„Dżentelmeni, musimy przyziemić” to nie była fraza Błasika
Z Leszkiem Klameckim, przyjacielem gen. Andrzeja Błasika, Dowódcy Sił
Powietrznych RP, który zginął w katastrofie rządowego samolotu Tu-154M niedaleko
Katynia, budowniczym pierwszych hangarów dla F-16, rozmawia Piotr
Czartoryski-Sziler
Pamięta Pan, w jakich okolicznościach poznał Pan generała Błasika?
– Bardzo trudno mi jest mówić o Andrzeju w czasie przeszłym, był moim kolegą,
przyjacielem, byliśmy naprawdę blisko. Poznaliśmy się dość przypadkowo, gdy gen.
Błasik został dowódcą 31. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Poznaniu Krzesinach, ja
pracowałem w firmie, która świadczyła usługi dla wojska i realizowała tam wtedy
na terenie lotniska inwestycje. Andrzej zastąpił na stanowisku szefa 31. Bazy
płk. pilota Antoniego Masłowskiego. Nie pamiętam dokładnie, który to był rok,
prawdopodobnie 2002 lub 2003, Andrzej był wówczas w stopniu podpułkownika.
Jakie wrażenie wywarł wówczas na Panu nowy dowódca 31. Bazy?
– Nie sposób mówić o Andrzeju bez emocji. To był człowiek wyjątkowy, zapamiętany
nie tylko przeze mnie, ale i przez całą moją rodzinę. Błyskawicznie nawiązywało
się z nim kontakt. Mimo wysokiego stanowiska, pozycji w wojsku, był bardzo
ciepły. Jako generał był przecież dowódcą II Brygady Lotnictwa Taktycznego,
szefem szkoły oficerskiej w Dęblinie, w końcu dowódcą Sił Powietrznych – zawsze
pozostawał otwarty na innych, z wielkim szacunkiem odnosił się do kobiet, a z
miłością i czułością do dzieci. Pamiętam, jak mój 13-letni już teraz syn był ze
swoim przedszkolem na lotnisku w Krzesinach. Wizytę tę pomógł mi zorganizować
właśnie Andrzej. Syn do dziś wspomina wspaniałe chwile spędzone u "wujka",
dowódcy bazy w Krzesinach. Gdy Andrzej pojawił się w Krzesinach, zaprosił mnie
na spotkanie do sztabu, byłem bowiem odpowiedzialny za realizację pierwszego w
Polsce hangaru dla F-16, nadzorowałem te prace, byłem kierownikiem budowy.
Opowiedział mi trochę o sobie, a ja mu o sobie. Tak się poznaliśmy. Od razu
obdarzył mnie wielkim zaufaniem, a przecież nie miałem żadnego interesu, żeby
zabiegać o jego względy, nie łączyła nas zależność służbowa.
Andrzej dawał ludziom zawsze duże carte blanche i bardzo wysoką pozycję
startową. Nigdy nie chciał ich testować, zawsze starał się im zaufać. Do
momentu, gdy ktoś go nie zawiódł, miał u niego naprawdę duże poważanie. Muszę
powiedzieć z wielką satysfakcją, że należałem do tych ludzi i mam wrażenie, że
chyba nigdy go nie zawiodłem. Nie zapomnę pewnego zdarzenia. Byłem
odpowiedzialny za remont budynków na lotnisku w 31. Bazie. Pamiętam, że dzień
przed wizytacją śp. ministra Jerzego Szmajdzińskiego przyjechał z Wrocławia do
Krzesin pułkownik odpowiedzialny za organizację i powiedział do mnie, że budowa,
jaką wtedy realizowałem, nie jest przygotowana do wizytacji. Odparłem, że ją
przygotuję. On jednak w to wątpił, mówił, że jest zbyt mało czasu, a mam z tym
za dużo roboty. Świadkiem tej rozmowy był Andrzej, który powiedział wtedy:
"Jeżeli Klamecki mówi, że przygotuje, to przygotuje". Te słowa wiele dla mnie
znaczyły. On mi po prostu zwyczajnie ufał, a ja ufałem jemu. Na drugi dzień, gdy
pan minister Szmajdziński przyjechał zwizytować budowę, wszystko było dopięte na
ostatni guzik. Popatrzyliśmy wówczas z Andrzejem na pana pułkownika, który z
lekkim uśmiechem na ustach mówił: "No, jednak im się udało". Andrzej wiedział,
że gdy mu coś obiecuję, to słowa dotrzymam. Tak samo on postępował, nigdy nie
rzucał słów na wiatr.
Utrzymywali Panowie częste kontakty?
– Staraliśmy się. Był doskonałym pilotem, ale przede wszystkim był moim
przyjacielem, kolegą, z którym pracowałem, z którym miło spędzało się wolny
czas. Gdy dowodził II brygadą lub później, gdy był już dowódcą Sił Powietrznych,
zapraszał mnie wraz ze swoją małżonką na koncerty muzyki wojskowej w Operze
Poznańskiej. To było niebywale miłe, że gdy już nasze drogi troszeczkę się
rozeszły, bo Andrzej wyjechał do Stanów Zjednoczonych, często przysyłał mi
życzenia – czy to świąteczne, czy imieninowe. Cały czas noszę w sercu pamięć o
Andrzeju, nigdy go nie zapomnę. Czuję się nieswojo, gdy wychodząc z domu, nie
mam wpiętych w klapę marynarki tzw. gapy lub znaczka Su-22, które mi go
przypominają. Su-22, jak mi kiedyś powiedział Andrzej, to był jego ukochany
samolot, na którym miał najwięcej godzin nalotu. Ludzie, którzy nie znali tego
człowieka, nie zdają sobie sprawy, jakim był dobrem.
Generał Błasik był zaangażowany w program F-16, Pan nadzorował budowę
pierwszych hangarów dla myśliwców.
– Mało powiedzieć, że program F-16. Cała idea i cała nowa myśl w Dowództwie to
było dzieło Andrzeja. On doskonale rozwinął pewne założenia, które zostały
podyktowane jeszcze przez generała Ryszarda Olszewskiego, byłego dowódcę Sił
Powietrznych, i zrealizował plan. Mógłbym porównać Andrzeja do jednego z moich
ulubionych dowódców wojskowych, gen. Douglasa MacArthura, który przekazał wiele
mądrych myśli pomagających zarówno wojskowym, jak i cywilom. Obaj wpajali w
ludzi wiarę we własne siły i dawali im niesamowitą energię do pracy.
Pracował Pan razem z gen. Błasikiem nad organizacją NATO Air Meet w 2003
roku.
– To prawda. To było wielkie dzieło Andrzeja, potężne logistycznie, które było
trudne organizacyjnie. Pracowaliśmy wtedy dzień i noc. Andrzej praktycznie nie
wychodził z jednostki i cały czas był w sztabie. Gdy ćwiczenie się rozpoczęło,
był przez 24 godziny na nogach. To był człowiek do końca zaangażowany, u niego
nie było, że odpuszczamy. Miał taką fajną zdolność, że potrafił w krytycznych
momentach uspokoić cały zespół. Mimo że wszyscy mieliśmy świadomość, iż działamy
pod ogromną presją, bo NATO Air Meet to duża sprawa. Andrzej sprawiał wrażenie,
jakby był kompletnie wyluzowany. Mówił: "Słuchajcie, damy radę, nic się nie
dzieje, witamina C. Nic się nie przejmujcie, wszystko jest dobrze". Ludzie szli
za nim w ogień. Proszę pana, ja nie musiałem tyle wtedy robić, ile robiłem.
Miałem bardzo fajny zespół młodych ludzi, którzy – naprawdę wszyscy – jak się
dzisiaj z nimi spotykam, z wielkim szacunkiem wspominają Andrzeja. Chcieliśmy mu
pomóc, a w głębszym wymiarze – polskim skrzydłom – i pracowaliśmy po
kilkadziesiąt godzin w tygodniu tylko i wyłącznie z sympatii i szacunku dla tego
człowieka. Do dziś przechowuję ciekawą pamiątkę po NATO Air Meet 2003. Jest nią
odznaczenie 31. Bazy, które otrzymałem za wkład w organizację tego jednego z
największych lotniczych ćwiczeń na świecie.
W ćwiczeniu brało udział tak wiele państw, często w powietrzu było naraz
osiemdziesiąt statków powietrznych i trzeba było to wszystko koordynować. Na
pewno to było dla Andrzeja potworne obciążenie i miewał wątpliwości, czy aby na
pewno wszystkiemu podoła, ale nigdy tego nie okazywał. Podwładni wiedzieli, że
mają z jego strony wsparcie. Od Andrzeja wprost biła energia. Pamiętam, że
przygotowywaliśmy poprzez różnego rodzaju remonty sztab do tego wydarzenia i
specjalny hangar, w którym rozlokowane były delegacje różnych państw. Gdy w
Krzesinach zaczęły lądować pierwsze statki powietrzne, jak potężny herkules,
byliśmy pod wielkim wrażeniem. Andrzej, jeżeli się czegoś podejmował, to
wiedział, że doprowadzi to do końca, tu nie było improwizacji. On miał wszystko
przemyślane przez nieprzespane noce i realizował ściśle określony plan.
Jak odbiera Pan zarzuty, jakoby gen. Błasik naciskał na pilotów, by lądowali
poniżej minimów pogodowych?
– Trudno mi nad tym przejść obojętnie. Nie ukrywam, że moje reakcje były do tej
pory dość bierne, ponieważ starałem się głównie wspierać panią Ewę Błasik, żonę
Andrzeja, bo dla niej ta sytuacja jest najtrudniejsza. Zależy mi jednak, żeby
pamięć o moim przyjacielu nie była szargana, dlatego noszę się z zamiarem
powołania stowarzyszenia w Poznaniu. Jak ono będzie się nazywało, tego dokładnie
jeszcze nie potrafię powiedzieć. Być może będzie to stowarzyszenie godnej
pamięci kolegi, przyjaciela generała Andrzeja Błasika. Jest grupa ludzi, którzy
są zainteresowani powołaniem takiego stowarzyszenia. Pomysł jest świeży,
narodził się w okresie wigilijno-noworocznym. Zamierzam w tym tygodniu spotkać
się z prawnikiem i omówić, jaką przyjąć strategię działania, żeby miało to jakiś
relatywny oddźwięk.
Stowarzyszenie miałoby popularyzować postać generała, jego dokonania, bronić
jego honoru?
– Taki jest zamysł. Być może dotyczyć będzie także innych lotników, którzy
zginęli w tej czy w innych katastrofach, ale w głównej mierze Andrzeja. Znałem
go jako człowieka i obserwowałem jego dokonania jako pilota i dowódcy. Nie mogę
dzisiaj przechodzić obojętnie obok tego, co się dzieje wokół jego osoby. Zbyt
dużo dobra spotkało mnie ze strony śp. Andrzeja Błasika, żebym mógł o tym
zapomnieć. Powiem o prywatnym zdarzeniu. Kiedyś, gdy pracowałem dla potrzeb 31.
Bazy, złamałem nogę i byłem unieruchomiony. Pierwszymi osobami, które mnie
odwiedziły w domu, nie byli moi koledzy z pracy, lecz właśnie generał Błasik i
były szef sztabu 31. Bazy, z którym często wspominamy Andrzeja. Zaproponowali,
że będą mnie zabierać i odwozić na lotnisko w Krzesinach, z którym byłem tak
bardzo z racji swej pracy związany.
Jednak w dziennikarskich przekazach do dziś funkcjonuje obraz generała jako w
pewnym sensie sprawcy katastrofy…
– Tylko człowiek, który nie ma do czynienia z lotnictwem, może powiedzieć, że
można naciskać na podwładnych i stosować prawo jakiegoś przymusu. Polecam
wszystkim, którzy cokolwiek chcą dowiedzieć się o historii Wojska Polskiego i
lotnictwa w Polsce, książkę "Sprawa honoru". Mówi ona o powstaniu lotnictwa w
Dęblinie, o tradycjach polskiego lotnictwa, a także o tym, na jakich ludzi są
wychowywani piloci, którzy są tam kształceni. Andrzej w liceum lotniczym i
szkole oficerskiej został wychowany na bardzo porządnego człowieka. Nie sposób
więc twierdzić, że był w stanie zmusić swojego podwładnego do wykonania
polecenia, które kłóciło się z logiką. Andrzej pilotów lubił, kochał, szanował,
chociaż wiedział, że są specyficzni. Sam był pilotem i doskonale zdawał sobie
sprawę z tego, że są to ludzie, którzy żyją trochę obok całego otaczającego ich
świata, ale nie na tej zasadzie, że nie wykonują poleceń czy nie stosują
procedur, jak dziś stara się im zarzucać, ale że cały czas igrają ze śmiercią.
Ich praca jest niebywale trudna.
Dopuszcza Pan myśl, że 10 kwietnia ubiegłego roku generał był w kokpicie
Tu-154M przed lądowaniem?
– Nie wyobrażam sobie, żeby Andrzej wszedł do kokpitu i powiedział: No,
dżentelmeni – jak zwykł mawiać – musimy przyziemić, bo coś tam… Owszem, mógł
się z nimi kontaktować, mógł z tymi pilotami rozmawiać, ale na pewno nikogo do
niczego nie zmuszał, nie ma takiej opcji. Nigdy w podobne spekulacje nie
uwierzę, bo to był zbyt mądry i rozsądny człowiek. To był pilot, nie polityk!
Andrzej wielokrotnie powtarzał: "Jestem postrzegany czasem jako człowiek
związany z pewnymi kierunkami politycznymi, ponieważ otrzymywałem awans od pana
prezydenta Lecha Kaczyńskiego, ale ja nie jestem politykiem, nie jestem związany
z żadną partią. Ja jestem lotnikiem, kocham moich żołnierzy, kocham moich
pilotów". I to była prawda.
Jan Osiecki, współautor książki "Ostatni lot", powiedział, że jeżeli gen.
Błasik wprost nie nakazał pilotom lądowania, to nawet milcząc, zgadzał się na
łamanie przez nich procedur.
– To kompletny absurd. Nie mamy pewności, czy Andrzej w ogóle był w kokpicie. To
wszystko są spekulacje. Mogę jedynie domniemywać, że mogła być taka sytuacja,
choć to też spekulacje, że pan prezydent mógł poprosić Andrzeja o opinię, czy
jest możliwość wylądowania w tych warunkach, jak on to ocenia, względnie żeby
zorientował się u kapitana statku powietrznego. Na pewno Andrzej nie zmusił
kapitana Protasiuka do lądowania. Jestem przekonany, że ci piloci byli doskonale
przygotowani do pełnienia służby. Nie mogę słuchać, że to była amatorszczyzna
czy – mówiąc bardzo brutalnie – że to byli gówniarze, którzy nie rozumieli nawet
po rosyjsku etc. Andrzej wiedział, gdzie jest granica zdrowego rozsądku. A że na
pokładzie była taka delegacja i prezydent, to tym bardziej nie zmuszałby nikogo
do podejmowania decyzji o wątpliwym stopniu skuteczności. Wolałby na pewno mimo
wszystko skierować samolot na inne lotnisko. Coś tu nie zagrało.
Jak ocenia Pan tok prowadzonego śledztwa?
– Nie chciałbym przesądzać o wyniku śledztwa, nie jestem ekspertem. Mogę tylko
powiedzieć, że mam mieszane odczucia. Mam jednak nadzieję, że pan premier i pan
prezydent będą na tyle koordynować, sprawdzać, kontrolować to śledztwo, że
będzie ono doprowadzone do końca, a my dowiemy się prawdy o przyczynach tej
strasznej katastrofy, bo to jest dla mnie bardzo istotne. Ale to jest tylko moja
nadzieja. Niestety, politycy mają to do siebie, że pewne rzeczy dość szybko im
umykają. Na tragedii smoleńskiej wielu ludzi próbuje coś ugrać.
Pamięta Pan ten dzień,
10 kwietnia?
– Byłem w łazience, gdy usłyszałem krzyk żony, że tupolew spadł i zginęli
ludzie. Wiedziałem, że na tym pokładzie był Andrzej. To jest chwila, której
nigdy nie zapomnę. Tak jak napisałem do Ewy w jednym z osobistych SMS-ów,
Andrzej jest cały czas w moim sercu. Dziś ogromnym honorem, a zarazem
obowiązkiem jest dla mnie zaświadczać o wielkości tego człowieka, którego chce
się zdyskredytować i w tak drastyczny sposób oskarżyć. Bez względu na to, jak
zakończy się śledztwo, jestem dziś przekonany o tym, że na pewno ta katastrofa
nie wydarzyła się z winy Andrzeja. Z jakich przyczyn, być może tak naprawdę
nigdy się nie dowiemy, bo pewne układy polityczne mogą spowodować, że sprawa
zostanie w jakiś sposób "przypudrowana". Nie chcę tu doszukiwać się teorii
spiskowych, ale błagam, żeby ci panowie "eksperci", którzy zabierają głos,
zastanowili się nad tym, co wygadują. Oni niekiedy nie mają jednej dziesiątej
takiego doświadczenia, jakie posiadał Andrzej. Bądźmy więc powściągliwi i
ostrożni w ocenach. Gdy usłyszałem, że mówi się, iż Andrzej siedział za sterami,
rozpacz i pusty śmiech mnie ogarnęły. Jeżeli bowiem ktoś cokolwiek wie o
lotnictwie, to wie również, że pilot, który nie miał nalotu na takim samolocie,
nie chwyciłby za stery.
Dziękuję za rozmowę.
