Doki cały czas puste
Podjęta została kolejna próba sprzedaży majątku stoczni w Gdyni. Wczoraj
upływał termin wpłaty wadium uprawniającego do udziału w przetargach na zakup
nieruchomości. Wpłaciło je 10 firm. W połowie września odbędzie się zaś
licytacja tych części gdyńskiej stoczni, których nie udało się sprzedać w
ubiegłym roku.
Stocznie w Gdyni i Szczecinie zostały zamknięte, a ich majątek podzielony i
zlicytowany. W grudniu 2008 r. rząd PO – PSL przyjął specustawę stoczniową,
która dawała stoczniowcom m.in. możliwość skorzystania ze szkoleń
przygotowujących do nowych zawodów lub rozwijających dotychczasowe umiejętności.
Rząd Donalda Tuska w ubiegłym roku robił nadzieję stoczniowcom, ogłaszając, że
znalazł dla stoczni rzekomego inwestora z Kataru, i obiecywał kontynuację
produkcji statków. Obietnice te okazywały się jednak puste.
Wadia uprawniające do udziału w przetargach na części majątku Stoczni Gdynia,
które nie znalazły nabywców w ubiegłym roku, wpłaciło 10 firm – poinformował
wczoraj zarządca kompensacji Roman Nojszewski. Majątek stoczni Gdynia wystawiono
łącznie do 20 przetargów, natomiast inwestorzy zgłosili się do 7 z nich.
Na 15 września wyznaczono kolejną licytację części majątku stoczni w Gdyni.
Chociaż większość nieruchomości gdyńskiej stoczni w wyniku przeprowadzonych w
ubiegłym roku przetargów i aukcji udało się sprzedać (sprzedano 25 z 37 pakietów
majątku stoczni), to jednak transakcji tych, zdaniem związkowców, nie należy
uważać za zbyt udane. Według Aleksandra Kozickiego, wiceprzewodniczącego
"Solidarności" likwidowanej Stoczni Gdynia, w przypadku osób, które znalazły
zatrudnienie na terenie postoczniowym, trudno mówić o pracy w pojęciu, do
jakiego pracownicy byli przyzwyczajeni. – Miesięcznie na teren ten przez bramę
przechodzi ok. 1,5 tys. osób, które traktuje się jako pracujące, ale liczba ta
obejmuje także tych, którzy tylko raz w miesiącu przekroczą bramę. Poza tym
ludzie pracują na wszelkie sposoby, tylko nie na umowę o pracę – podkreśla
Kozicki.
Przed zamknięciem stoczni pracowało w niej ok. 5,5 tys. osób. – W częściach już
sprzedanych nie ma produkcji w poważnym stopniu. Tak naprawdę dekoniunktura
powoduje, że nabywcy pozostali z majątkiem – dodaje Kozicki. Wskazuje on też, że
stawki płac są niskie, a ludzie podlegają wręcz wyzyskowi. Najważniejsze rzeczy,
które pozostały do sprzedaży, to doki, w tym ten największy. – Może w tym
wrześniowym przetargu znajdzie właściciela. Jest to narzędzie służące do
szybkiej budowy kadłubów, a tak naprawdę jednostek, ponieważ 80 procent budowy
jednostki osiągano w doku – wyjaśnia stoczniowiec.
Pracownicy nie są zadowoleni z przeprowadzonych szkoleń. – Skuteczność szkoleń
jest symboliczna. Tym bardziej że szkolono początkowo w celu podwyższenia swoich
kwalifikacji zawodowych i dalszej specjalizacji np. spawaczy, bo liczono na to,
iż zgodnie z zapowiedziami rządu będzie kontynuacja produkcji stoczniowej.
Szkolono ludzi na rynek, który był likwidowany – uważa Krzysztof Fidura,
wiceprzewodniczący "Solidarności" likwidowanej Stoczni Szczecińskiej Nowa. – O
ile w Gdyni część majątku pracuje, o tyle u nas jest kompletne zero. Cała część
produkcyjna stoczni, pochylnia, malarnia i prefabrykacja, nabrzeża, wszystko to
nie zostało sprzedane – wyjaśnia Fidura. – W tej chwili na terenie stoczni
niczego nowego się nie produkuje, a najgorsze jest to, że nie ma żadnego
pomysłu. Po deklaracjach rządu, że będzie się produkować statki, nie wytwarza
się nawet gwoździ – dodaje Fidura. Podkreśla, że fachowcy od spawania czy
malowania statków z wieloletnim doświadczeniem pracują w ochronie supermarketu
albo jako portierzy w szkołach.
Jak wyjaśnia rzecznik zarządcy kompensacji Andrzej Stolarczyk, na jesieni tego
roku zostanie przeprowadzona także aukcja pozostałego majątku stoczni
szczecińskiej, jednak termin nie został jeszcze wyznaczony. Zarządca kompensacji
ma czas do końca I kwartału przyszłego roku na zakończenie procesu sprzedaży
majątku zakładów produkujących do niedawna statki.
Paweł Tunia
