Dłużnik beznadziejny, czyli elita wykluczonych

Politycy nie potrafią do nich trafić, choć ten, kto będzie miał pomysł,
jak pomóc dłużnikom, może zmienić naszą scenę polityczną, pozyskując liczący się
elektorat.

Nie trzeba szukać "wykluczonych" tylko wśród bezrobotnych mieszkańców wsi
popegeerowskich, miasteczek upadłego przemysłu czy siedzących na walizkach
młodych emigrantów. Mimo że są pokaźną (większościową?) grupą wyborców, tak
naprawdę się nie liczą. Są pasywni, zamknięci w swojej biedzie i – co
najważniejsze – politycznie nieobecni. Niektórzy z nich kiedyś uwierzyli
Samoobronie. I co z tego wyszło? Politycy nie muszą o nich zabiegać ani martwić
się ich problemami. Pozostaną oni sami w swojej beznadziei.

Opowiastka pierwsza: milczący przegrani
Jest jednak znacznie ważniejsza i przez cyniczną politykę zupełnie (to jej
wstrętna cecha) "niezagospodarowana" grupa, których wykluczenie ma zupełnie inną
treść. Są to dłużnicy. Jest ich dużo. Więcej, niż sądzimy. Tylko tych, którzy
nie są w stanie nadążyć za rosnącymi w złotych długach "frankowych", jest ponad
600 tysięcy. A tych, którzy nie spłacają regularnie zwykłych kredytów
złotówkowych, jest grubo ponad milion, choć dokładnej liczby jakoś nie można w
sposób wiarygodny ustalić. Dodajmy do tego dłużników podatkowych, czyli tych,
którzy zalegają z płaceniem podatków. Tu znowu niełatwo oszacować tę populację,
choć kwota ciążących długów (wraz z odsetkami) gwałtownie rośnie i wynosi już
ponad dwadzieścia pięć miliardów złotych, czyli więcej niż roczne wpływy z
podatku dochodowego od osób prawnych.
Ostateczny szacunek ilościowy całej grupy dłużników zamyka się najmniej w trzech
milionach osób. A gdy dodamy do nich dłużników ZUS, to może się okazać, że
liczba ta jeszcze się zwiększy. Sądzę, że do tej grupy zaliczają się również
osoby, które za błędnie złożone zeznania lub wadliwe, zdaniem organów
podatkowych, wnioski, spotkały się z zarzutem… popełnienia przestępstwa
karno-skarbowego. W zeszłym roku liczba osób skazanych wzrosła o sto procent. To
też osoby w sensie dosłownym "wykluczone".
Co łączy w jedną całość wiele grup naszych dłużników? Przede wszystkim są to
ludzie, którzy choć przez chwilę, w sumie dość odległą, skorzystali z owoców
swojego zadłużenia. Dzięki niemu stali się, przynajmniej przez jakiś czas,
uczestnikami sukcesu ekonomicznego. Przynajmniej przez pewien czas poczuli, że
"żyją w kapitalizmie". Są wciąż obecni i opiniotwórczy. Politycy nie potrafią do
nich trafić, choć mogliby im coś poważnego zaproponować. Ten, kto będzie miał
pomysł, jak pomóc dłużnikom, może zmienić naszą scenę polityczną, pozyskując
liczący się elektorat. A istota propozycji ma dość oczywistą treść: ciężar
długów musi być złagodzony, a bezzasadne represje uchylone. Najłatwiej to zrobić
z podatkowymi długami konsumentów. Wiadomo, że w większości nigdy ich nie
spłacą, a umorzenie ciężarów nie jest zakazaną w tym regionie świata "pomocą
publiczną". Przedsiębiorcom można w większości przypadków rozłożyć na raty
podatkowe ciężary, bo to z reguły jest możliwe i prawnie dopuszczalne. Dłużnikom
kredytów frankowych trudniej pomóc. Przeciwnikiem jest tu wszechwładne lobby
bankowe rządzące na salonach politycznych. Zresztą są to z reguły te same osoby,
bo w "bankowości" kończy się u nas kariery polityczne i urzędnicze. Jedynym
sensownym pomysłem jest ustawowe określenie górnej (i dolnej) granicy zmiany
wielkości długu w złotych. Jeśli pożyczyłeś 100000 zł, to twój dług, w
zależności od zmiany kursu złotego wobec franka, może wzrosnąć lub spaść, ale
nie więcej niż np. 30 procent. To można i trzeba zapisać w ustawie i objąć tym
ograniczeniem kredyty udzielone konsumentom. Ryzyko musi być rozłożone, bo to
nie jest kasyno czy zakład bukmacherski.
Jeżeli idzie o rosnącą z każdym rokiem grupę "przestępców" podatkowych, którzy
nie mieli szczęścia interpretacyjnego, to po prostu należy im odpuścić urojone
winy, bo przecież za poglądy prawne, przynajmniej teoretycznie, nie można nikogo
w świetle konwencji międzynarodowych karać, choć u nas w podatkach jakoś się ich
nie stosuje.
To wszystko zależy dziś od władzy publicznej, która może elegancko zapomnieć o
niektórych wierzytelnościach, których i tak nie ściągnie. Oczywiście, nie
wszystkich, ale dla dłużników liczy się każdy darowany grosz. W kwestii kredytów
frankowych problem polega na wiarygodności: po której stronie jest nasze prawo –
banków czy wystrychniętych na dudka dłużników. To coś więcej niż pieniądze. Nie
warto również zastępować rejestru przedsiębiorców Centralnym Rejestrem Karnym,
gdzie wpisuje się wszystkich prawomocnie skazanych, w tym za przestępstwo,
którego istotą była przegrana w loterii interpretacyjnej.

Opowiastka druga: schowani w tłumie
Niełatwo w naszym kraju udźwignąć sukces. Nawet ten najmniejszy. A cóż dopiero
zarobić pieniądze. Mało kto wierzy, że można to zrobić "uczciwie". Nie wiemy,
jak uczyć tych, którzy mają robić interesy, które wzbogacą również nas
wszystkich. Lata ogłupiania, że podatki mają być proste i w dodatku niskie,
zostawiły piętno w naszej zbiorowej świadomości. Mamy biedne i niesprawne
państwo, które w dodatku ma samo znaleźć pieniądze na swoje utrzymanie. A
przecież treścią i istotą naszej gospodarki nie są korporacyjne molochy, lecz
miliony znerwicowanych ludzi, którzy chcąc zarobić, tworzą nie tylko miejsca
pracy dla innych, ale również płacą podatki. Ci dobrze wiedzą, że najlepiej być
cichym i nierozpoznawalnym. Nie trzeba budzić zawiści, a zwłaszcza złych
instynktów ludzi władzy, którzy potrafią być groźni. Do nich najlepiej pasuje
żart, że "w naszej robocie nie należy za dużo mówić". Daleko od mediów i
polityki. Choć chcą być długodystansowcami, sił wystarcza im na nie więcej niż
dziesięć lat. Potem przychodzi zadyszka.
Warto ich chronić. Myślą i słowem. Są to ludzie, których siły są największym
potencjałem naszej współczesności. Oczywiście, że łatwo ich zniszczyć, lecz jaki
to ma sens? Im wystarczy nie przeszkadzać. Faktycznie zaliczają się również do
"grupy wykluczonych": jeśli to ich chroni, to lepiej, aby tak pozostało.

Opowiastka trzecia: zagubiony inteligent
Ktoś powinien myśleć i mieć na to czas. W dodatku robić to w dobrej wierze.
Kiedyś była to nauczycielsko-urzędnicza inteligencja, którą – jak zawsze –
uzupełniali księża i emerytowani oficerowie. Jak w bajce, gdzie w każdej, nawet
najmniejszej społeczności byli ci stateczni mędrcy, których myśl i poglądy
niosły ład i sprawiedliwość. Bo taka ich rola. Teraz wszystko się pozmieniało.
Zagadany świat utopił w jazgocie wszystko, co ma jakikolwiek sens. Magiel, czyli
wrzask blogerów. Każdą myśl, nawet najmądrzejszą, można zawrzeszczeć, zohydzić
lub wdeptać w piach banału. Życie intelektualne stało się globalnym blogiem, w
którym każdy może anonimowo pleść dowolne androny, nie ma miejsca dla
intelektualistów. Kiedyś głupków nie dopuszczano do każdej rozmowy. Dziś
zagubiony i zdegradowany inteligent dołączył do klubu wykluczonych. Bo czy jest
jeszcze komuś potrzebny? Tu potrzeba przykładu i siły, by walczyć z wrzaskiem,
którego nie można i nie warto przekrzyczeć.

 

Prof. dr hab. Witold Modzelewski
 

 


Autor jest prawnikiem, ekspertem w dziedzinie finansów i polityki
podatkowej, profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, prezesem Instytutu Studiów
Podatkowych.

drukuj