Czekam na tę beatyfikację
Z prof. Teresą Malecką, prorektorem Akademii Muzycznej w Krakowie,
uczestniczką wypraw wakacyjnych krakowskiego duszpasterstwa akademickiego
prowadzonego przez ks. Karola Wojtyłę, rozmawia Małgorzata Pabis
Jak doszło do Pani spotkania z ks. Karolem Wojtyłą?
– Początek był fascynujący. Moja starsza o sześć lat siostra Marysia już jako
młoda dziewczyna została wprowadzona przez swojego kolegę, a dziś męża, do grupy
studenckiej ks. Karola Wojtyły, nazywanego przez studentów "Wujkiem". Ja mogłam
się temu tylko z zazdrością przyglądać. Niektóre spotkania odbywały się u nas w
domu, dlatego pamiętam, że ilekroć "Wujek" do nas przychodził, zawsze był
szalenie serdeczny zarówno dla rodziców, jak i dla nas, czyli młodszego
rodzeństwa Marysi. Z chwilą kiedy zetknęłam się z tą wspaniałą, sympatyczną,
wesołą i mądrą grupą młodzieży, która do tego wszystkiego miała przy sobie
młodego kapłana, oryginalnego duszpasterza i wspaniałego człowieka, zaczęłam
marzyć, aby móc kiedyś wziąć udział w jakiejś wyprawie. W 1960 roku planowany
był wypad w Bieszczady. Mama poszła do "Wujka", wówczas już biskupa
pomocniczego, żeby zapytać, czy on się zgodzi, abym pojechała. Wówczas miałam
tylko 16 lat i na tle grupy studenckiej byłam bardzo młoda. "Wujek" się zgodził,
ale powiedział, że ostatnie zdanie zostawia przewodnikowi wyprawy, którym był
mój przyszły szwagier. Krzysztof Rybicki, bo o nim mowa, zgodził się, ale pod
warunkiem, że nauczę się nosić ciężki plecak. W związku z tym przemierzałam
codziennie trasę z centrum Krakowa na Kopiec Kościuszki z coraz większą liczbą
książek w plecaku, udając, że jestem na wycieczce. Dopiero kiedy doszłam do
wymaganej liczby kilogramów, Krzysztof uznał, że mogę pojechać na wyprawę w
Bieszczady. Dziś, gdy patrzę wstecz, widzę, jak bardzo humorystyczny był ten
początek, ale ja wówczas traktowałam to wszystko bardzo poważnie.
Dlaczego Pani tak zależało na wyjściu w góry?
– Wówczas poza harcerstwem, do którego byliśmy zrażeni, nie było właściwie
żadnych możliwości przebywania w grupie rówieśników czy starszych, atrakcyjnie
spędzających czas w górach, na kajakach, spotkaniach towarzyskich czy na
rekolekcjach, dniach skupienia i wyjazdach do Częstochowy. Muszę jednak
powiedzieć szczerze, że wówczas nie tyle sprawy duchowe były dla mnie
pierwszorzędne, ile sam fakt bycia w gronie młodych, wspaniałych ludzi,
możliwość przebywania w grupie zżytych ze sobą przyjaciół. Do tego opiekę
duchową nad tą grupą sprawował młody ksiądz biskup Wojtyła, dzięki któremu będąc
na wycieczkach, mogliśmy uczestniczyć codziennie we Mszach Świętych i przyjmować
Komunię Świętą. Oddziaływanie ks. bp. Wojtyły było jednak bardzo delikatne i
nienarzucające się, wręcz naturalne i wkomponowywało się w całość. Nie było ani
przymusu, ani nalegania, stawiania warunków. Było natomiast pełne zrozumienie
różnorodności osób, postaw, głęboka przyjaźń i miłość. Po latach, kiedy
zaczęliśmy podsumowywać z mężem – również członkiem tej grupy, różne etapy
naszego życia, zdaliśmy sobie sprawę z tego, że "Wujek" był dla nas zaraz po
rodzicach kimś najbliższym. Wszelkie nasze wydarzenia rodzinne, domowe, zawodowe
były jakoś z nim związane. On o wszystkim wiedział i był pierwszą osobą, która –
tak czuliśmy – musiała wszystko wiedzieć. Gdyby coś się zdarzyło, a my byśmy go
nie poinformowali, to czulibyśmy się nieswojo. Ten przydomek "Wujek" nie był
całkiem przypadkowy. On był pierwszy i najważniejszy, zaraz po rodzicach. Ta
więź miała taki charakter.
Mówi Pani Profesor o przyszłym Papieżu Janie Pawle II jako o kimś niezwykłym.
Na czym polegała Jego niezwykłość?
– Całe jego życie było skoncentrowane na drugim człowieku, jakim on by nie był.
A im był mniejszy, słabszy, mniej pewny swojej sytuacji, tym był bliższy
księdzu, arcybiskupowi i kardynałowi Karolowi Wojtyle, który był
nieprawdopodobnie opiekuńczy i ciepły. Charakteryzowała go wielka miłość, niemal
rozlewająca się na nas wszystkich. Odznaczał się nieprawdopodobnie dużą
tolerancją wobec innych ludzi ze wszystkimi ich wadami i zaletami, jak również
niezwykłą umiejętnością wynajdowania zalet i nawiązywania kontaktu z drugim
człowiekiem. Równocześnie miewał charakterystyczne dla siebie chwile zamodlenia.
Wiedzieliśmy, że czasem na wycieczkach czy na obozach trzeba pozostawić go w
pewnej odległości od nas. Czuliśmy, że chce być sam, bo musi się skupić na
modlitwie. To wszystko było niezwykle atrakcyjne w tamtych czasach, w których
nie było takich grup i takich księży. Między nami tworzyły się mocne więzi, bo
gdzież można było lepiej poznać człowieka, jeśli nie w trudnych warunkach
wycieczki, kiedy nagle trzeba biwakować na stoku, gdzie nie ma źródła, albo
kiedy trzeba szukać drogi, błądząc w nocy po Bieszczadach. To właśnie w takich
warunkach poznanie człowieka jest ekstremalnie bliskie i daje szansę wyjątkowego
kontaktu.
Już od pierwszych kapłańskich lat Karola Wojtyły widać, że bardzo zależało mu
na rodzinach…
– Kiedy ks. Karol Wojtyła został wikarym w kościele św. Floriana w Krakowie,
zaczął gromadzić wokół siebie studentów. I to był jeden wątek działalności, o
którym się pamięta. Był jednak i drugi, trochę jakby zapomniany, że młody wikary
zajmował się również grupą ministrantów. Nie tylko zachęcał ich do służenia przy
ołtarzu, ale często grał z nimi w piłkę. Wokół nich powstawała za sprawą ks.
Wojtyły inna idea – rodzin ministranckich. On skupiał wokół ołtarza młodych
chłopców i przyciągał do Kościoła ich rodziny. Księża, którzy się nimi
opiekowali, często kontaktowali się z rodzinami i odwiedzali je. Z czasem, kiedy
ci młodzi chłopcy podrośli, dołączyli do duszpasterstwa studentów. Pamiętam też,
że w 1977 roku zachorowała nasza mama. W dzień Wigilii pobiegłyśmy z siostrą do
kurii i powiedziałyśmy o tym "Wujkowi". On od razu zaproponował, że odprawi u
nas Mszę Świętą. I tak się stało. W drugi dzień świąt – w rocznicę ślubu naszych
rodziców – ks. kard. Karol Wojtyła odprawił u nas Eucharystię, a potem jakiś
czas jeszcze u nas pozostał. Nigdzie się nie spieszył. Chciał być w rodzinie i
razem z rodziną, w jej radościach i smutkach.
Skąd wziął się zwyczaj mówienia do księdza kardynała "Wujku"?
– To można znaleźć w książce "Zapis drogi". Danuta Rybicka wspomina w niej, że
na początku lat 50. był zorganizowany wyjazd na krokusy do Zakopanego. Z samego
rana w niedzielę grupa dziewcząt i chłopców razem z ks. Karolem Wojtyłą miała
pojechać pociągiem z Krakowa. W takich sytuacjach ks. Wojtyła ubierał się
zazwyczaj w pumpy i skafander. Nie wyglądał więc na księdza, tym bardziej że w
tamtych czasach nie spotykało się księży w sportowych strojach. Okazało się, że
chłopcy nie mogą pojechać na wycieczkę, bo muszą skończyć jakiś pilny projekt na
politechnice, więc do Zakopanego jadą same dziewczyny z księdzem. Stwierdzili
wtedy, że będzie bardzo trudno w pociągu czy autobusie zwracać się do tego
młodego człowieka w skafandrze "proszę księdza". Wtedy Danusia Rybicka
wymyśliła, że będą go nazywać "Wujkiem", na co on wyraził zgodę. I tak zostało.
Grupa natomiast zaczęła być nazywana "rodzinką", a z czasem "środowiskiem".
Muszę powiedzieć, że po latach Ojciec Święty bardzo pilnował tego "Wujka", bo
kiedy w 1958 roku został biskupem, to po konsekracji powiedział do naszego
grona, że "Wujek" nadal zostaje "Wujkiem". Dwadzieścia lat później, w 1978 roku,
napisał list do "środowiska", w którym można było przeczytać m. in., że ""Wujek"
pozostaje "Wujkiem", ale wasza głowa w tym, żeby kontakty na linii Kraków –
Watykan były tak możliwe, jak wtedy, kiedy byliśmy razem". Nie było listu
wysłanego do nas, który nie byłby podpisany pseudonimem "Wujek". Chyba że był to
list oficjalny. Ojciec Święty pielęgnował tę naszą bliską relację. Jemu także na
nas i na naszej wzajemnej bliskości zależało.
To wróćmy może do tej pierwszej wyprawy w Bieszczady, w której wzięła Pani
udział. Była chyba dość niezwykła?
– Związana jest z nią przygoda, do której Ojciec Święty bardzo lubił wracać. Ile
razy byliśmy w Watykanie, tyle razy prosił, by mu ją przypomnieć. To zdarzyło
się 25 sierpnia 1960 roku. Wymyśliliśmy wówczas nowy system chodzenia po
Bieszczadach. Polegał on na tym, że rozbijaliśmy w jakimś miejscu biwak, stamtąd
wychodziliśmy i tam wracaliśmy. Tego dnia wstaliśmy późno. Po Mszy Świętej i
śniadaniu dopiero około południa wyruszyliśmy w góry, a czekało nas 8 godzin
trasy. Szliśmy i szliśmy. Oczywiście w tamtych czasach nie było wyznaczonych
szlaków, a nasi przewodnicy mieli tylko jakieś stare mapy. Po pewnym czasie
okazało się, że zabłądziliśmy. Zrobiło się ciemno. Koło północy "Wujek" podjął
decyzję, że zatrzymujemy się, rozpalamy ognisko i czekamy do świtu.
Poukładaliśmy się do spania, a "Wujek" czuwał do rana. Odmawiał brewiarz, modlił
się. Kiedy zrobiło się jasno, zorientowaliśmy się w terenie i korytem rzeki
wróciliśmy w południe do obozu. Byliśmy głodni i spragnieni, ale najpierw
wzięliśmy udział we Mszy Świętej.
Jeździliśmy też razem w Beskid Niski i na kajaki. Początkowo w czasie wakacji
dwa tygodnie spędzaliśmy w górach i dwa tygodnie na kajakach. Potem, kiedy
"Wujek" miał coraz więcej obowiązków i my również, ta częstotliwość zmniejszała
się, tak że w końcu zostały tylko kajaki. Oprócz tego w czasie roku
akademickiego w październiku wyjeżdżaliśmy na Jasną Górę i organizowaliśmy wiele
spotkań, trochę na zasadzie, że mamy być zarówno "do tańca, jak i do różańca".
Jan Paweł II mówił do młodych ludzi, że muszą od siebie wymagać, choćby inni
od nich nie wymagali. Czy podobnie zwracał się do Waszego "środowiska"?
– Jego wymagania były dla nas przejrzyste. On nie musiał nic mówić czy
wyjaśniać. Budował autorytet nie na nakazach i zakazach, ale na stylu życia.
Kiedyś ktoś nas zapytał, jak to się działo, że kroczyliśmy w blasku prawdy. Dla
nas było to po prostu oczywiste. Nie mogło być inaczej.
Wiele osób, które znały ks. kard. Karola Wojtyłę, przewidywało, iż zostanie
on Papieżem. Jak Pani przyjęła tę wiadomość?
– Dla mnie to było zaskoczenie. Kiedy dowiedziałam się, że ks. kard. Karol
Wojtyła został Papieżem, było mi zwyczajnie smutno. Bałam się, że go stracimy.
Jednocześnie czułam wielkość historycznej chwili. Potem, kiedy dostaliśmy list
od "Wujka", który zachęcał nas do kontaktów z nim, ośmieliliśmy się i również
zaczęliśmy pisać listy. Zawsze dostawaliśmy odpowiedź. Jeździliśmy też do
Watykanu. W czasie tych spotkań na początku rozmawialiśmy o problemach Kościoła,
o tym, co się działo w Polsce i na świecie. Potem, kiedy Polska odzyskała
wolność, te rozmowy bardziej dotyczyły naszych rodzin, spraw zawodowych.
Wspominaliśmy czasy młodości, wspólnych wycieczek, spotkań.
Czym dla Pani jest beatyfikacja Jana Pawła II?
– Człowiek jest słaby. Nie wiem, czy zdołałam wykorzystać wszystko z tego, co
dane mi było doświadczyć. W pierwszym etapie, kiedy uświadomiłam sobie, co mnie
spotkało, miałam poczucie zobowiązania, żeby być porządnym człowiekiem. Potem
pojawiła się chęć zgłębiania nauki Papieża i już w 1979 roku – z inicjatywy Ojca
Świętego – powstał zespół synodalny. Raz w miesiącu "środowisko" spotyka się,
czytamy jego spuściznę i dyskutujemy. Poznajemy człowieka, którego przecież
znaliśmy od lat. Sama od dawna modlę się za wstawiennictwem Jana Pawła II.
Bardzo się cieszę, że Kościół uznaje go za świętego. Czekam na tę beatyfikację z
wielką radością.
Dziękuję za rozmowę.
