Dość żerowania na moim Mężu
Z Ewą Błasik, żoną gen. Andrzeja Błasika, Dowódcy Sił Powietrznych
RP, który zginął w katastrofie rządowego samolotu nieopodal Katynia, rozmawia
Piotr Czartoryski-Sziler
Jak przyjęła Pani informację prokuratorów, że nie ma żadnych dowodów
potwierdzających obecność Pani Męża w kokpicie?
– Ten dzień to dla mnie wielkie zwycięstwo prawdy. Od początku byłam o nią
spokojna, bo znam mojego Męża i tak jak całe uczciwe polskie i nie tylko polskie
lotnictwo nigdy nie pogodziłam się z kłamliwymi zarzutami pod jego adresem.
Andrzej szanował wszystkich ludzi, bez względu na stopień, był odwrotnością
tego, co o nim mówiono. Był oazą spokoju, jak ojciec dbał o swoich lotników,
więc nie mógł zachowywać się tak, jak nam wmawiano. Telewizja Polska nagrała w
pierwszych tygodniach po katastrofie smoleńskiej film pt. "Generale, służba
trwa". W tym filmie wypowiadają się wszyscy podlegli mojemu Mężowi ludzie,
którzy go znali, łącznie z sekretarkami. To film mówiący jednoznacznie, jakim
wspaniałym, ciepłym człowiekiem i rozsądnym i odpowiedzialnym generałem był mój
Mąż. I to jest prawdziwy obraz jego osoby, cała prawda o nim.
Po raporcie MAK w świat poszedł jednak przekaz, że pijany generał
naciskał na załogę, doprowadzając do katastrofy samolotu. Także w Polsce starano
się tę tezę uwiarygodniać.
– To haniebne, co zrobił Edmund Klich, rozpoczynając nagonkę na mojego Męża z
pseudoekspertami lotniczymi, jak panowie Tomasz Białoszewski, Jan Osiecki,
Tomasz Hypki, Robert Latkowski czy Stefan Gruszczyk. Nawet przed konferencją
prokuratury słyszałam wypowiedź Białoszewskiego, który stwierdził, że gdyby
nawet generała Błasika nie było w tym samolocie, to i tak był za ten lot
odpowiedzialny. Pan Białoszewski jest człowiekiem niegodnym wypowiadać nazwisko
mojego Męża, nie ma pojęcia o tym, co mówi, jedynie się ośmiesza i obnaża własną
ignorancję i złą wolę. Broni się, bo za książkę "Ostatni lot" grozi mu
postępowanie sądowe, i dlatego dalej będzie wmawiał innym nieprawdę. Czas
najwyższy, żeby odpowiednie służby zainteresowały się tymi wszystkimi tzw.
ekspertami lotniczymi, którzy od samego początku – tak jak Edmund Klich – bronią
stanowiska Rosjan. To są ludzie, którzy wręcz żerują na śmierci mojego Męża, nie
mając pojęcia, jaką miał on funkcję i jaką był osobowością. To żałosne i
żenujące, że twierdzą, iż Mąż nadzorował załogę, on przecież odpowiadał za całe
lotnictwo, miał pod sobą tysiące ludzi. Z satysfakcją przysłuchuję się głupocie
tych "ekspertów".
Ekspertyza fonoskopijna potwierdziła, że słowa, które przypisywano
generałowi Błasikowi, w rzeczywistości wypowiadał drugi pilot. Tym samym
wyeksploatowana do granic wytrzymałości teza o naciskach i braku współpracy
między załogą definitywnie upadła.
– Od początku wiedziałam, że dla Męża świętością było bezpieczeństwo lotów i
przestrzeganie procedur. Skoro załoga wiedziała, że na pokładzie samolotu jest
mój Mąż, tym bardziej powinna była przestrzegać wszystkich zasad i procedur
bezpieczeństwa. Andrzej był w tym samolocie dla nich ochroną, gwarancją, że nikt
nie będzie na nich naciskał i wpływał na ich decyzje. Major Arkadiusz Protasiuk
bezwzględnie był dowódcą tego statku, a mój Mąż tylko pasażerem, co do tego nie
miałam nigdy żadnej wątpliwości. To, co w tej chwili ujawniła prokuratura, jest
tylko potwierdzeniem mojej wiedzy, odczuć i przekonań. Ci, którzy chcieli
ośmieszyć nie tylko mojego Męża, ale i naszych pilotów, powinni się dziś
wstydzić, wiadomo bowiem, że załoga właściwie pracowała. Broniąc Andrzeja, będę
dalej bronić także ich honoru, bo nie zasługują na niesprawiedliwe opinie tzw.
ekspertów lotniczych, którzy w konsekwencji są też współodpowiedzialni za
rozwiązanie specpułku.
Dziękuję za rozmowę.
