Do zobaczenia na marszu
Ileż to razy słyszeliśmy, że nie powinno się opisywać rzeczywistości za
pomocą czarno-białych kolorów, że życie ma różne odcienie. Że oceniając
zjawiska, a już szczególnie ludzi, należy pamiętać o wielu kolorach,
zabarwieniach czy półcieniach. Ciekawe, że ta "życiowa mądrość" kłóci się z
rzeczywistym i oczywistym istnieniem koloru białego i czarnego. Dopatrywanie się
w białym szarości czy doszukiwanie się większej czerni w czarnym, jeżeli w ogóle
ma jakiś sens, to tylko w reklamach proszków do prania. Podobnie z naszą mową:
"tak" nie może oznaczać "nie" i odwrotnie. Kościół przypomina nam nawet, że
zarówno "tak", jak i "nie" trzeba dwukrotnie powtórzyć dla pewności i jasności.
To ważne, tym bardziej że lubimy często do "nie" czy "tak" dodawać drobne słówko
"ale".
Po wystąpieniu premiera Donalda Tuska w Sejmie, w którym utrącił inicjatywę
posłów PiS wystąpienia do Rosji z apelem o zwrot polskiej własności – wraku
tupolewa, zareagowałem typowo, prostolinijnie. Uznałem, że skoro premier nie
tylko że nie chce takiej uchwały, ale jej pomysłodawców uważa za zdrajców
Narodu, to znaczy, iż stracił kontakt z rzeczywistością, że może znajduje się w
jakiejś wielkiej traumie. No bo jak można rezygnować z ważnej, parlamentarnej
drogi w celu przyspieszenia i zakończenia śledztwa. Tym bardziej że rolą
parlamentów jest zajmowanie się ważnymi dla rządu i opinii publicznej sprawami.
Ostatnio parlament we Francji wypowiedział się w sprawie ludobójstwa Ormian,
uznając za naganne, a nawet karalne publiczne negowanie tego pierwszego w naszej
części świata holokaustu. Abstrahując od faktu, że pierwszym w nowożytnej
Europie holokaustem była rewolucja francuska, uchwała francuskich deputowanych
została zgodnie przyjęta. Ormianie przyjęli ją z uznaniem, a ze zdecydowanym
sprzeciwem odrzucili Turcy. Polski parlament, o ile dobrze pamiętam, wypowiadał
się w sprawie ograniczania wolności na Białorusi, szykował uchwałę sejmową w
sprawie umowy ACTA. Jaki zatem może być związek między uchwałą Sejmu domagającą
się od Rosji przyspieszenia procedury zwrotu polskiej własności a wrogą
działalnością PiS wobec państwa i Narodu, określoną jako zdrada? Zgodnie z
semantyką i samą logiką – żaden. Pierwszą zatem reakcją na ten ewidentny brak
logiki jest jakaś forma troski o czyjeś zdrowie, tak bym wyjaśnił, na czym
polegała ta moja prostolinijność.
Ale po krótkim czasie głos zabierają także specjaliści, jak na przykład
socjolog dr Barbara Fedyszak-Radziejowska. Ocena nielogicznego zachowania
premiera zostaje rozwinięta o całkiem logiczne motywy, jakimi się
najprawdopodobniej kierował. Zdaniem pani profesor, mamy tu do czynienia ze
świadomym zabiegiem propagandowym polegającym na przypisaniu przeciwnikowi
politycznemu własnych motywów działania. Coś, co w języku potoczonym określane
jest jako "łapaj złodzieja". Propagandowy zabieg okazał się skuteczny. Główne
media akcentują dziś słowa Jarosława Kaczyńskiego o zdradzie Tuska, pomijając
kompletnie fakt, że była to jego riposta na sejmowe wystąpienie premiera, w
którym, uzasadniając odrzucenie propozycji uchwały PiS, przywołał tradycję
zdrady narodowej – "list do cara" – w wykonaniu PiS. Doktor
Fedyszak-Radziejowska nazwała ten medialny zabieg "rewitalizacją wiarygodności
niewiarygodnych mediów". Ja nazwałbym to mniej naukowo – "uczcie się, jak
skutecznie można kłamać, aby zyskać na wiarygodności".
W efekcie: przestaje istnieć sprawa celowości uchwały, z nową siłą odżywa
wypróbowana metoda walki z PiS za pomocą absurdalnych oskarżeń, Platforma i jej
zwolennicy dostają sygnał, że jest szlaban na wszelkie inicjatywy przeciwnika,
nawet te z pozoru dobre, dotyczące śledztwa smoleńskiego.
Wyobraźmy teraz sobie, że nie ma Radia Maryja, nie działa Telewizja Trwam, nie
ma prawicowej prasy, a internet podlega kontroli. Taka sytuacja jest możliwa,
gdy totalnej bezwzględności w promowaniu kłamstwa, przewyższającego niekiedy
swoją nikczemnością "dokonania" PRL-u, nie przeciwstawi się świadomy zagrożeń
polski Naród.
Wojciech Reszczyński
Do zobaczenia na sobotnim Marszu w obronie Telewizji Trwam.
