Dotychczasowe rozprawy potwierdziły moje słowa

Z Wojciechem Sumlińskim, dziennikarzem śledczym, redaktorem naczelnym
"Tygodnika Podlaskiego", autorem licznych publikacji o powiązaniach polityków,
służb specjalnych i przestępczości zorganizowanej, autorem książek o kulisach
śledztwa w sprawie zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki, rozmawia Agnieszka Żurek

Akcja Pańskiej książki "Z mocy bezprawia" kończy się w lipcu 2011
roku. Od tamtej pory życie dopisało do niej jeszcze kilka rozdziałów.

– Tak, książka ma kolejne rozdziały i są one bardzo twórcze. Pisałem tę
książkę po czterech latach toczenia się wokół mnie tej historii, po tym, kiedy
różne osoby pomagały mi zorientować się, o co tutaj tak naprawdę chodziło,
wydawało mi się zatem, że wiem już na ten temat wszystko, ale nie wiem, na ile
będę w stanie to wykazać. Dotychczasowe rozprawy potwierdziły w stu procentach
to, o czym byłem przekonany.

Chodzi na przykład o rolę płk. Leszka Tobiasza w doprowadzeniu do
oskarżenia Pana o płatną protekcję w sprawie pośrednictwa w sprzedaży aneksu do
raportu WSI?

– Znam zasadę, że o zmarłych mówi się dobrze albo wcale, ale nie mogę mówić o
Tobiaszu dobrze, ponieważ nie myślę o nim dobrze. Prawdopodobnie dlatego, że
człowiek, który zniszczył – a przynajmniej do końca bardzo starał się zniszczyć
życie mnie i mojej rodzinie, jest już po Boskim Sądzie. Nie mówię tego po to, by
mu dokuczyć, ale opowiadając o sprawie mojego procesu, nie mogę pominąć tej
postaci. Tobiasz przedstawiał się jako wzorowy obywatel, który rzekomo wykrył
przestępstwo, postanowił to udokumentować i złożyć zawiadomienie do prokuratury.
Tymczasem wyszło już na jaw – i jest to w aktach sprawy – że całą historię
zainicjował nie kto inny, tylko właśnie Leszek Tobiasz. W 2006 r., kiedy tylko
powstała komisja weryfikacyjna WSI, Tobiasz natychmiast rozpoczął grę
zmierzającą do uderzenia w tę komisję.

Co nim powodowało?

– Zrobił to z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że został negatywnie
zweryfikowany, po drugie dlatego, że toczyły się przeciwko niemu sprawy karne w
prokuraturze wojskowej. Jednym z postawionych mu zarzutów był fakt pomówienia
przez niego o popełnienie przestępstw dwóch oficerów wojska, którzy nie
dopuścili się zarzucanych im czynów. Pomówienie przez Tobiasza spowodowało, że
jednemu z nich rozpadła się rodzina, a drugi wylądował z chorobą serca na sali
operacyjnej. Po dwóch latach okazało się, że Tobiasz kłamał i że uknuł przeciwko
nim całą intrygę. Prokuratura postawiła zatem zarzuty Tobiaszowi, ale
przyglądając się jego działalności, doszła do rzeczy jeszcze ciekawszej.

To znaczy?

– Okazało się, że kiedy Tobiasz był na placówce w Moskwie, jak donosiły
media, miał dziwne kontakty z rosyjskim wywiadem. Tobiasz przebywał zresztą na
tej placówce w tym samym czasie co Tomasz Turowski. Byli bardzo bliskimi
przyjaciółmi. Kiedy prokuratura wojskowa zaczęła przyglądać się Tobiaszowi,
wróciła do wydarzeń z przeszłości. Tobiasz wymyślił, że ratunkiem może być
zebranie jakichś materiałów obciążających jego oskarżycieli, to znaczy komisję
weryfikacyjną WSI albo prokuraturę wojskową. Był specjalistą od gier
operacyjnych – przypomnę tylko, że Tobiasz nadzorował nielegalną operację WSI o
kryptonimie "Anioł", która miała skompromitować hierarchów Kościoła, m.in. ks.
abp. Paetza. Kiedy ksiądz arcybiskup miał dość szantażu ze strony Tobiasza,
wówczas ten ostatni okrężnymi drogami przekazał "Rzeczpospolitej" mające
skompromitować ówczesnego metropolitę poznańskiego materiały. Tobiasz zajmował
się niszczeniem ludzi, szantażowaniem ich, inwigilowaniem Kościoła katolickiego.
Mając za sobą taką przeszłość, tuż po powstaniu komisji weryfikacyjnej WSI, w
2006 r., zgłosił się do Mariana Cypla, dziś sędziwego staruszka mieszkającego na
Podlasiu [Jak podał portal Niezależna.pl, Marian Cypel zmarł 21 grudnia 2011 r.
– przyp. red.], który w PRL był rezydentem polskiego wywiadu w Wiedniu, i zaczął
go prosić, a potem grozić mu, nalegając, aby go poznał z dwoma szacownymi
księżmi biskupami i przedstawił im go jako człowieka godnego najwyższego
zaufania – po to, aby ci księża biskupi z kolei w ten sam sposób przedstawili go
Antoniemu Macierewiczowi. Cypel nie uległ szantażowi i tego nie zrobił. Tobiasz
jakimś innym kanałem, nie wiem jakim i chyba już się nie dowiem, bo to pytanie
chciałem mu zadać w sądzie, dotarł do Antoniego Macierewicza. Celem płk.
Tobiasza było zatem dotarcie do bezpośredniego otoczenia Antoniego Macierewicza
i znalezienie czegokolwiek, co mogłoby zdyskredytować działania komisji
weryfikacyjnej WSI.

Dlaczego Tobiasz był aż tak zdeterminowany?

– Walczył de facto o życie, ponieważ toczyły się przeciwko niemu sprawy karne
w prokuraturze wojskowej. Po odejściu Prawa i Sprawiedliwości od władzy i
przejęciu władzy przez Platformę Obywatelską spotkał się z Bronisławem
Komorowskim i powiedział mu, że ma pewne możliwości wykazania, że komisja
weryfikacyjna WSI jest skorumpowana. Komorowski był z początku bardzo
zainteresowany poznaniem materiałów, które mogłyby skompromitować komisję. W
pewnym momencie zdał sobie jednak sprawę, że wchodzi ze swoimi kolegami w jakąś
grę, która nie wiadomo, dokąd go zaprowadzi. Odbyła się wtedy tajna narada z
udziałem Bondaryka i Grasia, po której Bondaryk, niczym szofer, zawiózł Tobiasza
do ABW, która natychmiast roztoczyła nad nim parasol ochronny.

W jakim celu?

– Dostał się pod parasol ochronny ABW – zawieszono śledztwo prowadzone
przeciwko niemu. Liczono na to, że pomoże on uderzyć w sztandarowe dzieło PiS,
jakim była komisja weryfikacyjna WSI. W tym samym czasie, kiedy Tobiasz został
objęty parasolem ochronnym, jego żona dostała także pracę w Urzędzie Miasta w
Warszawie, a syn awansował. Tobiasz chciał wyjechać jeszcze na placówkę
dyplomatyczną do Kazachstanu, ale kiedy ówczesny szef Służby Kontrwywiadu
Wojskowego Grzegorz Reszka natknął się na jego dokumenty mówiące o kontaktach z
rosyjskim wywiadem, rzucił te dokumenty na stół i nie zgodził się na to. Później
zrobiła się z tej całej sprawy śnieżna kula, sieci zarzucono bardzo szeroko. Nie
ja byłem celem tej operacji, mnie przypisano rolę naboju, który bez mojej wiedzy
i woli ma uderzyć w komisję weryfikacyjną WSI. Do rozgrywki, której celem była
komisja weryfikacyjna WSI, Tobiasz zwerbował także szantażem innego oficera WSI
Aleksandra L.

Z którym Pan kontaktował się, chcąc uzyskać od niego informacje w
prowadzonych przez Pana śledztwach dziennikarskich.

– Pułkownik L. rzeczywiście był bezcennym źródłem informacji – które
oczywiście wymagało stałej weryfikacji – poznał mnie z mnóstwem ludzi. Miałem
nadzieję, że będę mógł uzyskać od niego dane, które pomogą mi w dziennikarskim
śledztwie dotyczącym śmierci ks. Jerzego Popiełuszki. Kilka rzeczy, które mi
powiedział, zweryfikowałem z ustaleniami śledztwa prowadzonego przez prokuraturę
pod nadzorem prokuratora Andrzeja Witkowskiego. Te informacje wzajemnie się
uzupełniały. Na ogół udzielał prawdziwych wiadomości. Jeśli nie chciał o czymś
mówić, nie mówił, ale jeśli coś mówił, było to możliwe do zweryfikowania i
potwierdzały to inne źródła. Dzięki L. wniknąłem także jako dziennikarz
próbujący poznać działania przestępców w struktury mafii pruszkowskiej, poznałem
mecenasa Andrzeja P., który był adwokatem mafii.

Okazało się jednak, że Aleksander L. oprócz grania informacjami
uczestniczy także w operacji prowadzonej przez Tobiasza.

– W mojej sprawie udało mi się w L. wyrobić przekonanie, że istnieją nagrania
z pewnych prowadzonych przez niego rozmów – bo istnieją – i on, bojąc się kłamać
tak ostentacyjnie, przyznał się w formie zawoalowanej, ale czytelnej, do tego,
że od początku tej historii współpracował z pułkownikiem Tobiaszem. Do
ostatniego momentu przed zatrzymaniem utrzymywał z Tobiaszem serdeczne stosunki.
Zapytałem, jak to wytłumaczy. Odpowiedział, że nie wie.

Tobiasz miał zeznawać 1 marca.

– Tak, bardzo chciałem, żeby zeznawał. Liczyłem na to, że tak jak udało mi
się poprzez zadawanie pytań wykazać kłamstwa Aleksandra L., podobnie uda mi się
wykazać kłamstwa Tobiasza. Przygotowałem sobie cały plan pytań na tę rozprawę.
Na poprzednie Tobiasz się nie stawiał – nie wiadomo dlaczego. Senator
Romaszewski niecierpliwił się, że wciąż nie możemy usłyszeć zeznań Tobiasza, i
spytał, czy można się tak nie stawiać na rozprawy bez końca. Okazało się, że
można. Tylko ten koniec był dość, że się tak wyrażę, zaskakujący.

Ta rozprawa miała doprowadzić do konfrontacji z Bronisławem
Komorowskim?

– Na tej rozprawie chciałem mu zadać pytania, a na kolejne wnioskowaliśmy o
konfrontację z Komorowskim. Tobiasz z początku zachowywał się tak, jakby
Komorowskiego w ogóle w tej sprawie nie było. Później mówił rzeczy skrajnie
odmienne niż prezydent. Tobiasz zapewne dlatego bał się stawiać na rozprawy,
ponieważ wiedział, że jeśli będzie się bronił, będzie musiał oskarżyć swojego
prezydenta i swojego znajomego.

W jaki sposób Bronisław Komorowski przedstawiał spotkania z
Tobiaszem?

– Twierdził z początku, że doszło do jednego spotkania, później rozwinął to,
mówiąc, że spotykał się z nim dwa razy w ciągu tygodnia, a kiedy na jaw wyszły
zeznania różnych świadków, okazało się, że spotykali się przez dwa miesiące.
Było to jesienią 2007 r., kiedy Bronisław Komorowski był najpierw posłem, a
później marszałkiem Sejmu. Oleksy za spotkania z Ałganowem w podlaskich lasach
zapłacił stanowiskiem premiera, rzekome spotkania Kwaśniewskiego z tym samym
panem na plaży w Cetniewie także wywołały potężną aferę. Co natomiast zrobił
Komorowski? Kiedy od oficerów tajnych służb dostał propozycję dotarcia do aneksu
do raportu WSI, "wyraził zainteresowanie tą propozycją". Tak odpowiedział na
pytanie mojego adwokata. Później przesłuchiwany był Graś, członek sejmowej
Komisji ds. Służb Specjalnych – chodziło o wyjaśnienie, dlaczego tą sprawą
zajęła się ABW, a nie służby wojskowe. Graś nie chciał odpowiedzieć na to
pytanie. Dociśnięty do muru przyznał w końcu, że miał informację, że jeden z
tych żołnierzy może być powiązany z obcym wywiadem. Na pytanie, skąd miał taką
informację, odpowiedział: "Powiedział mi to Bronisław Komorowski". Na mój
wniosek Komorowski został po raz drugi wezwany do prokuratury. Zadaliśmy mu
pytanie, czy wiedział, że jeden z oficerów może mieć związki z obcym wywiadem,
odpowiedział: "Miałem taką wiedzę, ale nie wiedziałem, czy to jest prawda, nie
potrafiłem tego zweryfikować". Teraz dodajmy te elementy. Marszałek polskiego
Sejmu chce, żeby dwóch oficerów służb specjalnych zdobyło dla niego najbardziej
tajny z tajnych dokumentów, mając informację, że co najmniej jeden z tych
oficerów może mieć powiązania z obcym wywiadem. To są jego słowa. To jest sto
razy więcej, niż zrobił Kwaśniewski i Oleksy razem wzięci. I co się stało? Nic
się nie stało. Rok później został prezydentem.

A wcześniej była katastrofa smoleńska.

– Tak jest. Bronisław Komorowski, mając wiedzę, a przynajmniej podejrzenia,
że spotyka się z człowiekiem mającym związki z obcym wywiadem, wyraża chęć, żeby
ten w nielegalny sposób zdobył dla niego najbardziej tajny z tajnych dokumentów.
To powinien być nie tylko koniec kariery politycznej Komorowskiego. Tymczasem
coś, co zdmuchnęło Oleksego jak świeczkę, coś, co prawie zniszczyło karierę
Kwaśniewskiemu – a to był zaledwie wiaterek w porównaniu do wichru, w który wdał
się Bronisław Komorowski – zupełnie nie tknęło obecnego prezydenta.

Bronisław Komorowski aneks do raportu jednak dostał.

– Tak. Jak wszyscy pamiętamy, w pierwszej kolejności po katastrofie
smoleńskiej zadbał o to, żeby dostać się do aneksu. Wiadomo jednak, że gdyby ta
historia z Tobiaszem toczyła się tak jak do tej pory, musiałby on w pewnym
momencie stanąć przed sądem i złożyć zeznania. W tej chwili, kiedy nie dojdzie
do konfrontacji z Tobiaszem, nie wiem, jak to będzie. Wolałbym móc zadać mu
pytania i skonfrontować go z prezydentem Komorowskim. Nie wiem, czy w tej
sytuacji prezydent Komorowski pojawi się w sądzie i złoży zeznania.

Tymczasem Pan nadal jest oskarżony o pośrednictwo w płatnej
protekcji.

– Pułkownik Tobiasz, który nagrywał wszystkich i zawsze i który z dyktafonem
nie rozstawał się zapewne nawet pod prysznicem, twierdził, że spotykał się ze
mną i omawiał niecne propozycje kilka razy, ale nigdy mnie nie nagrał, ponieważ
albo nie działał jego sprzęt, albo zapominał go ze sobą wziąć.

Teraz będzie Pana oskarżał Aleksander L.?

– Będzie on podtrzymywał zarzuty pod moim adresem. Gra on ręka w rękę z
prokuraturą i chce się dobrowolnie poddać karze. Jego zeznania mają jednak dość
szczególny charakter. Zdarzyła się na przykład taka rozprawa, w której L. na
początku mówił co innego niż pod koniec jej trwania. Zupełnie inaczej
przedstawiał na przykład historię spotkań z prezydentem Komorowskim. Nawet sąd
dociekał, która z przedstawionych przez niego wersji jest prawdziwa. Z pewnych
zeznań wycofywał się, innym razem zasłaniał niepamięcią, kiedy go dociskałem,
mówił, że źle się czuje, i prosił o przerwę. Mówiąc krótko – w ocenie
obserwatorów, którzy biorą udział w procesie, udało się wykazać, że kłamał. Jest
zresztą werdykt sądu w innej sprawie, w której wbrew jego woli powołałem go na
świadka. Dotyczy to powiązanej z dawnymi specsłużbami spółki Megagaz – maleńkiej
spółki, która w konsorcjum z inną spółką dostała kontrakt na mniej więcej 900
mln złotych, a następnie nie wywiązała się z realizacji inwestycji. Po procesie
z powództwa Megagazu sędzia, uniewinniając mnie, powiedział, że zeznania L. są
nie tylko niewiarygodne, ale wręcz urągają zasadom logicznego myślenia.

Zeznania Aleksandra L. obciążają prezydenta?

– Istnieją rozbieżności między słowami prezydenta a zeznaniami L. i jest to
jakiś punkt zaczepienia. To rozbieżności bardzo istotne, nie są one jednak aż
tak skrajnie widoczne, jak w przypadku Tobiasza i Komorowskiego.

Jak będzie wyglądać rozprawa 1 marca?

– Nie wiem. Miał się na niej stawić płk Tobiasz. Na dwie rozprawy się nie
stawił. Na tej miał złożyć zeznania, które mieliśmy skonfrontować z faktami
ujawnionymi na poprzednich rozprawach. Mieliśmy wykazać, czym zajmował się płk
Tobiasz i jaki był poziom jego wiarygodności. Na świadków zostali wezwani także
ludzie, których Tobiasz zniszczył – oficerowie wojska. Był wzywany także Paweł
Graś w sprawie zeznań dotyczących współpracy Tobiasza z obcym wywiadem. On także
miał zostać skonfrontowany z Tobiaszem. Szykował się tutaj cały szereg
spektakularnych dwugłosów: Tobiasz – Graś, Komorowski – Tobiasz, Tobiasz –
Bondaryk. Tobiasz miał być przesłuchiwany przez szereg rozpraw. Był kluczowym
świadkiem. W tej chwili wszyscy ludzie, którzy mieli zostać z nim
skonfrontowani, najprawdopodobniej będą wnioskować o to, żeby ich nie
przesłuchiwano. Nie wiem, jak ta historia się dalej potoczy. Pójdę 1 marca na
rozprawę, to się dowiem. Zastanawiam się czasem, czy przy różnych grach
operacyjnych służb specjalnych i ich w zasadzie nieograniczonych możliwościach
moje mozolne dochodzenie do prawdy ma w ogóle jakiś sens. Chcę wierzyć i taką
mam też nadzieję, że jednak ma.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj