Czy Kaczyński nie przegiął w umizgach do lewicy?
Z posłem Joachimem Brudzińskim (PiS), członkiem sztabu wyborczego
Jarosława Kaczyńskiego, rozmawia Artur Kowalski
Dlaczego sztabom
wyborczym kandydatów na prezydenta tak ciężko przychodziło uzgodnienie debaty
wyborczej?
– Jeżeli komuś brakuje determinacji i odwagi, to na pewno
nie Jarosławowi Kaczyńskiemu. Myśmy wręcz przymusili Bronisława Komorowskiego,
aby zrezygnował z tej rejterady i pojawił się w studiu Telewizji Polskiej.
Pojawił się, wziął w niej udział, a każdy, kto tę debatę widział, mógł sobie
wyrobić zdanie, że pan Bronisław Komorowski nadrabiał w pewnym sensie arogancją,
napastliwością i agresją. Natomiast merytorycznie raczej nie zabłysnął. Nie mamy
najmniejszego powodu, aby obawiać się debaty z panem Komorowskim. Bo jedyne,
czego możemy się spodziewać, to zapewne kolejnego lapsusu albo merytorycznego,
albo związanego z tym stresem, który towarzyszył Komorowskiemu od początku tej
kampanii.
Sztab kandydata Platformy proponował przed pierwszą turą
debatę jeden na jeden, sztab Jarosława Kaczyńskiego chciał debatować jedynie o
służbie zdrowia albo w towarzystwie innych kandydatów. Oba sztaby zdawały sobie
sprawę, że na postawione warunki nie zgodzi się konkurencja. Można odnieść
wrażenie, iż żaden z kandydatów nie ma ochoty spotkać się oko w oko z
konkurentem, być może licząc na to, że w takim starciu może tylko
stracić.
– Debata jeden na jeden jest możliwa teraz, po pierwszej turze.
Każdy z kandydatów, który się zarejestrował jako kandydat w tych wyborach,
uzyskał 100 tysięcy podpisów poparcia i w świetle ordynacji był równy.
Oczywiście debata dziesięciu byłaby mało atrakcyjna i – w takim przypadku – małe
byłyby szanse na jakiś merytoryczny przekaz. Dlatego szukając złotego środka,
zaproponowaliśmy debatę tych kandydatów, którzy zaplecze polityczne mają w
parlamencie. Teraz wyborcy zdecydowali, że do drugiej tury przechodzą Bronisław
Komorowski i Jarosław Kaczyński. Zapraszamy pana Komorowskiego do debaty.
Zwrócą się Państwo przed drugą turą o poparcie do Grzegorza
Napieralskiego?
– Przy całym moim szacunku dla wyniku, który uzyskał pan
Napieralski w tych wyborach, zwracam uwagę, że Grzegorz Napieralski dysponuje
ważnym, ale tylko i wyłącznie jednym głosem. Będzie mi miło, jeśli ten głos
Napieralskiego padnie na Jarosława Kaczyńskiego, a nie na Bronisława
Komorowskiego. Ale jest to tylko jeden głos. Nie widzę większego sensu apelować
do Grzegorza Napieralskiego, tym bardziej że wszystko na to wskazuje, iż
Grzegorz Napieralski będzie miał dość duże opory przy jednoznacznym opowiedzeniu
się za jednym albo drugim kandydatem. Nie ma co ukrywać ani się oszukiwać, że
różnice między nami, naszymi środowiskami politycznymi, są olbrzymie. Natomiast
prawdą niewątpliwie jest to, że te 13 proc. Polaków, które zdecydowało się
zagłosować na Grzegorza Napieralskiego, to ludzie o dużej wrażliwości
społecznej, którzy obawiają się absolutnego monopolu władzy skupionej w rękach
liberałów, są na tyle doświadczeni, że wiedzą, iż władza absolutna deprawuje
absolutnie. Tym bardziej jeśli mamy do czynienia z ludźmi, którzy w sensie
emocjonalnym nie są przygotowani, żeby w sposób odpowiedzialny tę władzę
sprawować. Dlatego między innymi liczymy na to, że znaczna część osób, która w
pierwszej turze poparła Napieralskiego, kierując się pewną racjonalnością
polityczną, ale też pewnymi obiektywnymi przesłankami, zagłosuje na tego
polityka, który daje gwarancję, że jego prezydentura nie będzie prezydenturą
służebną wobec premiera. A przecież to premier Tusk arbitralnie wskazał
Bronisława Komorowskiego jako kandydata na prezydenta.
Jarosław
Kaczyński zdaje się jednak puszczać oko do Grzegorza Napieralskiego.
Usłyszeliśmy właśnie z ust prezesa Prawa i Sprawiedliwości, iż postkomuniści nie
są wcale postkomunistami. Nie ma już postkomunistów, ale są
lewicowcy…
– Uważam, że po 10 kwietnia w Polsce poziom debaty
publicznej musi ulec i na pewno, jeśli chodzi o nasze środowisko, ulega zmianie.
Nie wiem, czy jest sens prowadzić dyskurs polityczny oparty na inwektywach. Do
10 kwietnia poziom emocji w tym dyskursie był na najwyższym poziomie. Jak
trafnie określił to profesor Legutko, mieliśmy do czynienia z „wścieklizną
polityczną”. Ten atak środowisk medialnych: TVN, „Gazety Wyborczej” czy szerzej:
ITI, Agory, na prezydenta śp. Lecha Kaczyńskiego, ten poziom agresji, emocji,
sztucznie wywoływanych i dzielących nasze społeczeństwo, moim zdaniem, nie
powinien powrócić, bo on nie wnosi nic konstruktywnego do tego dyskursu. Są
oczywiste różnice między nami a obozem polskiej lewicy, wynikające chociażby z
fascynacji Grzegorza Napieralskiego działaniami lidera hiszpańskich socjalistów
José Zapatero. To są dwa światy. Dwa światy w sferze wartości. Porozumienie w
tym obszarze wydaje się zupełnie niemożliwe. Tutaj – mówię to wyraźnie –
jesteśmy na dwóch krańcach.
Po co w takim razie te umizgi,
podziękowania dla lidera SLD?
– Jest coś, co nas niewątpliwe łączy. To
jest poczucie odpowiedzialności za nasz kraj, za Polskę. Wierzę głęboko, że w
elektoracie lewicowym wśród tych, którzy poparli w pierwszej turze Grzegorza
Napieralskiego, są ludzie niekierujący się wyłącznie kwestiami wynikającymi z
tych skrajnie liberalnych – także w sferze wartości – poglądów, ale są ludzie,
których wrażliwość socjalna, społeczna, jest szczera. Ludzie, którzy obawiają
się wykluczenia: emeryci, renciści, bezrobotni, osoby obawiające się utraty
pracy i które oddając głos na Napieralskiego, opowiedziały się za Polską
socjalną, a szerzej: Polską solidarną.
Na pewno będę prosił ich o poparcie.
Bo wybory prezydenckie mają to do siebie, że są wyborami zerojedynkowymi.
Wygrywa ten, kto dostanie przynajmniej 50 proc. głosów plus jeden. Ale nie
wynika to jedynie z koniunkturalizmu czy z chęci pozyskania tego jednego głosu.
W polityce na pewno warto być przyzwoitym, warto dotrzymywać słowa. Jeżeli
Jarosław Kaczyński da słowo, że jego prezydentura będzie prezydenturą obejmującą
te sfery ważne dla ludzi obawiających się skrajnie liberalnych eksperymentów na
polskiej gospodarce i polskim systemie opieki społecznej, że będzie prezydenturą
nastawioną na wsparcie rodzin, ludzi wykluczonych, na wsparcie tych obszarów,
które dziś określane są mianem Polski „B” czy nawet „C”, to wtedy jest pole do
rozmowy i współpracy. I na pewno warto oddać głos na polityka, który taką wizję
będzie realizował, a takim politykiem jest Jarosław Kaczyński.
Czy
Jarosław Kaczyński, mówiąc kolokwialnie, nie przegiął w tych umizgach do lewicy?
Słowa prezesa PiS zabrzmiały wręcz jak ogłoszenie rehabilitacji Leszków Millerów
i Aleksandrów Kwaśniewskich?
– Panie redaktorze, nie popadajmy w jakąś
schizofrenię czy szaleństwo. Spór polityczny jest istotą demokracji. My się
spieramy i jednoznacznie oceniamy dorobek zarówno Leszka Millera, jak i
Aleksandra Kwaśniewskiego. Za to, za co należy ich pochwalić – nie braknie nam
odwagi, żeby się do tego przyznać – pochwalimy. Ja zresztą, i mówię to od wielu
lat, mogę pochwalić Kwaśniewskiego za jego zaangażowanie w pomarańczową
rewolucję na Ukrainie. Uważam, że wtedy jako prezydent Rzeczypospolitej stanął
na wysokości zadania, wspierając proces demokratyzacji Ukrainy i próbę wyrwania
jej spod wpływów rosyjskich. Doceniam zaangażowanie Leszka Millera w kwestiach
wprowadzania Polski do NATO. Ale pamiętam też to wszystko, co nas różni z
Kwaśniewskim i Millerem. Pamiętam chociażby zachowanie Kwaśniewskiego w
Charkowie. Pamięć mam dobrą i tutaj nie ma miejsca na żadne relatywizowanie ani
na próbę lukrowania wizerunku tych polityków, z którymi – żeby było wszystko
jasne – jesteśmy po dwóch stronach barykady.
Kluczem do zwycięstwa 4
lipca będzie „rozparcelowanie” wyborców, którzy w niedzielę poparli
Napieralskiego?
– Na pewno jest to istotny element tej kalkulacji. Ale
wiemy również, jak ważne są głosy tych, którzy głosowali na pozostałych
kandydatów. Na marszałka Jurka. Wiem, jak bardzo ważne są głosy tych, którzy
głosowali na Waldemara Pawlaka. Są to głosy ludzi polskiej wsi, związanych z
ruchem ludowym. Doceniam wagę głosów Kornela Morawieckiego, Janusza
Korwin-Mikkego, doceniam także tych, którzy zdecydowali się poprzeć Andrzeja
Leppera. Wybieramy pierwszego obywatela Rzeczypospolitej. To nie są wybory
partyjne, gdzie ten spór polityczny jest rzeczywiście wyraźniej zarysowany.
Tutaj osoba prezydenta musi być kimś, kto w momencie wyboru daje gwarancję, że
będzie prezydentem wszystkich Polaków i będzie prezydentem, który potrafi
łączyć, a nie dzielić. Pytanie, czy taką osobą jest Bronisław Komorowski. W moim
przekonaniu – nie. I dlatego dziękując tym wszystkim, którzy w pierwszej turze
poparli Jarosława Kaczyńskiego, nie mam żadnych oporów, aby poprosić o głosy
także tych, którzy w pierwszej turze poparli innych kandydatów. Bardzo na nich
liczę i proszę o ich głos.
W kampanii wyborczej po raz kolejny jedną
z głównych ról odegrały sondaże. Jeszcze w wieczór wyborczy dwie największe
komercyjne stacje telewizyjne podały sondaże – niemające wiele wspólnego z
rzeczywistością – pokazujące wyraźne zwycięstwo Bronisława Komorowskiego. A na
dwa dni przed wyborami jeden z największych dzienników ogłaszał, iż kandydat PO
wygrywa w pierwszej turze…
– To jest kompromitacja, ale kompromitacja
bardzo świadoma. Poprzez to oficjalne i nieoficjalne sączenie do opinii
publicznej bardzo wysokich sondaży dla Komorowskiego podnoszono w sposób
sztuczny mobilizację tego elektoratu. Panie redaktorze, jestem przekonany, że
gdyby nie akcja „Gazety Wyborczej” z piątku – kiedy dawano ponad 50 proc. głosów
Komorowskiemu, gdyby nie te kontrolowane przecieki publikowane w internecie na
twitterze, na różnego rodzaju portalach społecznościowych, gdyby nie akcja
SMS-owa ludzi związanych z Komorowskim – już od godziny 13.00 byliśmy
bombardowani informacjami, że nieoficjalnie jest 48 proc. dla Komorowskiego, co
spowodowało, że w godzinach wieczornych elektorat mobilizowany przez działaczy
Platformy tłumnie ruszył do urn, łudząc się, że uda się wygrać w pierwszej turze
– to Komorowski nie przekroczyłby 40 procent. Te działania miały na celu tylko
przekroczenie tej psychologicznej bariery 40 procent.
Teraz zastanowiłbym się
dziesięć razy, zanim sięgnąłbym po te skompromitowane sondażownie.
Skompromitowane w sposób świadomy.
Proszę sobie wyobrazić, jaką minę miałby
pan Komorowski, pan Tusk, pani Gronkiewicz-Waltz, gdyby podczas wieczoru
wyborczego zobaczyli, że poparcie dla Komorowskiego jest 30-40-procentowe.
Byłaby to kompromitacja. Zastosowano więc taki sondażowy majstersztyk podnoszący
mobilizację elektoratu Platformy, świadomie decydując się na inną kompromitację.
Warte podkreślenia jest, że jedyną nieskompromitowaną sondażem telewizją okazała
się telewizja publiczna. Ta telewizja odsądzana od czci i wiary przez polityków
Platformy Obywatelskiej, przez tzw. autorytety moralne, przez komitet honorowy
Bronisława Komorowskiego. To ta telewizja określana mianem „partyjnej”
opublikowała podczas swojego wieczoru wyborczego uczciwe i wiarygodne
sondaże.
Dziękuję za rozmowę.
