Dotyk anioła

Świadectwo o. Andrzeja Kukły CSsR, kapelana szpitala w Nowym Jorku

W sobotę, 23 lutego 2007 r., wieczorem odezwał się mój pager. Oczywiście zaraz oddzwoniłem, bo byłem w domu. Okazało się, że wezwanie jest z porodówki (labor&delivery). Pielęgniarka powiedziała, że oczekuje mnie rodzina, by pobłogosławić dziecko.

Pojechałem do szpitala – już przy dyżurce pielęgniarek stała jakaś kobieta, która, jak się okazało, czekała na mnie. Później dowiedziałem się, że to była babcia dziecka. Szedłem za nią w milczeniu, bo była smutna. Wchodząc do pokoju 158, pomyślałem sobie, że umyję ręce w żelu bakteriobójczym, by nie zarazić czymś dziecka. Odruchowo przycisnąłem dyspenser i posmarowałem ręce żelem.

Odsłoniłem kotarę zaciągniętą przy wejściu i zobaczyłem matkę siedzącą po turecku na łóżku, obok niej męża i dziadków drugiej strony. Matka wyglądała starzej, niż się potem okazało. To, co zobaczyłem w jej dłoniach, przeraziło mnie. Miała w ręku małą istotę ludzką, która była już martwa. Dzieciątko, jak mi później powiedzieli – w 17. tygodniu życia. Łzy w oczach wszystkich wskazywały jasno, co się stało. Poronienie. Pierwszy raz w życiu widziałem człowieka na tym etapie rozwoju, praktycznie zaraz po śmierci.

Szczerze mówiąc, nie wiedziałem, od czego zacząć. Wyraziłem najpierw kondolencje. Spytałem ojca, czy dziecko otrzymało chrzest z wody. Powiedział, że tak, ale w jego głosie nie było pewności. Nie wiem, czy rzeczywiście to dzieciątko było ochrzczone z wody, ale uwierzyłem i mam nadzieję, że tak było. Spytałem, czy nadali mu imię. Ojciec po krótkim zastanowieniu łamiącym się głosem powiedział: „Nicolas”.

Zacząłem więc modlitwy jak za ochrzczonego katolika, choć widziałem ból w sercach dziadków i rodziców. Mama Jennifer – bo tak ma na imię – trzymała ciałko może 11-, 13-centymetrowego chłopczyka w rękach złożonych jak do modlitwy i całowała go co chwilę. Kiedy odmawialiśmy wspólnie „Ojcze nasz”, wzięła malutką dłoń Nicolasa na swój palec i półgłosem powiedziała do niego: „Twoje ciało było silne, tylko ja, twoja mama, nie dałam rady”. Patrzyłem kątem oka na paluszki dziecka rozpostarte na palcu mamy i wydawało mi się, że podają sobie rękę jakby na zgodę.

Patrzyłem na ojca dziecka, który nie mógł pogodzić się z tym, co się wydarzyło. Łzy wielkie jak groch leciały mu po twarzy i spadały na koszulę, tworząc mokre korale. Spytałem Jennifer, czy mogę pobłogosławić Nicolasa. Kiwnęła głową, że tak. Ręka mi zadrżała, bo przez skórę cieniutką jak jedwab było widać drobne żyły. Dotknąłem ciała dziecka i pomyślałem, że dotykam prawdziwego anioła. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. Dotykałem kogoś, kto jest jeszcze tu, ale już jest aniołem u boku samego Boga. To, co mówiłem przed chwilą rodzinie – że ich Nicolas jest w niebie aniołem i już teraz modli się za nich – dotarło i do mnie samego. Nie wiem, czy można to tak określić, ale to był dotyk anioła – tak, małego anioła, który pewnie będzie pamiętał o mnie w wieczności.

Pisząc ten tekst, przypomniał mi się sen, który miałem dawno temu. Aniołek podawał mi rękę, by mi podziękować. Myślę, że to była zapowiedź tej chwili. Chwili, kiedy dotykałem aniołka – Nicolasa. Nie wiem, dlaczego akurat teraz przypomniał mi się ten sen, ale to jest tak niesamowicie podobne.

Powiedziałem, że muszę jeszcze podejść do biura na trzecim piętrze i przynieść wodę święconą. Idąc tam, myślałem o tym aniołku i o jego rodzicach. Szkoda mi ich, bo wiem, ile radości przynosi nowe dzieciątko. Ostatnio cieszyłem się radością narodzin dwojga maluchów u moich kopenhaskich przyjaciół. Widziałem, ile jest w tym radości.

Z biura zabrałem wodę święconą i różańce dla Jenniffer i jej męża oraz dziadków. Delikatnie nałożyłem tylko jedną kroplę wody święconej na swój palec i tę kropelkę położyłem na maleńkiej – niestety zimnej już – głowie dziecka. Dałem im różańce, prosząc o modlitwę za Nicolasa, bo on na pewno już teraz modli się za nich. Spytałem delikatnie, czy to jest ich pierwsze dziecko. Skinęli tylko głową – potwierdzając. Nie wiem, czy było to stosowne, ale powiedziałem, że jestem pewien, że będą mieli jeszcze kolejne dzieci. Zaproponowałem, aby następnemu chłopcu dali na drugie imię Nicolas. Ojciec jeszcze bardziej się rozpłakał. Pozdrowiłem ich i powiedziałem, że będą obecni w moich modlitwach.

Gdy jechałem do klasztoru, myślałem o niesprawiedliwości tego świata – jedni bardzo pragną dzieci i nie mogą ich mieć, a inni tak łatwo zabijają poczęte w nich życie. Czy tak powinno być?

Ale, niestety, człowiek ma wolną wolę, choć czasem nie umie jej wykorzystać ku dobremu.

not. Katarzyna Cegielska

drukuj