Dwie perły w polskiej koronie
Zapoczątkowana zatrzymaniem generała Czempińskiego wojna na górze między
okupującymi nasz nieszczęśliwy kraj bezpieczniackimi watahami zatacza coraz
szersze kręgi. Przypomina to pojedynek dalekonośnych artylerii; haratani są i
jedni, i drudzy, ale z odległości tak dużej, że wszystkie eksplozje sprawiają
wrażenie przypadkowych.
Jeszcze nie zakończyła się w MSW rzeź schetyniątek, a już słychać, że w
Ministerstwie Środowiska ktoś pociągnął smykiem po ludziach Ryszarda Krauzego.
Jakby tego było za mało, pułkownik Mikołaj Przybył, co to usiłował popełnić
samobójstwo, powiedział dziennikarzom otwartym tekstem, że nasza niezwyciężona
armia jest żerowiskiem dla zorganizowanej przestępczości. A to ci dopiero
nieprzyjemna siurpryza! Któż w takim razie obroni nas przed zorganizowaną
przestępczością? Czy jednak takim żerowiskiem jest tylko nasza niezwyciężona
armia? A reszta nieszczęśliwego kraju, to co? Przecież III Rzeczpospolita
została pomyślana i zaprojektowana jako właśnie żerowisko dla "człowieków
honoru" i ich zagranicznych protektorów – zaś lewica laicka otrzymała koncesje
na piastowanie zewnętrznych znamion władzy, by "człowiekom honoru" stworzyć
parawan w postaci demokratycznej fasady. Tedy niezwyciężona armia to tylko
wierzchołek góry lodowej!
Więc kiedy na skutek eskalacji wojny na górze najważniejsi prokuratorzy na
oczach całej Polski ściągają sobie nawzajem kalesony, a zdegustowany tym
widowiskiem prezydent Komorowski, który sam przecież też widział już niejedno,
chce zainteresować tą sytuacją tubylczy, pożal się Boże, "parlament", trzeba
postawić sobie pytanie, czy jest w naszym nieszczęśliwym kraju jeszcze cokolwiek
cieszącego się powszechnym szacunkiem? Kiedy po latach historycy będą pisali
dzieje III Rzeczypospolitej, to czy poza wzmianką o niżej podpisanym jako
"rekordziście prymitywizmu moralnego" (obietnicę takiego herostratesowego
uwiecznienia otrzymałem), będziemy mogli tej formie polskiej państwowości
przypisać jakąś pozytywną tradycję?
Zarówno dni ostatnie, jak i najbliższa przyszłość pozwalają na optymizm w tym
względzie. Wbrew obiegowym mniemaniom, jakoby nie było ludzi niezastąpionych,
wbrew narzekaniom, że nie ma dzisiaj już żadnych wartości, które nie zostałyby
uszargane, a przynajmniej ośmieszone przez szutników – jak gwiazda pierwszej
wielkości jaśnieje nad III Rzeczpospolitą postać Jurka Owsiaka. Wiele można
zarzucić naszemu mniej wartościowemu Narodowi tubylczemu, ale przecież nawet i
on nie ośmielił się podnieść świętokradczej ręki na osobę Jurka Owsiaka. I to
nawet nie dlatego że taka ręka zostałaby natychmiast odcięta, nie dlatego że na
straży jego reputacji i godności stoją pierwszorzędni fachowcy w rodzaju znanego
na całym świecie, a w każdym razie – w powiecie warszawskim, z żarliwego
obiektywizmu pana red. Tomasza Lisa, ale przede wszystkim dlatego że poza
nielicznymi wyjątkami nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, by sprzeciwić się nie
to, że Jurku Owsiaku – bo o tym nie może być mowy – ale nawet celebrytom, którzy
w płomieniu jego gorejącego serca pieką sobie rozmaite swoje półgęski. W ten oto
sposób w III Rzeczypospolitej, wprawdzie tylko w jednym dniu w roku, niemniej
jednak osiągana jest jedność moralno-polityczna Narodu – niczym w epoce dobrego
fartu podczas dekady Edwarda Gierka. Zatem nie wszystko jeszcze stracone i gdyby
tylko Jurek Owsiak zechciał przyjąć zaszczyt, to chyba i bezpieczniackie watahy
nie miałyby nic przeciwko temu, żeby po zakończeniu kadencji Bronisława
Komorowskiego, nie żadnego tam Donalda Tuska, tylko właśnie Jurka Owsiaka zrobić
tubylczym prezydentem? Jestem pewien, że nie tylko ja wpadłem na ten pomysł –
ale starsi i mądrzejsi też – bo w przeciwnym razie po cóż by go tak lansowali?
Warto o tym pamiętać zwłaszcza w przeddzień dorocznego Dnia Judaizmu – drugiej
oprócz Jurka Owsiaka tradycji charakterystycznej dla III Rzeczypospolitej – bo
przecież i on w jakimś celu jest z takim uporem lansowany, nieprawdaż?
Stanisław Michalkiewicz
