Dyplomata – zawód wysokiego zaufania

Z prof. dr hab. Zdzisławem Janem Rynem z Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, byłym ambasadorem Polski w Chile i Boliwii, rozmawia Katarzyna Cegielska

W roku akademickim 2006/2007 w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej zostaje uruchomiony nowy kierunek studiów podyplomowych – relacje międzynarodowe i dyplomacja. Panie Profesorze, proszę powiedzieć ze swojego doświadczenia, jakie znaczenie ma taki kierunek studiów?
– Bezwzględnie widzę jego potrzebę. Nie bez powodu przecież większość krajów na świecie posiada od lat akademie dyplomatyczne, które wielodyscyplinarnie przygotowują personel do pełnienia tej niezwykle skomplikowanej misji, stawiającej przed służbami dyplomatycznymi niewyobrażalne oczekiwania i wymagania w stosunku do tego, jak popularnie postrzegamy zawód dyplomaty. Przykładem może być Watykańska Akademia Dyplomatyczna, ale także akademia kraju mojego urzędowania, w dalekim Chile; to przecież nieduży kraj Ameryki Południowej, a posiada własną Akademię Dyplomatyczną. W jakiś sposób zazdrościłem wyszkolenia dyplomatom zawodowym. Kiedy zwrócono się do mnie z propozycją podjęcia misji w tym kraju, moje szkolenie musiało się odbyć w przyśpieszonym trybie i trwało niespełna rok. Wówczas dzieliłem pracę między Uniwersytetem Jagiellońskim a Ministerstwem Spraw Zagranicznych. To był przełom 1990/1991 roku.

Kiedy Założyciel naszej Uczelni ogłosił zamiar utworzenia studiów podyplomowych – relacje międzynarodowe i dyplomacja, posypały się głosy sprzeciwu, że kierunek taki jest zupełnie niepotrzebny, bo do pracy w dyplomacji nadają się absolwenci każdej uczelni, każdego kierunku studiów, a takie specjalistyczne nauczanie nie jest potrzebne. Pan Profesor spędził kilka lat na placówce dyplomatycznej w Chile jako ambasador RP. Jak Pan Profesor widzi potrzebę nauczania na takim kierunku studiów?
– Studia te są niezwykle skomplikowane z tego względu, że są wielodyscyplinarne. I dobrze się dzieje, że w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej są to studia podyplomowe. Zawód ten bowiem poza wiedzą, poza znajomością kraju urzędowania, języka, bez czego trudno sobie wyobrazić pełnienie tej misji, wymaga przede wszystkim przygotowania wielodyscyplinarnego: i w zakresie prawa, i w zakresie ekonomii, protokołu dyplomatycznego, stosunków międzynarodowych, umów itd. Poza samą prezencją, znajomością i respektowaniem protokołu dyplomatycznego, wymaga zatem pewnej dojrzałości, bo osoba dyplomaty jest ciągle na celowniku. Ambasador jest postacią, która reprezentuje, powiedziałbym w sposób symboliczny, najlepsze wartości kraju, z którego pochodzi. Na osobie ambasadora i personelu placówki dyplomatycznej koncentrują się i kamery telewizyjne, i zainteresowania dziennikarzy. Jest to niezwykle ważna funkcja, stąd też nie wyobrażam sobie, żeby nie być przygotowanym do pełnienia takiego zadania. Podziwiam toruńską Uczelnię, że podejmuje się tak ambitnego i ważnego zadania, bo nieraz obserwuję, jak wygląda przygotowywanie, jak wyglądają studia na naszym najstarszym przecież polskim uniwersytecie, Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie na kierunku stosunków międzynarodowych pośrednio przygotowujemy także personel do reprezentowania Polski w świecie.

Proszę powiedzieć, jakie predyspozycje powinien mieć pracownik służb dyplomatycznych zarówno niższego, jak i wyższego szczebla?
– Dyplomata musi posiadać, jak już powiedziałem, wszechstronne przygotowanie i wykształcenie. To jest zawód, w którym trzeba być w jakimś sensie omnibusem. Na wszystkim trzeba się znać, ciągle się uczyć i studiować. Na pewno wielkim atutem dyplomaty jest inteligencja, umiejętność nawiązywania kontaktów z ludźmi. W moim przypadku zawodowe przygotowanie w zakresie medycyny i psychiatrii doskonale służyło mi do odczytywania języka gestów, czytania między wierszami tego, co dyplomaci mówią, sięgania głębiej do rzeczywistych intencji moich adwersarzy w trakcie rozmów i kontaktów dyplomatycznych. Myślę także, że dyplomatę powinna charakteryzować wrażliwość i ciekawość świata, a także odwaga do pracy w innym środowisku, w innym kraju, często o zupełnie innej kulturze, czasem o innej religii. Dyplomata spotyka się z wieloma trudnymi problemami, a zatem potrzeba także dużo odporności psychicznej oraz cierpliwości. Ponadto sądzę, że talent koncyliacyjny, talent do negocjacji, to są te cechy, które w tym zawodzie mogą być bardzo przydatne.

I nade wszystko dyplomata musi być patriotą. Bardzo dużo obecnie słyszymy o tym, że na placówkach są osoby ze starego postkomunistycznego rozdania i niestety działają one na szkodę, chociażby środowisk polonijnych żyjących w danych krajach.
– W przypadku mojej misji w Chile i Boliwii, Ministerstwo Spraw Zagranicznych zwracało uwagę, że może zbyt dużo uwagi poświęcam środowiskom polonijnym. Przybyłem jako przedstawiciel nowej politycznej rzeczywistości za prezydentury Lecha Wałęsy, więc Polacy ze łzami w oczach witali w tym dalekim kraju polskiego ambasadora właśnie jako przedstawiciela tego prezydenta i tych przemian. I to, że wspólnymi siłami udało się zjednoczyć i zgromadzić środowiska Polonii Ameryki Łacińskiej i skupić je wokół Unii Stowarzyszeń i Organizacji Polskich Ameryki Łacińskiej, która ma już 11 lat, a zatem spore tradycje, jest rezultatem także tych przemian i tego nowego podmuchu patriotyzmu. Życie Polaków w tych najbardziej odległych zakątkach świata, początkowo w Argentynie, gdzie przebywałem jako członek ekspedycji naukowych, ale również w Chile, to była dla mnie prawdziwa szkoła, uniwersytet patriotyzmu. Być może trzeba oddalenia, by to zrozumieć, ale też kraj macierzysty musi rozumieć te sprawy, musi być bardzo uczulony właśnie na potrzeby nie tyle materialne, intelektualne czy kulturowe, ale duchowe środowisk polonijnych. Uczucie patriotyzmu, szacunku, wdzięczności i przywiązania do Ojczyzny, ostatnio degradowane, jest przecież jednym z najpiękniejszych uczuć, jakimi obdarzyło nas człowieczeństwo.

Z jakimi problemami borykają się dyplomaci wysłani na zagraniczne placówki?
– Największym problemem jest izolacja od rodzinnych stron, od rodziny, często problemy wychowania, edukacji, kształcenia i formowania osobowości dzieci. Przyglądałem się uważnie jako lekarz problematyce zdrowia i kondycji psychicznej zawodu dyplomaty jako zawodu wysokiego ryzyka. Sądzę, w oparciu o własne doświadczenie, że warto te trudy ponosić dla ogromnej satysfakcji. Dla mnie satysfakcją z tych prawie sześciu lat pracy jest spełnienie pierwiastka heroizmu patriotycznego, a więc uczynienia czegoś wartościowego dla mojej Ojczyzny, tam na końcu świata. Być może nie bez powodu mówi się, że Chile dla nas, Polaków, stało się bliskim krajem na końcu świata.

Jakie wydarzenie wspomina Pan Profesor jako najważniejsze w czasie pełnienia misji?
– Myślę, że kulminacją każdej misji jest, jeśli ambasadorowi uda się doprowadzić do wizyty na szczeblu prezydentów. A tak się też stało w 1995 roku, kiedy po raz pierwszy prezydent Polski składał wizytę w kilku krajach Ameryki Południowej, w tym w Chile. Została ona oceniona jako bardzo owocna, chociażby dlatego że przyspieszyła zniesienie obowiązku wizowego między naszymi krajami.

Panie Profesorze, o pracy w dyplomacji mówimy – sam Pan to podkreślił – że jest to służba lub misja dyplomatyczna. Chciałabym zwrócić jeszcze uwagę na jeden ważny aspekt z czasu, kiedy pełnił Pan służbę dyplomatyczną w Chile. Kiedy zmieniła się prezydentura w Polsce, był Pan jednym z niewielu, którzy złożyli swoją misję, uważając, że nie mogą jej sprawować pod nową prezydenturą.
– Na pewno jest to misja i służba. W tym sensie zawód dyplomaty był mi bliski, bo pracuję 40 lat w służbie zdrowia, a więc w bezpośredniej służbie człowiekowi, choć w innym, indywidualnym wymiarze. Tutaj jest to służba wysokiego zaufania i lojalności wobec prezydenta, którego się reprezentuje. Może warto przypomnieć, choć powszechnie wiadomo, że w listach uwierzytelniających, które składa się w imieniu prezydenta Polski prezydentowi kraju urzędowania, jest wprost napisane, że wszystko, co powie ambasador, to tak, jakby mówił sam prezydent. To wymaga lojalności, ale także wielkiej odpowiedzialności. Dlatego uważam za naturalne, że każdy prezydent chce mieć ludzi wysokiego zaufania, bo są oni jego bezpośrednimi przedstawicielami.

Na koniec chciałam wspomnieć o ważnym wydarzeniu, które miało miejsce niedawno, a jest związane z innym krajem Ameryki Łacińskiej – Peru. Przebywał Pan tam w czerwcu i lipcu z polską wyprawą naukową i uczestniczył w kilku konferencjach naukowych. W czasie tego pobytu uhonorowano Pana tytułem doktora honoris causa Universidad Cientifica del Sur w Limie. Gratuluję serdecznie.
– Bardzo dziękuję. Była to dla mnie miła niespodzianka, jakkolwiek przygotowywana od miesięcy, ale też ogromna satysfakcja, że moja 30-letnia współpraca naukowa, głównie w zakresie medycyny górskiej, medycyny naturalnej, ale także kulturalnych związków z tym przepięknym krajem zaowocowała doktoratem honoris causa, a także członkostwem honorowym w Peruwiańskiej Akademii Zdrowia. Pod koniec pobytu, wspólnie z panem profesorem Andrzejem Paulo z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, szefem naszej ekspedycji do Peru, zostaliśmy członkami korespondentami Peruwiańskiego Towarzystwa Geograficznego. Żartowaliśmy w Limie, że wydarzenie należałoby wpisać do Księgi Guinnessa, gdyż po raz pierwszy podczas naukowej ekspedycji spotkały nas, Polaków, tak niezwykłe i zaszczytne wyróżnienia. Traktuję to jako wyraz uznania dla tego, co Polacy kontynuują od wielu lat – bezinteresownej, humanitarnej pomocy i współpracy, jaką świadczą dla mieszkańców latynoamerykańskich krajów.

Serdecznie dziękuję za rozmowę.

drukuj