Czy ktoś za nas napisze historię?

Z Witoldem Waszczykowskim, dyplomatą, byłym wiceszefem Biura
Bezpieczeństwa Narodowego, rozmawia Marcin Austyn

Rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej szukają wsparcia u Polonii amerykańskiej
w szukaniu prawdy o tej tragedii. Chcą spowodować poruszenie Kongresu i
umiędzynarodowienie sprawy. Jest to możliwe?

– Jest to realne, ale taki proces jest długotrwały. Można tu działać dwutorowo.
Po pierwsze, poprzez stymulowanie wyborców amerykańskich, by naciskali na
swojego kongresmana. I to jest kierunek obrany przez część rodzin ofiar
katastrofy. Nasi rodacy żyjący w Stanach Zjednoczonych, będący obywatelami tego
kraju, mają prawa wyborcze i poprzez petycje, apele mogą naciskać na swoich
przedstawicieli w Kongresie. Drugi sposób działań podjęli już kilka miesięcy
temu Anna Fotyga i Antoni Macierewicz, którzy będąc osobami publicznymi, dotarli
do kongresmanów i przedstawili problem.
Trzeba jednak wiedzieć, że bez względu na wybraną ścieżkę kongresmani w dalszych
działaniach mają przed sobą długą drogę. Mogą pewne tematy, np. w postaci
projektów rezolucji, wnosić pod obrady różnych komisji. Jest to proces
skomplikowany, długotrwały i podlegający różnego rodzaju kompromisom. To
wszystko wymaga czasu – najpierw komisja musi podjąć dyskusję, następnie
uchwalić rezolucję i dopiero wtedy trafia do Kongresu. Jeśli zostanie tam
podjęta, to dopiero wówczas autoryzuje do działań np. prezydenta. Nie jest to
proces niemożliwy do zrealizowania, ale może okazać się długotrwały.

Jakie szanse powodzenia mają tego rodzaju inicjatywy, jeśli ze strony rządu
polskiego nie ma sygnałów, by potrzebna była międzynarodowa pomoc?

– Kongres może mieć tu pewien kłopot, bo ma świadomość, że działania podejmowane
są przez osoby prywatne czy polityków opozycyjnych, a nie polityków sprawujących
władzę. Jeśli zatem polski rząd nie wystąpi do Amerykanów, nie wesprze rodzin,
to z uwagi na fakt, że Polska jest zaprzyjaźnionym państwem, Amerykanie mogą nie
przejawiać chęci ingerowania w relacje polsko-polskie.

Co moglibyśmy zyskać na takiej współpracy?
– Tu nie chodzi o to, by namawiać rząd amerykański, by bezpośrednio naciskał na
Rosję, ale o to, by rząd, jego agencje, instytucje wsparły nas w np. różnego
rodzaju ekspertyzach. To także chociażby sprawa zdjęć satelitarnych, nasłuchów
itp. Ponadto Amerykanie mają dobrze rozbudowane lotnictwo, a w związku z tym –
niestety – mają do czynienia z większą liczbą wypadków lotniczych, a zatem mają
też większe doświadczenie w badaniu takich wypadków. Ich pomoc mogłaby polegać
np. na sporządzeniu ekspertyz, ale równie dobrze mógłby to być np. audyt na
każdym etapie polskiego śledztwa. Eksperci mogliby podpowiedzieć, czy idziemy
dobrą drogą, czy wnioskujemy we właściwy sposób, czy stawiamy dobre pytania.
Jest wiele rzeczy, które można w ten sposób zrealizować. Oczywiście nie
wszystkie działania muszą przynieść sukces.

Rodziny chcą przetłumaczyć polskie uwagi do raportu MAK na język angielski i
rozesłać je do placówek dyplomatycznych innych krajów.

– Przede wszystkim powinien być to pomysł rządu, który ma chociażby większe
możliwości przetłumaczenia takiego dokumentu. Oczywiście nie jest to niemożliwe
do wykonania rękami rodzin, ale tu natrafiamy na kolejny problem. Z
doświadczenia wiem, że ambasady zupełnie inaczej podeszłyby do sprawy, gdyby
była to inicjatywa rządu, który np. poprosiłby o sprawdzenie pewnych dokumentów,
czy spytał o możliwość ich uzupełnienia. Oczywiście jest to cenna inicjatywa i
jest to jakaś próba zainteresowania światowej opinii problemem, ale to
obowiązkiem rządu jest wyjaśnienie, dlaczego zginął prezydent Polski. Niestety,
dla polskiego rządu te sprawy są drugorzędne i ekipa Donalda Tuska nie jest
skłonna dla nich poświęcić swoich celów politycznych.

Sądzi Pan, że starania rodzin mogą okazać się mało skuteczne?
– Jeśli nie będą one miały wsparcia rządu, polskiej dyplomacji, ambasad, to
można się spodziewać, że będą traktowane jak wiele innych wystąpień osób
prywatnych. Ambasady zarzucane są wieloma sprawami, petycjami. Ambasador może je
przyjąć i przekazać do kraju, ale nie może w imieniu swojego kraju podjąć
działań. Z pewnością bez wsparcia ze strony rządu takie inicjatywy mają mniejsze
szanse na wejście w formalny obieg. Zasada jest prosta: jeśli sami się
marginalizujemy, to ktoś za nas napisze historię. I to już zrobiono. Przez rok
siedzieliśmy cicho, nie wymuszaliśmy od Rosjan przekazania dowodów, nie
stawialiśmy ostrych pytań, więc Rosjanie poczuli się swobodnie i napisali swoją
wersję zdarzeń, puścili ją w obieg i ta sprawa dla wielu ludzi na świecie
została oficjalnie zamknięta. Tak samo 7 kwietnia 2010 roku została zamknięta
przez Władimira Putina sprawa katyńska. Premier Federacji Rosyjskiej pojechał do
Katynia, postawił znicz, wspomniał, że Stalin robił różne błędy i to jest ten
jeden z wielu… i na tym koniec. "Korzyść" z tego była taka, że Donald Tusk
spotkał się z Władimirem Putinem i zrobiło się o tym głośno w kraju. W wymiarze
międzynarodowym sprawa Katynia wygląda tak, że problem został zamknięty, a
Polacy wciąż o coś mają pretensje do Rosjan.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj