Droga praca
Od 1 lutego 2012 r. wzrośnie składka rentowa. Wzrost kosztów pracy to
bardzo zła wiadomość dla przedsiębiorców, zatrudnionych, ale również dla…
budżetu państwa i samorządów. Historia wysokości składki rentowej pokazuje, jak
bardzo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. W 2007 r. rząd Kazimierza
Marcinkiewicza, a potem Jarosława Kaczyńskiego, głównie w efekcie zabiegów
ówczesnej minister finansów Zyty Gilowskiej, doprowadził do obniżenia kosztów
pracy w postaci zmniejszenia składki rentowej w dwóch etapach. Łączna obniżka
wyniosła wówczas 7 punktów procentowych, co miało pobudzić rynek pracy, zachęcić
do tworzenia miejsc pracy, a także spowodować powrót części pracowników
pracujących w szarej strefie do gospodarki rejestrowanej. Co ciekawe, ustawa
została przegłosowana wbrew koalicjantowi PiS, czyli Samoobronie. Ustawę poparła
wówczas Platforma Obywatelska, która z kolei dziś z powrotem podnosi koszty
pracy.
Przy okazji dyskusji na temat podwyższenia składki rentowej byliśmy jednak
świadkami Himalajów ignorancji ekonomicznej ze strony obecnie rządzących, czego
najlepszym przykładem była wypowiedź posłanki Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, która
stwierdziła w wywiadzie dla telewizji Polsat, że podniesienie o 2 punkty
procentowe składki może spowodować ożywienie gospodarki i stworzenie nowych
miejsc pracy. Skąd ta wiedza? Skąd to przypuszczenie? Skoro tak miałoby być, to
czemu Platforma podnosi składkę rentową dopiero w piątym roku swoich rządów, a
nie od razu? Przecież bezrobocie przez cały okres rządów PO – PSL oscylowało w
granicach 11-13 proc. i to pomimo że w tym czasie z Polski za chlebem uciekło
ponad pół miliona ludzi w wieku aktywności zawodowej. Również minister finansów
w czasie sejmowej debaty powiedział, że wzrost składki nie będzie odczuwalny dla
przedsiębiorców, gdyż z badań, jakie posiada, wynika, że polscy przedsiębiorcy
mają w większości przypadków nadpłynność finansową…
Czy minister Rostowski rozmawiał kiedykolwiek z przedsiębiorcami? Czy były
wykonane badania na temat sytuacji finansowej sektora małych i średnich firm,
które to firmy wypracowują dwie trzecie całego produktu krajowego brutto, a
także tworzą najwięcej miejsc pracy?
Ignorancja podstawowych praw ekonomicznych przez rząd Platformy Obywatelskiej
jest doprawdy zatrważająca. Podniesienie i tak już horrendalnie wysokich kosztów
pracy (co jest jednym z powodów utrzymywania się wysokiego bezrobocia w Polsce w
ostatnich dwóch dekadach, które nie spada poniżej 10 proc. nawet w okresach
wysokiego wzrostu gospodarczego) nie może przynieść efektów innych jak oficjalny
wzrost bezrobocia. To jakby stanąć na balkonie i puścić kamień z nadzieją, że
tym razem nie zadziała grawitacja. Ale tak jak kamień nie może wisieć nieruchomo
w powietrzu, tak i wzrost kosztów pracy nie może spowodować efektów, o których
mówiła poseł Kidawa-Błońska.
Rządząca koalicja twierdzi, że dla przedsiębiorców nie są to duże koszty do
udźwignięcia i nie powinni narzekać na powrót do starych zasad, bo przecież gdy
była wyższa składka, też jakoś sobie radzili. To prawda, że na pierwszy rzut oka
zwiększenie składek o kilkanaście lub kilkadziesiąt złotych nie robi wielkiego
wrażenia. Przy minimalnym wynagrodzeniu pracodawca zapłaci 97,50 zł zamiast
67,50, ale jeśli podliczymy tę sumę w ciągu całego roku, to koszt zatrudnienia
pracownika zwiększy się o 240 złotych. Przy najniższym wynagrodzeniu.
Zatrudniając kilka osób, robi się już całkiem pokaźna suma. W skali całego roku
i wszystkich firm mamy już sumę rzędu 6 mld zł, które zostaną odebrane
przedsiębiorcom i pracownikom.
Oczywiście wyższe składki zapłacą również urzędy i samorządy za swoich
pracowników, którzy w zdecydowanej większości nie tworzą żadnego realnego
bogactwa gospodarczego, lecz jedynie przeszkadzają w normalnym funkcjonowaniu
życia gospodarczego. Jeśli zwiększy się koszt zatrudnienia tych pracowników, bo
nie sposób sobie wyobrazić tego, że mogłyby się zacząć redukcje etatów, mniej
pieniędzy będzie w budżetach samorządów na cele ogólnospołeczne.
W dłuższej perspektywie można się zatem spodziewać, że podniesienie kosztów
pracy spowoduje kolejną falę odpływu pracowników do szarej strefy, gdzie zamiast
wyszydzanych i zwalczanych tzw. umów śmieciowych będziemy mieć kolejki w
urzędach pracy, aby zdobyć zasiłek, albo zawierać z pracodawcą umowę "na gębę".
Rządzący, jakby nie przejmując się logiką i prawami ekonomii, twierdzą, że rynek
pracy sobie poradzi, tym bardziej że od wielu lat setki milionów złotych są
przeznaczane na "tworzenie" miejsc pracy lub aktywizację czy przebranżowienie
bezrobotnych. To jednak nic innego jak dreptanie w miejscu, gdyż państwo nie
może tworzyć nowych miejsc bez uprzedniego zniszczenia innych. Rządy chwalą się,
że stworzyły tysiące nowych miejsc pracy, a tymczasem bezrobocie wcale nie
maleje. Jak to możliwe, ktoś zapyta. Wyczerpującej odpowiedzi, dlaczego tak się
dzieje, udzielił już półtora wieku temu francuski pisarz i pamflecista Frederic
Bastiat, który w słynnym eseju "Co widać i czego nie widać" napisał: "Jeżeli
rząd buduje dom, to widzimy ludzi zatrudnionych przy jego budowie, widzimy
postępy ich pracy. (…) Ale są inne rzeczy, których nie widzimy, ponieważ –
niestety – nie pozwolono im powstać. (…) Opodatkowanie na cele publicznego
budownictwa niszczy w innych gałęziach gospodarki tyle miejsc pracy, ile tworzy
w budownictwie. Przynosi także skutek w postaci prywatnych domów, których się
nie buduje".
Jeśli zależy nam, aby ludzie mieli pracę, to nie można karać najwyższymi
obciążeniami tych, którzy chcą pracować, i tych, którzy chcą ich zatrudniać. To
jest tak proste, że nawet przedszkolaki byłyby w stanie zrozumieć. Dziś
zarabiający brutto 3600 zł, dostaje do ręki około 2200 zł, czyli za sam fakt
tego, że pracuje legalnie, zostaje pozbawiony blisko 40 proc. tego, co
wypracowuje. W zamian zresztą nic nie otrzymuje, bo wysokości emerytury nie zna,
do lekarza dostać się nie sposób, a jeśli straci pracę, to na nic nie może
liczyć ze strony państwa. Trudno doprawdy dziwić się, że w takich warunkach
ludzie uciekają. Uciekają albo w szarą strefę, albo z Polski…
Paweł Toboła-Pertkiewicz
Autor jest wiceprezesem Polsko-Amerykańskiej Fundacji Edukacji i Rozwoju
Ekonomicznego (www.pafere.org) oraz prywatnym przedsiębiorcą.
