Czeka nas zaciskanie pasa

Brak podwyżek dla pracowników budżetówki i ograniczenie waloryzacji emerytur i rent do wskaźnika inflacji, a także zakaz udzielania nowych pożyczek i kredytów ze środków budżetowych – tego powinniśmy się spodziewać w przyszłym roku. To wynik pasywnej polityki rządu Donalda Tuska.

Według agencji Fitch Ratings, dług publiczny Polski w 2010 r. osiągnie poziom 56,3 proc. PKB, o 9,1 punktu procentowego więcej w porównaniu z końcem 2008 roku. Również Bank of America Merrill Lynch szacuje, że przyszłoroczny wskaźnik naszego zadłużenia publicznego sięgnie 55 proc. PKB. Tak wysoki poziom zadłużenia wiązałby się z osiągnięciem tzw. drugiego progu ostrożnościowego z ustawy o finansach publicznych. Ustawa nakazuje w takim wypadku obniżenie wskaźnika deficytu w budżecie przygotowywanym na następny rok. Dla obywateli oznacza to przykre zaciskanie pasa – brak podwyżek dla pracowników budżetówki i ograniczenie waloryzacji emerytur i rent do wskaźnika inflacji, a także zakaz udzielania nowych pożyczek i kredytów ze środków budżetowych. – Brak odpowiedniej polityki gospodarczej będzie prowadził w najbliższych latach do powstawania chronicznych deficytów budżetowych i wzrostu zadłużenia publicznego – przewiduje dr Cezary Mech, były wiceminister finansów.
Recesja w gospodarce światowej, ograniczanie zadłużenia przez przedsiębiorstwa i osoby prywatne, zmniejszanie zapotrzebowania na produkty, powstanie nadwyżki mocy produkcyjnych, wzrost bezrobocia – te procesy dokonują się dzisiaj praktycznie we wszystkich krajach świata i Polska także znajdzie się w nadchodzących miesiącach pod ich presją. – Zjawiska te będą w negatywny sposób oddziaływać na Polskę, która nadmiernie otworzyła się na procesy globalizacji za sprawą sprzedaży polskich przedsiębiorstw i banków instytucjom światowym – twierdzi dr Mech.
Będziemy odczuwali ograniczony dostęp do kredytów, a jednocześnie, z powodu powiązania z koncernami zagranicznymi, padniemy ofiarą ograniczania przez nie inwestycji i zamykania przedsiębiorstw. Te procesy będą miały duży wpływ na stan finansów publicznych państwa, a jednocześnie będą napędzać proces emigracji Polaków do krajów zachodnich, zwłaszcza że koniunktura w nich jest silnie podtrzymywana przez rządowe pakiety stymulujące. – Jeśli nie podejmiemy działań mających na celu wsparcie miejsc pracy i poprzez wyprzedaż przedsiębiorstw w ramach prywatyzacji spowodujemy trwałe wzmocnienie złotego, to wrócimy na tory polityki wspierającej miejsca pracy za granicą kosztem kraju – ostrzega dr Mech. Podkreśla też, że trwały wzrost gospodarczy i powstawanie nowych miejsc pracy wymaga inwestycji produkcyjnych w kraju, a więc w obecnej sytuacji, gdy kapitał zagraniczny wycofuje się z inwestowania – opuszczone miejsca powinny zająć środki publiczne.
– Niestety, nie wprowadziliśmy dotychczas programów stymulujących rozbudowę infrastruktury, a właśnie w ten sposób moglibyśmy jednocześnie pobudzić koniunkturę i przeorientować wydatki rządowe z bieżących w kierunku prorozwojowych, obliczonych na redukowanie kosztów aktywności gospodarczej w przyszłości – zwraca uwagę finansista.
Jeśli polityka rządu jest tak pasywna, jak zatem udało się nam uniknąć recesji? Otóż zawdzięczamy to temu, że plany rządu pozostały na papierze. Paradoksalnie zatem pasywność w tym wypadku okazała się zbawienna. – Recesja ominęła nas dzięki niezrealizowaniu przez rząd własnych planów dotyczących euro i deficytu budżetowego – twierdzi Mech. Chodzi o odłożenie terminu przystąpienia Polski do ERM2 – korytarza walutowego poprzedzającego przyjęcie euro (co miało nastąpić w maju br.), oraz zaniechanie zapowiadanej redukcji deficytu budżetowego w tegorocznej ustawie budżetowej.
– Dzięki posiadaniu niezależnej polityki monetarnej wycofanie kapitałów z Polski zaowocowało tym, że osłabiona waluta wsparła eksport zamiast importu. W efekcie wzrosła produkcja na rzecz rynku wewnętrznego – tłumaczy Mech. – Jednocześnie dzięki temu, że w ciągu I półrocza wydano cały deficyt budżetowy, a także nie doszło do redukcji budżetów samorządów, nastąpiło zwiększenie konsumpcji, które wsparło polską gospodarkę – dodaje.
Gdyby rzeczywiście zredukowano deficyt jeszcze w I półroczu, te automatyczne stabilizatory koniunktury nie zadziałałyby i wystąpiłaby w Polsce recesja na znaczną skalę. Głębokie załamanie gospodarcze na Słowacji, Łotwie, Litwie, w Estonii, Bułgarii związane jest właśnie z rezygnacją z narodowej waluty lub przyjęciem sztywnego kursu euro. – W Polsce słabszy kurs złotego i brak redukcji deficytu zadziałały na korzyść wyników w II kwartale – twierdzi finansista.
– Deficyt działa antycyklicznie, bo zawraca pieniądze do gospodarki – wyjaśnia to zjawisko dr hab. Jerzy Żyżyński, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, specjalista w dziedzinie budżetu i polityki fiskalnej. Dodatkowym czynnikiem, który wzmocnił naszą odporność na recesję, są, według niego, relatywnie niskie dochody polskiego społeczeństwa. Polacy nie zareagowali na kryzys ograniczeniem konsumpcji, w przeciwieństwie do np. Niemców, których rząd musiał zachęcać do nabywania nowych samochodów dopłatami za złomowanie starych. – Polacy są zbyt biedni, aby zaciskać pasa – twierdzi Żyżyński. Chodzi o to, że dużą część naszej konsumpcji stanowią artykuły pierwszej potrzeby, z których nie sposób zrezygnować. Dodatkowo skorzystaliśmy także – prawem „gapowicza” – na niemieckich dodatkach za złomowanie, ponieważ część naszych zachodnich sąsiadów kupiła nowe auta w Polsce, gdzie z racji osłabienia złotego były tańsze niż w strefie euro.
– To potwierdza, że własna waluta spełniła rolę stabilizatora w momencie spadku koniunktury – podkreśla ekonomista. Zwraca jednak uwagę, że w przyszłym roku zjawiska kryzysowe dotkną nas znacznie mocnej.
– Ustawa o finansach publicznych zwiąże rządowi ręce. Jeśli dług publiczny przekroczy 55 proc. PKB, rząd będzie musiał go zredukować, a to nasili tendencje spadkowe w gospodarce – przewiduje ekonomista. Prywatyzacja na szeroką skalę może, w jego opinii, podratować chwilowo budżet, ale zaszkodzi gospodarce. Napływ inwestorów zagranicznych wymieniających euro na złote umocni kurs naszej waluty, a wtedy znów staniemy się importerem towarów i… eksporterem polskich pracowników za granicę. W efekcie kryzys i wynikający z niego deficyt budżetowy jeszcze bardziej się pogłębią.


Małgorzata Goss
drukuj