Dziecko to wielkie szczęście

W Polsce rodzi się coraz mniej dzieci. Zdominował nas model rodziny dwa plus jeden. Młodzi ludzie myślą raczej o karierach zawodowych, dorabianiu się niż o zakładaniu rodziny. Wiele małżeństw poprzestaje na jednym dziecku. Choć nieco się w tym kierunku ostatnio zmienia, to o rodzinach wielodzietnych wciąż mówi się z ironicznym uśmiechem albo wciska w kontekst patologii. A przecież rodzina – szczególnie ta liczna – jest źródłem spełnienia się i szczęścia rodziców.

Dom państwa Cieślaków w Woli Chomejowej, aczkolwiek niewielki, nie robi wrażenia przepełnionego. Choć w rodzinie jest ośmioro dzieci, chętnie odwiedzają ich krewni i znajomi, dzieciaki z sąsiedztwa też lubią tu przychodzić i pobyć w ciepłej, domowej atmosferze. Każdy witany jest z radością, dla każdego znajdzie się otwarte serce i czas.

Właśnie wpadła dziś Weronika i zasiedziała się do wieczora. Nie ma rodzeństwa, więc chętnie przebywa w towarzystwie córek państwa Cieślaków. – Chociaż ma w swoim domu lepsze wygody i smaczniejsze posiłki, jest u nas częstym gościem – serdecznym gestem pani Kazimiera zaprasza do pokoju. Pomieszczenie umeblowane jest bardzo funkcjonalnie: przy jednej ścianie stoi obszerna meblościanka, przy pozostałych – tworzące rodzinny krąg fotele, pufy i kanapy, na których pomieści się wiele osób – cała rodzina i jeszcze goście. Oprócz tego stolik, który wystawia się na środek pokoju, gdy gospodarze zapraszają na herbatę. Na ścianach wiszą obrazki komunijne.

– Oboje z mężem lubimy dzieci. Ale gdy wychodziłam za mąż nie myślałam, że będę miała ośmioro dzieci i że poradzę sobie z tak liczną rodziną. Jednak mimo niepokojów, każde kolejne przyjmowaliśmy jako dar Pana Boga ufając, że Ten, który nam je dał, pomoże je również wychować – mówiąc to, pani Kazimiera ogarnia wzrokiem swoje pociechy. Wyraźnie widać, że oboje z mężem są dumni ze swej gromadki. Trudno się dziwić: dziewczęta jak malowanie, chłopcy rośli, przystojni. Dwie najstarsze córki: 22-letnia Edyta i 21-letnia Ewa wprawdzie już wyprowadziły się z domu i pracują w Warszawie, jednak pozostała szóstka mieszka z rodzicami i uczy się w okolicznych szkołach. Wszyscy są zdolni, nie mają problemów z nauką, za to każdy ma odrębne zainteresowania i odnosi sukcesy w różnych dziedzinach.


Nie czują się gorsze


Wioletta – uczennica trzeciej klasy gimnazjum – jest bardzo obowiązkowa (mama podsuwa mi jej dyplom zdobyty za stuprocentową frekwencję w szkole), zaradna, energiczna, lubi pracować w domu i gospodarstwie. – Zna się na gospodarce, lubi zwierzęta – charakteryzuje ją tata. Z kolei Iwona, ucząca się w technikum gastronomicznym, jest cicha, spokojna, choć również bardzo pogodna. Zajęła pierwsze miejsce w szkolnym konkursie literackim „Moja mała ojczyzna”. 14-letni Paweł pasjonuje się sportem, odnosi sukcesy przede wszystkim w biegach. Radek, uczeń IV klasy Technikum Agrobiznesu, w tym roku zdaje maturę, planuje studia. Mama z dumą pokazuje puchar, który zdobył na zorganizowanym przez KRUS konkursie „W rolnictwie można pracować bezpieczniej”. Latem odbył 4-miesięczną praktykę w Szwajcarii. Tomasz kończy rolniczą szkołę zawodową, ma zamiar kontynuować naukę w technikum.

Mojej rozmowie uważnie przysłuchuje się Beata. Gdy proszę, by powiedziała coś o sobie, okazuje się, że ma zainteresowania humanistyczne, jej pasją jest pisanie, nie tylko wypracowań szkolnych. – Beata pisze także wiersze – zdradzają siostry. Zdobyła I miejsce w konkursie na temat: „Osoba i dziedzictwo nauczania kardynała Stefana Wyszyńskiego”. Może się poszczycić tytułem „super-orto”, czyli mistrza ortografii. Na razie uczy się w II klasie liceum ogólnokształcącego, marzy o studiach dziennikarskich lub turystycznych.

– Nasze dzieci nie mają kompleksów i nie czują się gorsze dlatego, że pochodzą z licznej rodziny. Jeśli się czymś wyróżniają, to tym, że nie mamy z nimi problemów wychowawczych – mówi pani Kazimiera. – Nie mają czasu na głupoty. Od małego musiały się uczyć pracowitości, samodzielności i odpowiedzialności – dodaje pan Mirosław.


Jestem w siódmym niebie


Pani Kazimiera przyznaje, że od znajomych nie raz słyszała: „Tobie to dobrze. Masz takie wspaniałe dzieci. Tyle ci pomagają…”. – To prawda – potwierdza. – Teraz ja mam w nich wsparcie i pomoc. Ale najpierw trzeba było na ich urodzenie i wychowanie poświęcić kawałek życia. Dzieci rodziły się co rok. Na szczęście bez komplikacji, wszystkie były zdrowe, wcześnie chodziły spać, nie budziły się w nocy. Opieka nad liczną gromadką – dbanie o to, by dzieci miały, co jeść i w co się ubrać – to jedno, wcale niełatwe zadanie, tym bardziej, że w domu nie było pralki i bieżącej wody. Nie słyszało się wtedy o pampersach. Oprócz tego, trzeba było jeszcze „chodzić wokół gospodarstwa”. A ponieważ było ono niewielkie, mąż dorabiał jako murarz na budowach, co wiązało się z nieobecnością w domu. Jak sobie z tym wszystkim poradziła? Pani Kazimiera dłuższą chwilę milczy, wreszcie stwierdza: – Nie wiem. Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Po prostu każdego dnia rano wstawałam i robiłam to, co trzeba było zrobić. A Pan Bóg w tym wszystkim dopomagał. I jakoś szło.

Do domu państwa Cieślaków przybywają nowi goście: pani Agnieszka Kułak z mężem i małą Kasią. Chce się pochwalić kuzynce córeczką. Kasia natychmiast znajduje grono opiekunek, a pani Agnieszka włącza się do rozmowy. – Lubię przyjeżdżać do Kazi, bo panuje tu jakaś szczególna atmosfera. Czuje się, że rodzina emanuje szczęściem – opowiada, popijając herbatę. Sama się zastanawia, jak można sobie radzić z codziennym trudem wychowywania tak licznej gromadki dzieci, a jednocześnie zachować optymizm, radość życia, pogodę ducha, otwartość na innych. – Kuzynka zawsze miała zdrowe podejście do życia i silny charakter. Potrafiła zachować umiar i psychiczny dystans wobec codziennych problemów – to na pewno bardzo jej pomogło. Zresztą, niech pani popatrzy: czy widać po niej, że jest matką ośmiorga dzieci?

Muszę przyznać, że na twarzy pani Kazimiery nie widać zmęczenia: oczy promienieją radością, na gładkiej, zdrowej cerze nie ma śladu zmarszczek. Gdy pytam o najradośniejsze chwile w życiu, mówi, że jest ich tak wiele, że trudno wymienić. Najbardziej cieszy ją to, że rodzina trzyma się razem. – Przed kilkoma dniami obchodziłam imieniny. Każde z dzieci pamiętało, dostałam życzenia, kwiaty – skinieniem głowy wskazuje na kilka stojących na półce doniczek kwitnących azalii i fiołków alpejskich oraz flakon z tulipanami. Gdy niedawno przebywałam za granicą, córki co dzień do mnie dzwoniły, pytając jak się czuję.

Gdy zapytałam, czy nie miała przykrości z powodu sporej gromadki dzieci, czy nie słyszała cierpkich uwag na temat swojej licznej rodziny, nagle jej dotąd roześmiane oczy wypełniają się łzami, głos się załamuje. Po chwili jednak wraca do siebie. – Było tego trochę, córka też słyszała docinki. Ale to już przeszłość. Teraz ci sami mi zazdroszczą. W rodzinie czuję się jak w siódmym niebie. Po chwili dodaje: – To prawda, że liczna rodzina to więcej pracy, poświęcenia, wyrzeczeń, niepokoju, czasem – niedostatku. Ale o tym się zapomina. Ktoś powiedział, że gdy się ocali jedno życie, to tak jakby się ocaliło świat. A przecież dać komuś życie, to znaczy przynajmniej tyle samo. Nie rozumiem tych, którzy zabijają nienarodzone dzieci, porzucają noworodki gdzieś w reklamówkach. Większym ciężarem i dźwiganym do końca życia są wyrzuty sumienia niż nawet bardzo ciężka praca dla dzieci, które przecież dorastają, usamodzielniają się, pomagają, wnoszą w życie radość i szczęście.


Każde dziecko jest inne


Państwo Barbara i Jarosław Ejsmontowie mieszkają w Radzyniu Podlaskim. Mają czworo dzieci: Michał uczy się w II klasie gimnazjum, Kasia w tym roku kończy szkołę podstawową, Kuba jest w II klasie, w tym roku przystąpi do Pierwszej Komunii Świętej, Szymon uczęszcza do przedszkola, ale już zaczyna kompletować przybory szkolne. Z dumą pokazuje granatowy plecak, który otrzymał jako nagrodę w Międzynarodowym Konkursie Twórczości Plastycznej Dzieci i Młodzieży „Dziecko i pies”. Za swoją piękną pracę otrzymał także wielki medal. Miał wtedy trzy lata.

Na hasło: „konkursy plastyczne” wszyscy młodzi Ejsmontowie przynoszą swoje najpiękniejsze prace, również nagrodzone – na konkursach krajowych i wojewódzkich. Kasia podarowała mi przyozdobiony jej obrazkiem kalendarzyk na 2007 r. wydany przez Związek Ochotniczych Straży Pożarnych. Pani Barbara nie potrzebuje przynosić swych obrazów, bo zdobią one ściany salonu. Malowanie to wspólna pasja dzieci. To, co jeszcze je łączy, to wesołe iskierki w oczach. – No i wszyscy czterej mężczyźni w naszej rodzinie urodzili się w niedzielę – podkreśla pan Jarosław. – Oprócz tego każde dziecko jest inne – pod względem charakteru, temperamentu, zainteresowań – dodaje pani Barbara. Po każdych narodzinach trzeba się uczyć dziecka od nowa. Ale doświadczenia zebrane przy wychowywaniu własnych dzieci bardzo pomagają jej w pracy zawodowej. Jako matka lepiej rozumie swoich uczniów, potrafi więc stawiać im racjonalne wymagania.


Dać szczęście drugiej osobie


Rodzice przyznają, że wiele osób zazdrości im szczęścia. Nie zawsze tak było. Po narodzinach najmłodszego synka zdarzały się uszczypliwe uwagi co do liczby dzieci w rodzinie. – Ale się tym nie przejmowaliśmy. Trzeba mieć zdrowy dystans do tego, co inni mówią, a także – różnymi metodami głoszą w mediach, gdzie na jednym oddechu mówi się o rodzinach wielodzietnych i patologicznych. Należy świadomie podejmować życiowe decyzje i być w tym konsekwentnym. „Psy szczekają, karawana jedzie dalej” – komentuje pan Jarosław.

Na pytanie, jaka jest recepta na szczęście rodzinne, odpowiada: – Jak najmniej egoizmu, jak najwięcej nastawienia na drugą osobę. Jeśli przyjmie się za cel dać szczęście drugiej osobie, zauważa się jej potrzeby, otacza się szacunkiem i troską, to samemu się na tym zyskuje. Druga sprawa, to odpowiedzialne wychowywanie dzieci: tu muszą być jasno określone zasady. Dla przykładu: w domu jest komputer, ale dzieci mogą z niego korzystać tylko w weekendy i tylko pod naszą kontrolą. Niezbędny jest wspólny front między rodzicami i konsekwencja podyktowana mądrą miłością, a nie tylko zwykłym legalizmem: tak musi być, bo ja tak karzę.

Szymek okrąża stół, dźwigając swój piękny plecak i futerał z medalem. Kuba wdrapał się na kolana mamy i wtulił w jej ramiona. Z obojga promieniuje miłość i szczęście. Czy dokonuje się to kosztem rezygnacji z realizacji ambicji zawodowych? Czy posiadanie większej gromadki dzieci musi oznaczać przekreślenie kariery? Niekoniecznie. Oboje rodzice czują się spełnieni w swej pracy zawodowej. – Choć wiadomo, że zaangażowanie w życie domowe przy licznej rodzinie musi być większe, nigdy nie czułam się przemęczona czy poszkodowana. Zawsze miałam wielkie wsparcie w mężu. Nigdy się na nim nie zawiodłam – wyznaje pani Ejsmont.

– Nie rozumiem też kobiet, które występują przeciw życiu dziecka pod hasłem: „Mój brzuch to moja sprawa”. Przecież nie chodzi tu o czyjś brzuch, ale o życie człowieka – odrębnej osoby, która poczęła się pod sercem matki – mówi pani Barbara mocniej przytulając Kubę. – Rozumiemy, że zdarzają się w życiu bardzo trudne chwile, ale jak uczy doświadczenie, nie ma sytuacji bez wyjścia – dodaje pan Jarosław. – Najważniejsze jest zaufać Bogu, powierzyć Mu swoje życie, a na pewno Ten, który powołuje każdego do życia, znajdzie odpowiednią pomoc w każdej sytuacji.

Anna Wasak
drukuj