,
patrząc z bliska na świętego. Jaki aspekt duchowości Jana Pawła II był dla Pana
szczególnie ważny?

– Jan Paweł II był człowiekiem wielkiej wewnętrznej wolności. Jego mocna wiara i
zakorzenienie w Bogu dawały mu wolność w stosunkach z ludźmi. Ojciec Święty
nigdy nie przywiązywał się także do przedmiotów. Wystarczy zobaczyć, w jaki
sposób mieszkał w Watykanie. Żył na sposób niemalże franciszkański. Ta wolność
pozwalała mu jeździć po całym świecie i głosić wszędzie, gdzie się znajdzie:
"Nie lękajcie się!". Dzięki niej był także zdolny do wielkiej miłości okazywanej
każdej kobiecie i każdemu mężczyźnie. Każdego człowieka brał w obronę, nie
patrząc na to, czy miał on biały, czarny czy żółty kolor skóry, bez pytania o
to, czy jest on Chińczykiem, Polakiem czy Włochem, bez zastanawiania się nad
tym, czy jest on przedstawicielem tej czy innej partii. Kochał wszystkich tylko
dlatego, że byli dziećmi Bożymi. Myślę, że właśnie to zrozumieli wszyscy – także
wyznawcy innych religii niż chrześcijaństwo. To właśnie było wielkim nauczaniem
Papieża. Myślę, że rozumiał to także świat arabski – szanował tę wielką bliskość
Papieża z Bogiem, ale także jego sposób przeżywania choroby i cierpienia.

A także jego świętość?
– Kiedy ktoś mnie pyta, dlaczego Jan Paweł II jest święty, czym jest świętość,
odpowiadam słowami wielkiej świętej, przyjaciółki Jana Pawła II – Matki Teresy z
Kalkuty: "Świętość jest czynieniem woli Boga każdego dnia". Tak właśnie żył
Papież – pełnił wolę Bożą codziennie, w stosunkach z innymi ludźmi, w decyzjach
politycznych, we wszystkim, co robił. Myślę, że jego świętość zamanifestowała
się najpełniej w okresie cierpienia i choroby. Był świadkiem Ewangelii aż do
końca, bez obawy pokazywania nawet swojego chorego już przecież ciała. Dał tym
samym wspaniałą lekcję temu światu, który ceni tylko tych, którzy są młodzi,
piękni i wydajni. Jan Paweł II natomiast pokazał, że życie ma różne momenty. Sam
Ojciec Święty tego doświadczył – z początku był przecież młodym Papieżem, na
cześć którego wiwatowano, którego witano aplauzami, później jednak się zestarzał
– nie mógł chodzić, a w końcu i mówić. A przecież ciągle był tym samym Papieżem
– Bożym człowiekiem.

I wciąż nim jest – Ojciec Święty żyje zarówno w wymiarze obcowania świętych,
jak i w naszej pamięci?

– We Włoszech ukazała się moja książka "Papież, który nie umiera". Została ona
wydana także w Polsce półtora roku temu. Pytałem wydawcę, czy zostanie
wznowiona, ale dowiedziałem się, że nie – nie bardzo rozumiem, z jakiego powodu.
We Włoszech nadal jest bardzo popularna. Możemy w niej przeczytać o tysiącach
ludzi, którzy pielgrzymują do grobu Ojca Świętego. Różni ludzie przychodzą
odwiedzać Papieża, dzieci piszą do niego listy, rozmawiają z nim – tak, jakby
nadal żył. I on rzeczywiście nadal żyje. Ludzie rozmawiają z nim w normalny
sposób, tak jak z bliską osobą. Jeździłem trochę po Włoszech i po świecie.
Niesamowite jest to, jak bardzo żywa jest pamięć o Janie Pawle II. Kiedy
wygłaszam gdzieś konferencję i kiedy na końcu proszę o pytania z sali, nie
słyszę pytań, ale świadectwa. Ktoś opowiada o tym, że widział Papieża z daleka,
ktoś o spotkaniu z nim z bliska… I zawsze w końcu pojawia się ktoś, kto
podchodzi do mnie i mówi cicho: "Ten człowiek w pewnym momencie miał decydujący
wpływ na moje życie". Nie zawsze opowiada, w jaki sposób się to stało, ale
zawsze są to niesamowite spotkania. Myślę, że to prawdziwe cuda Jana Pawła II.
Niedługo jadę na Sycylię, do Messyny. Za każdym razem, kiedy tam jeżdżę,
odwiedzam uniwersytety, szkoły, przedszkola, dzieci zadają mi pytania…
Zainteresowanie osobą Ojca Świętego jest niewiarygodne. Jan Paweł II także mi
pomaga w byciu odważnym w wierze.

Właśnie – odwaga. Czy często zdarza się Panu rozmawiać z kimś, komu Ojciec
Święty w szczególny sposób dodał odwagi?

– Słowa o odwadze zabrzmiały szczególnie mocno podczas pierwszej pielgrzymki
Jana Pawła II do Ojczyzny. Były one później przytaczane także przez Annę
Walentynowicz, która zginęła w katastrofie smoleńskiej. Mówiła ona: "Papież
dodał nam odwagi. Podnieśliśmy głowy". Słowa Jana Pawła II dotyczyły jednak nie
tylko Polski, gdzie rok po jego pielgrzymce narodziła się "Solidarność", ale
także innych stron świata. Pamiętam, kiedy Papież w 1983 roku pojechał na Haiti.
W tym czasie rządził tam dyktator. Jan Paweł II spędził na wyspie tylko jeden
dzień. Na plac, gdzie odbywała się Msza Święta, przyszło pół miliona
mieszkańców. Po raz pierwszy mieli okazję się spotkać. Patrzyli na siebie i
mówili: "Jest nas bardzo wielu!". A potem Papież zaczął mówić. W przemówieniu
wprost wyraził swoje stanowisko. Zrobił to w iście słowiański sposób i jako
myśli przewodniej użył hasła Kongresu Eucharystycznego, który odbył się niedawno
na Haiti: "Coś musi się tutaj zmienić". Papież mówił o tej potrzebie zmiany,
używając jednak terminologii kościelnej. Hasło kongresu powracało w papieskim
przemówieniu kilkakrotnie. Niektórzy z obecnych wtedy na placu stopniowo zaczęli
pojmować znaczenie tego zdania, także w kontekście politycznym. Stopniowo
zaczęto uderzać w tamburyny, krzyczeć – dzięki temu także inni zgromadzeni
ludzie zaczęli rozumieć inny wymiar słów Ojca Świętego i odnosić je do swojej
sytuacji społecznej – żyli przecież pod rządami dyktatora, cierpieli nędzę.
Papież z kolei zrozumiał, że jego komunikat został odczytany w ten właśnie
sposób. Ilekroć zatem powtarzał słowa: "Coś musi się tutaj zmienić!", wypowiadał
je w sposób bardzo mocny. Plac zamienił się niemalże w miejsce rewolucji. Kiedy
Papież wyjeżdżał, dyktator Haiti Jean-Claude Duvalier zwrócił się do Ojca
Świętego: "Proszę coś powiedzieć przed wyjazdem, inaczej dojdzie tutaj do
rewolucji. Wasza Świątobliwość poderwał tych ludzi, nie wiadomo, co sobie
zaczęli myśleć". Papież natomiast odpowiedział: "Nie. Nie powiem nic". I dodał:
"Bo tutaj coś musi się zmienić!". I rzeczywiście, na Haiti wybuchła rewolucja i
doszło do obalenia rządów dyktatora.

Niektóre wydarzenia, w których uczestniczył Papież, były spektakularne, inne
– prawie niewidoczne, a jednak bardzo ważne.

– Jako przykład mogę podać zdarzenie, które nie miało nic wspólnego z polityką
ani z wielkimi gestami. Dla mnie jednak jest to jedno z najpiękniejszych
wspomnień związanych z Ojcem Świętym. Jako wicedyrektor "L´Osservatore Romano"
widziałem to wydarzenie z bliska. Jeśli się nie mylę, było to w 1984 roku.
Papież odbywał długą pielgrzymkę po Kanadzie. Pierwszym miejscem, które
zaszczycił swoją obecnością, było miasto St. John´s. Ojciec Święty odwiedził tam
szpital. Wysiadł z helikoptera i udał się do budynku, przed którym czekali już
na niego ludzie. Byłem świadkiem pięknej sceny. W całym tym tłumie stała młoda
kobieta z dzieckiem, dziewczynką, którą trzymała na rękach. Za nią stał młody
chłopak, prawdopodobnie jej mąż. Papież, otoczony przez tłum ludzi, nagle
zatrzymał się, skręcił w lewo i podszedł właśnie do tej młodej kobiety. Objął ją
i dziecko, porozmawiał z nią. Mąż kobiety stał z boku, zrozumiał, że oto
rozgrywa się scena między Papieżem, matką i dzieckiem. Była to cudowna scena,
którą ta kobieta na pewno zapamięta na całe życie i o której będzie opowiadać
swojej córce. Był to Papież, który zmienił całe oblicze świata, a jednocześnie
stale był czuły na pojedynczego człowieka, zawsze gotów poświęcić mu uwagę.

Czy zdarzył się w Pańskim życiu moment, kiedy Papież dodał odwagi Panu
osobiście?

– Zostałem dziennikarzem jako młody człowiek. Pracowałem dla włoskiej agencji
prasowej, ANSY. Miałem 20 lat. Wysłano mnie do Paryża, abym spróbował swoich sił
w roli korespondenta. Przygotowywałem się do wyjazdu, gdy dowiedziałem się, że
Pius XII jest umierający. Było to w 1958 roku. Zostałem wezwany przez dyrektora
Agencji, przekonanego, że świetnie znam się na zagadnieniach dotyczących
religii. Wysłał mnie zatem, żebym pomógł innym kolegom relacjonować wydarzenia.
Każdy kolejny Papież odegrał pewną rolę w moim życiu duchowym. Ważnym Papieżem
był dla mnie także Paweł VI. Był on człowiekiem wielkiego formatu
intelektualnego, kończył zawsze swoje wypowiedzi stawianiem ważnych pytań. To
zobowiązywało do myślenia o swojej wierze i nie tylko. Wybór ks. bp. Karola
Wojtyły na Papieża także mnie ucieszył. Znałem go już wcześniej. Cieszyłem się
także, że na Stolicę Piotrową został wybrany Polak – moi przodkowie mają polskie
pochodzenie, czułem zatem, że z nowym Ojcem Świętym łączą mnie prawie więzy
krwi. Papież dał mi coś bardzo prostego, a zarazem ważnego – odwagę w wierze.
Miało to znaczenie także w wykonywaniu mojego zawodu, w dziennikarstwie.

Czy Jan Paweł II pomógł Panu podjąć jakąś ważną decyzję?
– Mój zawód traktowałem jako misję ewangelizacyjną już wcześniej, dopiero jednak
poznanie duchowości Ojca Świętego pozwoliło mi bardziej się zaangażować, być
bardziej wolnym. Dzięki niemu także czułem się tak wolny, że po zaledwie dwóch
latach piastowania stanowiska wicedyrektora "L´Osservatore Romano" zrezygnowałem
z tej pracy, ponieważ stwarzała mi ona zbyt wiele ograniczeń. Podjąłem decyzję o
zmianie pracy. Za mój wybór oczywiście nie ponosi odpowiedzialności Papież. W
Watykanie, aby dostać się do Ojca Świętego, trzeba pokonać łańcuch osób, które
go otaczają. Ja tymczasem byłem dziennikarzem i chciałem wykonywać swój zawód.
Zacząłem więc pracować "na zewnątrz" i dzięki temu mogłem zrobić więcej, niż
pracując w samym Watykanie.

Czy prosił Pan kiedyś Papieża o radę?
– Nie. Tym, co najmocniej zapadło mi w pamięć, były podróże u jego boku, ale
także rozmowy przy kolacji, w których uczestniczył oprócz mnie ks. kard.
Stanisław Dziwisz i dyrektor "L´Osservatore Romano". Te rozmowy były proste,
zwyczajne. Zdarzało się, że to Papież prosił o radę – jeśli wiedział, że ktoś
się na czymś zna lepiej niż on, po prostu pytał. Jan Paweł II był pokorny, umiał
przepraszać, kiedy wydawało mu się, że popełnił błąd. Była w nim także wielka
ciekawość świata.

Za czym Pan najbardziej tęskni, kiedy myśli o Janie Pawle II?
– Brakuje mi jego wiary, ale także jego poczucia humoru. Historia, którą
opowiem, obrazuje duchowość Ojca Świętego lepiej niż niejedno orędzie czy
encyklika. Pokazuje wprost, jakim był człowiekiem. Było to w pierwszych dniach
lipca 1992 roku. Papież powiedział w orędziu w czasie modlitwy "Anioł Pański":
"Módlcie się za mnie, bo muszę iść do szpitala na operację". Samo to było już
wyjątkowe – wcześniej Papieże nie dzielili się z wiernymi informacjami o swoim
stanie zdrowia. Ojciec Święty miał poddać się operacji usunięcia nowotworu
jelita. Po operacji pojechał do Castel Gandolfo na rekonwalescencję. Za każdym
razem, kiedy tam przebywał, odwiedzał go któryś z gości przebywających w Rzymie
– dostojników świeckich bądź duchownych. Tak było i tym razem. Odwiedził go
nuncjusz apostolski któregoś z krajów afrykańskich. Biskup ten opowiedział
Papieżowi, z jakimi problemami boryka się kraj, w którym sprawuje nuncjaturę.
Były to poważne problemy polityczne dotyczące rządów dyktatorskich na tym
terenie. Kiedy nuncjusz ów żegnał się z Papieżem, zapytał go: "Czy Wasza
Świątobliwość czuje się lepiej po operacji?". Papież odpowiedział: "Tak, czuję
się już lepiej". Biskup kontynuował jednak: "Ojcze Święty, ale czy na pewno?". –
"Tak". "Ojcze Święty, ale ja nie pytam tylko kurtuazyjnie". Papież zaczął się
zastanawiać: "Dlaczego ten biskup ciągle pyta mnie o to samo, przecież wie, że
byłem operowany, że nowotwór miał wielkość jabłka, że nie mogłem z tego powodu
udać się na pielgrzymkę do Ameryki Łacińskiej…". Kiedy Ojciec Święty po raz
kolejny usłyszał słowa: "Wasza Świątobliwość musi wierzyć w to, że czuje się
lepiej niż przed operacją", położył biskupowi rękę na ramieniu, spojrzał mu w
oczy i powiedział: "Ekscelencjo, a dlaczego zatem Ekscelencja także nie podda
się operacji?".

Ojciec Święty umiał cieszyć się życiem?
– Papież był zakochany w życiu. Mówił mi, że każdego poranka, kiedy się budził,
mówił: "Dzięki Ci, Panie, że dałeś mi kolejny dzień życia". Obok wszystkich
"oficjalnych" wypowiedzi na temat pontyfikatu Ojca Świętego powtarzam zawsze:
"To był człowiek Boży i zarazem głęboko ludzki, w każdym wymiarze swojego życia.
I został świętym". Przekonuję się coraz mocniej o tym, że tak bardzo zachwycamy
się Papieżem, bo był on tak bardzo normalny. My za to jesteśmy coraz mniej
normalni i coraz mniej normalnych ludzi nas otacza. Papież tymczasem był osobą
zupełnie normalną, miał zwyczajne emocje, kochał Boga tak jak kocha się
człowieka. Także jego wiara była zupełnie zwyczajna. Nie czekał jak święty
Tomasz na to, aż stanie się świadkiem cudu. Wiara była dla niego czymś
codziennym, czymś, co można praktykować w każdym zawodzie, w każdej rodzinie i w
każdej chwili dnia. Ojciec Święty był osobą zupełnie przejrzystą. Nie jesteśmy
do takiej przejrzystości przyzwyczajeni. Podkreślił to podczas procesu
beatyfikacyjnego także postulator ks. Stanisław Oder. Jan Paweł II był dokładnie
taką samą osobą w życiu prywatnym, jak w życiu publicznym. W październiku 1979
roku, kiedy minęła pierwsza rocznica jego pontyfikatu, zamiast pisać o rzymskich
obchodach tej rocznicy, pojechałem do Polski i stamtąd podsumowywałem pierwszy
rok papieskiego pontyfikatu. Zapytałem sekretarza Konferencji Episkopatu Polski
ks. bp. Bronisława Dąbrowskiego: "Ekscelencjo, czy Ojciec Święty zmienił się
przez ten rok? Czy jest innym człowiekiem niż wtedy, kiedy był arcybiskupem
krakowskim?". Biskup odpowiedział: "Ojciec Święty robi to samo, co wcześniej,
kiedy stał na czele archidiecezji krakowskiej. Odwiedza parafie, spotyka się z
nowożeńcami, podróżuje. Robi to samo. Ale zarazem jest zupełnie innym
człowiekiem niż wcześniej. Dlaczego? Dlatego że jeśli to samo, co wcześniej
robił arcybiskup Krakowa, teraz robi Papież, jeśli wszystkie swoje polskie
doświadczenia przenosi na Stolicę Piotrową, sprawia to, że staje się Papieżem
innym od wszystkich swoich poprzedników".

Dostrzega Pan, że lata spędzone w Polsce miały fundamentalne znaczenia dla
przyszłego Ojca Świętego i przygotowały go do pełnienia misji głowy Kościoła?

– Wszystkie wielkie czyny i wielkie gesty Papieża mają swoje źródło w Polsce.
Jego zaangażowanie w obronę praw człowieka narodziło się z jego doświadczenia
nazizmu II wojny światowej i komunizmu. Jego relacje z młodymi ludźmi, Światowe
Dni Młodzieży wypływają z praktyki katechez głoszonych studentom w Krakowie.
Jego relacje z judaizmem, fakt, że był pierwszym Papieżem, który przekroczył
próg synagogi, mają swoje źródła w Wadowicach, gdzie młody Karol Wojtyła
przyjaźnił się z Żydami. Z polskiego doświadczenia wypływała także jego pasja
podróżowania. Po świecie jeździł często w imieniu kardynała Stefana
Wyszyńskiego, który mówił mu: "Ja jestem Prymasem, powinienem być tu, na
miejscu", i wysyłał ks. bp. Wojtyłę jako swojego reprezentanta. Jan Paweł II był
zatem przygotowany do misji pielgrzymowania. Także to, za co Ojciec Święty był z
początku krytykowany, to znaczy wyznanie win Kościoła i prośba o przebaczenie,
było takim samym aktem – z użyciem tych samych prawie słów – jaki dokonał się po
Soborze Watykańskim II, kiedy polscy biskupi zwrócili się do Episkopatu Niemiec
z listem, w którym pisali: "Wybaczamy i prosimy o wybaczenie". Całe swoje
polskie doświadczenie Ojciec Święty przeniósł zatem do Watykanu. Było to czymś
absolutnie wyjątkowym.

Idea wielkiego jubileuszu także została przez Ojca Świętego zaczerpnięta od
kardynała Wyszyńskiego?

– Tak, oczywiście. Było to przeniesienie w wymiar światowy tego, czego dokonał
kardynał Wyszyński w Polsce podczas Milenium, narodowych rekolekcji na
tysiąclecie chrztu Polski. Być może jesteśmy mało świadomi wagi wielkiego
jubileuszu. Dla Ojca Świętego był to moment decydujący w życiu Kościoła. Już w
Krakowie rozmawiał z biskupami o "nowym Adwencie". Pisał o tym także w swojej
pierwszej encyklice. Jego zdaniem, jubileusz dwóch tysięcy lat upływających od
chwili wcielenia Chrystusa powinien oznaczać zmianę w Kościele. Jeśli prześledzi
się uważnie historię pontyfikatu Jana Pawła II, to można odkryć, że wszystkie
wydarzenia były podporządkowane temu wielkiemu jubileuszowi, który stawiał sobie
za cel odnowę moralną i duchową Kościoła, jego przygotowanie do pełnienia dzieła
nowej ewangelizacji. Tę rolę pełniło wyznanie win, pielgrzymki, nawiązanie więzi
z innymi religiami… Wszystko to miało na celu przygotowanie Kościoła do
wejścia w trzecie tysiąclecie jako bardziej przejrzystego, oczyszczonego,
bardziej duchowego. I rzeczywiście – kiedy podczas konklawe stało się jasne, że
możliwy jest wybór Polaka na Stolicę Piotrową i że istniało – jak zawsze –
ryzyko, iż kandydat może odmówić, kardynał Wyszyński powiedział Karolowi
Wojtyle: "Musisz zaakceptować wybór, bo to ty masz wprowadzić Kościół w trzecie
tysiąclecie". I w istocie to właśnie stało się celem i zadaniem Jana Pawła II.
Widać to także w jego testamencie duchowym. Jest on inny niż testamenty jego
poprzedników. Pisał go długo, każdego roku przed Wielkanocą dodawał do niego
jakąś myśl, przypominając także w krótkiej refleksji wydarzenia mijającego roku.
Testament Ojca Świętego kończy się w roku 2000. Później nie pisze on już nic.
Wypełnił swoją misję.

Jakie zadanie należy teraz do nas, jakie owoce powinna przynieść beatyfikacja
Ojca Świętego?

– Podtytuł mojej książki "Papież, który nie umiera" brzmi: "Dziedzictwo Jana
Pawła II". Ojciec Święty pozostawił po sobie dziedzictwo, które może pomóc
współczesnemu Kościołowi odzyskać siły i stać się prawdziwym głosicielem
Ewangelii Chrystusowej. Jan Paweł II był Papieżem-siewcą. Siał i nie odwracał
się za siebie, żeby sprawdzić, czy roślinka czy też drzewo już urosło. Szedł
naprzód. Pozostawił Kościół odnowiony w każdym wymiarze – bardziej duchowy,
bardziej skoncentrowany na Słowie Bożym, bardziej otwarty na świeckich,
nieskoncentrowany na układaniu dobrych stosunków ze światowymi potęgami, ale na
obronie praw człowieka. Do nas należy przyjęcie jego dziedzictwa – po to, żeby
odnaleźć – jak mówił sam Ojciec Święty – odwagę życia wiarą w dzisiejszym
świecie, bez lęku i bez kompleksów. Kiedy byłem w Polsce, widziałem wiele szkół,
ulic czy boisk sportowych nazwanych imieniem Jana Pawła II. Widziałem wiele jego
pomników. Za każdym razem, kiedy polscy dziennikarze zadają mi pytania o
dziedzictwo Ojca Świętego, odpowiadam, że nie wystarczy nazywać jego imieniem
szkół i stawiać mu pomniki. Trzeba przyjąć to, co pozostawił, przyjąć Kościół.

Polska bardzo czeka na beatyfikację Ojca Świętego – szczególnie po
katastrofie smoleńskiej Polakom bardzo jest potrzebne wsparcie i nadzieja.

– We włoskiej wersji mojej książki "Papież, który nie umiera" zostało
opublikowane moje zdjęcie z Papieżem. Bardzo je lubię, gdyż zrobiono je w
szczególnym momencie – 1 stycznia 1983 roku. W Polsce trwał wtedy stan wojenny.
Wszyscy doradzali Papieżowi, żeby zrezygnował z pielgrzymki zaplanowanej na
czerwiec, mówiąc mu, że mogłaby ona zostać odczytana jako swego rodzaju
legitymizacja reżimu Jaruzelskiego. Byłem w tym czasie w Polsce i tuż po moim
powrocie do Rzymu powiedziałem Janowi Pawłowi II, że moim zdaniem Polska jest w
dużym niebezpieczeństwie, ponieważ wraz z narodzinami "Solidarności" zaczęła
oddychać wolnością i po tym, kiedy Jaruzelski zdusił tę wolność, wprowadzając
stan wojenny, nie będzie potrafiła już żyć inaczej, może umrzeć. Papież zapytał:
"I co trzeba teraz zrobić?". Odpowiedziałem: "Jest tylko jedna rzecz, którą
można zrobić. Ktoś, kto jest osobą wiarygodną dla wszystkich Polaków, powinien
przekazać im słowa nadziei". Od tego momentu oczy Papieża zaczęły przybierać
nieco ironiczny wyraz. Zapytał: "A kim jest ta osoba?". Odpowiedziałem: "Ojcze
Święty, Wasza Świątobliwość wie, że o nim myślę". To przecież portret Ojca
Świętego został umieszczony na płocie okalającym Stocznię Gdańską podczas
strajków, tuż obok ikony Czarnej Madonny. Ojciec Święty – wciąż patrząc na mnie
nieco ironicznie – powiedział: "Ale przecież wszyscy mówią, że nie powinienem
jechać do Polski". Odpowiedziałem: "Ojcze Święty, nie cofnął się Ojciec nigdy, w
żadnych okolicznościach. Wasza Świątobliwość ma do obrony nie tylko swoją
Ojczyznę, ale cały cywilizowany świat. Czy może Wasza Świątobliwość czegoś się
obawia?". Papież zbliżył się, objął mnie i szepnął na ucho: "Ja już
zdecydowałem, że pojadę do Polski". Według mnie, wtedy odrodziła się Europa.
Podczas tej pielgrzymki Jan Paweł II powtarzał na wszystkie możliwe sposoby
słowo "solidarność". Został "upomniany" przez władze PRL, że powinien przemawiać
w sposób bardziej "umiarkowany", nie używać słowa "solidarność". Ojciec Święty
powiedział: "Jeśli nie mogę mówić do mojego ludu tak, jak chcę, wsiadam do
samolotu i wracam do Rzymu". Władza ludowa pozostała bezradna.

Teraz także Ojciec Święty nas nie zostawi.
– Tak. I miejmy nadzieję, że wielu biskupów i świeckich będzie miało odwagę
pójść jego drogą. I że będziemy umieli coraz bardziej być godni Jana Pawła II.

Dziękuję za rozmowę.

 


Gian Franco Svidercoschi był korespondentem podczas Soboru Watykańskiego II.
Pracował dla miesięcznika "L´Osservatore Romano". Jest autorem zapisu wspomnień
Ojca Świętego Jana Pawła II pod tytułem "Historia Karola Wojtyły", na podstawie
których powstały scenariusze filmów "Karol. Człowiek, który został papieżem"
oraz "Karol. Papież, który pozostał człowiekiem". Po śmierci Jana Pawła II
przeprowadził wywiad z ks. kard. Stanisławem Dziwiszem, który stał się kanwą
bestsellerowej książki "Świadectwo".

drukuj