Dekrucyfikacja w PRL

Walka z komunizmem była walką o krzyż; batalią z materializmem niosącym
duchową pustkę, którego wyznawcy zmierzali do zniszczenia wiary i jej symboli. W
propagandzie reżimu ci, którzy usuwali krzyże, reprezentowali zawsze "światłe
siły" – byli rozważnymi obywatelami zmierzającymi do harmonijnego współżycia
społecznego na zasadzie równouprawnienia poglądów. Obrońców krzyża przedstawiano
jako sfanatyzowaną dzicz, burzącą społeczną zgodę, jątrzącą, prowokującą
konflikt ze statecznymi i rozsądnymi władzami państwowymi.

"Ludowa" Polska, okaleczona terytorialnie, pozbawiona elity, która została
wymordowana przez obu okupantów, a po wojnie była dobijana przez Sowietów i
narzuconą przez nich komunistyczną władzę, miała łatwo poddawać się czerwonej
rewolucji. Zmiana granic, wysiedlenia, powszechny terror miały dopełnić
wojennych strat i zniszczeń – zerwać więzi społeczne, unicestwić środowiska
lokalne, rozbić rodziny. Miejsce wspólnoty powinny – w myśl tej taktyki – zająć
samotne jednostki – podatne na manipulację i indoktrynację. Po zniszczeniu
Polskiego Państwa Podziemnego, rozbiciu zbrojnej i politycznej konspiracji,
pacyfikacji jawnie działających opozycjonistów jedyną wspólnotą
przeciwstawiającą się reżimowi pozostał Kościół i symbolizujący go znak: krzyż.
Komuniści przystąpili więc do walki z Kościołem i krzyżem – nazywanym przez nich
"emblematem religijnym". Już pod koniec lat czterdziestych zaczęto usuwać krzyże
z przestrzeni publicznej. Wcześniej zdarzało się, że komuniści wykorzystywali je
instrumentalnie. Jeszcze w 1947 r. stawiano je na stołach, za którymi siedzieli
sędziowie skazujący działaczy niepodległościowych.
Krzyże powróciły do niektórych budynków użyteczności publicznej po "odwilży" – w
1957 r. – gdy Władysław Gomułka, chcąc zyskać społeczne poparcie, udawał, że nie
będzie prowadził walki z Kościołem. Jednak już rok później rozpoczęto "akcję
dekrucyfikacyjną". Przeciwko wiernym broniącym krzyży kierowano jednostki
Milicji Obywatelskiej. Ponownie wróciły one – zwłaszcza do szkół – po Sierpniu
’80. Podwładni "człowieka honoru" – ministra spraw wewnętrznych Czesława
Kiszczaka – przeprowadzili akcję usuwania krzyży po zakończeniu stanu wojennego
na przełomie 1983 i 1984 roku.

Jak to było w Nowej Hucie
Najgłośniejsza w PRL była walka o krzyż w Nowej Hucie. Huta – sztandarowa budowa
"Planu 6-letniego" miała być "miastem bez Boga". Sprowadzano tam młodych ludzi z
całej Polski, którzy wyrwani ze swego naturalnego środowiska, najczęściej
wiejskiego, gdzie silna była wiara katolicka, poddawani byli gwałtownej
indoktrynacji. Części z nich nie udało się przepoczwarzyć w ateistycznego
"człowieka socjalistycznego". Niektórzy z tych, którzy w latach 50. się
zagubili, w latach 60. i 70. przeszli proces rekatolizacji. Między innymi dzięki
temu w latach 80. Nowa Huta stanowiła jedną z ważniejszych wysp antyreżimowego
oporu. W procesie powrotu do wiary tych, którzy pod naciskiem komunistycznej
nagonki zagubili drogę do Boga, istotną rolę odegrał spór o budowę kościoła w
Nowej Hucie.
Starania o jego powstanie podjęto w czasie, gdy Nowa Huta była jeszcze wielkim
placem budowy z robotniczymi barakami. Wówczas nie było możliwe postawienie
krzyża, a wszystkie kolejne petycje były odrzucane przez władze reżimu.
Wykorzystywano klasyczną argumentację: w nowohuckim reżimowym tygodniku
"Budujemy Socjalizm" pisano: "Dziś budownictwo mieszkaniowe stało się
najbardziej palącym, a zarazem trudnym problemem, gdyż z jednej strony odczuwamy
dotkliwy brak mieszkań, a z drugiej nie mniej dotkliwy brak materiałów
budowlanych. Jasną jest rzeczą, że w takiej sytuacji nie wolno nam zmarnować
bądź nieekonomicznie czy pochopnie wykorzystać ani jednej cegły, ani jednej
złotówki. I pytam teraz, czy w świetle tych okoliczności budowa kosztownego
kościoła w Nowej Hucie jest w tej chwili przedsięwzięciem słusznym?".
Dopiero w czasie "odwilży" sytuacja się zmieniła. Powracający do władzy Gomułka,
w poszukiwaniu społecznej popularności zdecydował się na zmianę taktyki w
polityce wyznaniowej. Sens "odwilży" w sferze religijnej tak charakteryzował w
1958 r. Urząd ds. Wyznań: "Kompromisy, jakie zostały dokonane, były – rzecz
prosta – przemianami taktycznymi, a nie ustępstwami ideologicznymi. Są pomyślane
jako metody skuteczniej niż dotychczas zbliżające nasze społeczeństwo do
laicyzacji".
W listopadzie 1956 r. Gomułka przyjął delegację wiernych z Nowej Huty i
zaakceptował pomysł budowy kościoła. Decyzję "zrzucono w dół" i już miesiąc
później Wydział ds. Wyznań Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Krakowie
wydał zgodę na budowę kościoła w Nowej Hucie. W lutym następnego roku władze
miasta wyznaczyły miejsce, w którym miała powstać świątynia: "Między ulicami
Majakowskiego – Marksa – budynkiem teatru kameralnego – zabudową wschodniej
granicy osiedla C-1". 17 marca 1957 r. administrator apostolski metropolii
krakowskiej ks. abp Eugeniusz Baziak poświęcił krzyż, który postawiono w
miejscu, gdzie miał stanąć dom Boży.

Usunąć krzyż!
W 1958 r. Gomułka podjął decyzję o gwałtownym "dokręceniu śruby" polityki
wyznaniowej. Nakazy partyjnej wierchuszki szybko przekazano "w dół". Początkowo
regionalne władze opóźniały zgodę na rozpoczęcie budowy nowohuckiego kościoła, a
w październiku 1959 r. uchyliły wcześniejszą decyzję o lokalizacji. Oznaczało
to, że formalnie władze nadal zgadzają się na budowę kościoła, jednak faktycznie
nie ma miejsca, w którym mógłby on powstać. W styczniu 1960 r. do kurii
metropolitalnej w Krakowie wpłynęło pismo, w którym informowano, że działka, na
której stoi krzyż, przeznaczona jest pod budowę szkoły. Jednocześnie komuniści
rozwiązali Komitet Budowy Kościoła, a zgromadzone przez niego pieniądze
zawłaszczyli, przeznaczając je na budowę szkoły "tysiąclatki". W połowie
kwietnia 1960 r. zażądano usunięcia krzyża z działki, a 27 kwietnia pojawili się
robotnicy zamierzający tego dokonać. Wierni stanęli w jego obronie, przegonili
pracowników. Na działce gromadziło się coraz więcej mieszkańców Nowej Huty.
Skierowanie do walki z nimi jednostek MO i ZOMO, wspieranych przez SB,
rozpoczęło rzeczywistą batalię, która ogarnęła także okoliczne ulice. W nocy
sprowadzono dodatkowe "siły porządkowe", rozpędzając wiernych przy użyciu ostrej
amunicji, co najmniej pięć osób postrzelono, do dziś nie udało się ustalić, czy
były ofiary śmiertelne. Niezweryfikowane przekazy ustne mówią o dwóch osobach
zabitych. Opór trwał do 30 kwietnia, codziennie rano milicjanci za pomocą pałek
przeganiali wiernych spod krzyża. Aresztowano niemal 500 osób, część z nich
skazano na kary do 5 lat więzienia, na innych nałożono grzywny.

"Spokojni robotnicy" i "sfanatyzowany tłum"
Metodą komunistycznych mediów było często przemilczenie. Gdy uznano, że sprawa
nie "rozlała" się jeszcze po kraju, po prostu o niej nie wspominano. Gazety
ogólnopolskie nie uznały wydarzeń w Nowej Hucie za warte odnotowania. Największe
krakowskie dzienniki "Dziennik Polski" i "Gazeta Krakowska" (organ Komitetu
Wojewódzkiego PZPR) w pierwszych dniach po pacyfikacji Nowej Huty nie znalazły
miejsca na poinformowanie o walkach na ulicach "miasta bez Boga". Dzień po
milicyjnej akcji redaktorzy woleli pisać o trzecim dniu obrad zjazdu Związku
Młodzieży Socjalistycznej, wizycie parlamentarzystów meksykańskich w Krakowie i
nawrocie zimy w Europie Zachodniej. Z kolei 29 kwietnia informowano o 90.
rocznicy urodzin Lenina i spodziewanej wizycie "grupy naukowców i techników
radzieckich".
Dopiero w sobotę, 30 kwietnia, opublikowano artykuły odwołujące się do
nowohuckich wydarzeń. "Dziennik Polski" relację z przebiegu utrzymał w
klasycznej formule: "władze miejskie, przy zachowaniu wszelkich przepisów
prawnych, zarządziły podjęcie wstępnych prac budowlanych" – łączących się z
koniecznością usunięcia krzyża. Natomiast "zajścia na placu Teatralnym wywołała
grupa fanatycznych i zdezorientowanych kobiet". Argumentowano następnie
konieczność wybudowania szkoły, bo przecież każde "opóźnienie budowy nowych
obiektów szkolnych grozi dalszym pogorszeniem warunków nauczania". Tymczasem
przeciwko "rozważnym" decyzjom władz miejskich wystąpiła "grupa
nieodpowiedzialnych jednostek, które podsycając emocje religijne przypadkowych
przechodniów, porwały za sobą przede wszystkim żądnych sensacji wyrostków". W
konsekwencji tego "w ekscesy zostali zamieszani ludzie, którym zabrakło
samodzielnego sądu; ulegając psychozie tłumu, pozwolili oni zarazem kierować
sobą nieodpowiedzialnym elementom". By nie było wątpliwości, po czyjej stronie
była racja, dodawano: "jakże inna, spokojna była postawa załóg robotniczych
zakładów Nowej Huty" – które nie zastrajkowały. Nade wszystko jednak
dziennikarze doceniali "organa porządkowe", które przy pomocy "oddziałów
robotniczych" – "przywróciły bezpieczeństwo publiczne, unikając użycia ostrych
środków, a swoją rozważną postawą spowodowały, że obyło się bez nieszczęśliwych
ofiar". Podsumowano zatem: "organa porządkowe zrobiły więc to, do czego zostały
powołane".
W "Gazecie Krakowskiej" opisywano z kolei trudne kształtowanie się nowohuckiej
"klasy robotniczej". Przestrzegano jednocześnie: "Reakcyjne elementy klerykalne
dążyły i dążą do zakłócenia tego procesu, usiłują wnieść w tradycję i oblicze
miasta średniowieczne elementy fanatyzmu i obskurantyzmu". Nawiązywano następnie
bezpośrednio do wydarzeń z placu Teatralnego: "Ostatnio pretekstem do tego
uczyniono sprawę budownictwa sakralnego, usiłując jątrzyć społeczeństwo. Cóż
bowiem innego chciał osiągnąć proboszcz z Bieńczyc, odczytując niedawno z ambony
list Prezydium Miejskiej Rady Narodowej, powiadamiający, że w związku z
rozpoczęciem budowy szkoły Tysiąclecia w centrum Nowej Huty zachodzi potrzeba
przeniesienia w inne miejsce znajdującego się tam krzyża". Tłumaczono więc:
"Skutki tego rodzaju jątrzeń nie dały na siebie długo czekać. Grupa kobiet
rozpoczęła awantury, usiłując uniemożliwić prace budowlane. Brak należytego i
energicznego przeciwdziałania władz wykorzystały chuligańskie i kryminalne
elementy dla burd i awantur".
Kolejne komentarze były zbędne. Sprawa krzyża utonęła w propagandzie "święta 1
Maja". Podkreślano więc, że w pochodzie wzięło udział 4 tysiące osób, a
"mieszkańcy najmłodszej dzielnicy Krakowa" powitali 1 maja w "świątecznej
atmosferze".
Kropkę nad "i" postawił Władysław Gomułka, który przyjechał do Krakowa w połowie
maja, by uczestniczyć w obchodach Dnia Hutnika. W przedrukowywanym w gazetach i
transmitowanym w radiu i telewizji przemówieniu grzmiał: "W tym mieście dominuje
coraz silniej świadomość wielkoprzemysłowych, zdyscyplinowanych, oddanych
sprawie socjalizmu robotników. I to jest decydujące dla oblicza Nowej Huty, a
nie pozostałe jeszcze resztki antyspołecznych szumowin, które niedawno dały o
sobie znać w gorszących chuligańskich ekscesach. Załoga Huty im. Lenina słusznie
potępiła haniebne wyczyny chuliganów podszczutych przez klerykałów (…)".
Pierwszy sekretarz wyznaczył też cel, twierdząc, że pora: "usunąć poza obręb
miasta awanturników i darmozjadów".

Siły miłości i nienawistnicy
Zgodnie z zasadami propagandy przypominanymi przez Mieczysława Jastruna "Pozór,
powtarzany bezustannie nabiera w końcu znamion oczywistości. Aby to się stało,
powtarzany musi być ciągle tak, aby sens jego zagubił się w ostatecznym wyniku".
Takim pozorem był obraz obrońców krzyża. Wskutek manipulacji komunistów grupa
wiernych działających w słusznej sprawie "przeobrażała się" w wiedziony przez
"fanatyczne staruszki tłum chuliganów i kryminalistów". Funkcjonariusze aparatu
represji stawali się zaś statecznymi stróżami prawa dążącymi do zapewnienia ładu
zburzonego przez działających z politycznych pobudek nienawistników,
zmierzających do zburzenia spokoju panującego w komunistycznym "raju" nad Wisłą.
Choć w Nowej Hucie, w miejscu, gdzie miała stanąć świątynia, wybudowano szkołę,
staraniem ks. kard. Karola Wojtyły powstał też, choć gdzie indziej, oczekiwany
kościół – Arka Pana. Nieopodal placu, w którym w 1957 r. wkopano krzyż, stoją
dziś kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, a obok niego odsłonięty w
listopadzie 2007 r. pomnik Krzyża Nowohuckiego.
 

Filip Musiał

Autor jest pracownikiem Instytutu Pamięci Narodowej, kieruje Referatem Badań
Naukowych w oddziałowym biurze Edukacji Publicznej w Krakowie.

drukuj