Czego boi się prezes IPN?
Wielka mistyfikacja – sprawa księdza arcybiskupa Stanisława Wielgusa
Do Sądu Okręgowego w Lublinie, gdzie został przeniesiony proces autolustracyjny ks. abp. Stanisława Wielgusa, nie dotarły jeszcze dokumenty z Instytutu Pamięci Narodowej. „Przewodniczący wydziału zdecydował o wysłaniu do IPN ponaglenia o nadesłanie akt archiwalnych dotyczących tej sprawy” – poinformowała Polską Agencję Prasową Barbara du Chateau, rzecznik tego sądu. Z kolei rzecznik prasowy IPN Andrzej Arseniuk informuje, iż jest to informacja nieprawdziwa, gdyż IPN przekazał dokumenty dla Sądu Okręgowego w Lublinie do? Sądu Okręgowego w Warszawie.
W tym miejscu wypada przypomnieć, że skutek niewydania tych dokumentów przez IPN skutecznie uniemożliwił rozprawę przed Sądem Lustracyjnym, co z kolei uniemożliwiło wyjaśnienie sprawy i oczyszczenie księdza arcybiskupa z zarzutów. W obronie swojej postawy Janusz Kurtyka stwierdził, że nie chce wydawać dokumentów „cząstkowych”. – W tym przypadku stosować będziemy takie procedury, jak przy każdym innym wniosku sądu czy rzecznika interesu publicznego: zarządzamy kwerendę akt, występujemy do oddziałów IPN, kompletujemy całość odpowiedzi i wtedy przesyłamy wszystko sądowi – tłumaczył rzecznik IPN Andrzej Arseniuk. Ciekawe, że zupełnie inaczej stało się z byłym ministrem Andrzejem Krawczykiem, którego dokumenty błyskawicznie dotarły do sądu, dzięki czemu jego proces mógł odbyć się w dniu 14 marca br., tuż przed likwidacją Sądu Lustracyjnego.
Postępowanie Instytutu Pamięci Narodowej w sprawie ks. abp. Stanisława Wielgusa może wskazywać na działanie, mające na celu ukrycie pewnych faktów, które w jakikolwiek sposób mogłyby rzucić inne światło na całą sprawę. Czyż nie zastanawiający wydaje się fakt, że o ile w przypadku sądu pan Kurtyka nie chce wydawać „cząstkowych” dokumentów księdza arcybiskupa, o tyle zarówno Kościelnej Komisji Historycznej, jak i ludziom rzecznika praw obywatelskich dokumenty dotyczące ks. Stanisława Wielgusa wydano bez żadnego wahania? Jakby tego było mało, Kolegium IPN w ramach swych uprawnień nie nakazało żadnej wstępnej weryfikacji tych dokumentów przed ich udostępnieniem samozwańczym „badaczom” i historykom. Skutek takiego działania mogliśmy oglądać na przełomie roku.
Zarówno Janusz Kurtyka, prezes Instytutu Pamięci Narodowej, jak i część pracowników podlegających tej instytucji, którzy w sprawie ks. abp. Stanisława Wielgusa odegrali czołową rolę, unika wyjaśnienia wątpliwości dotyczących zarówno wysuniętych pod adresem ówczesnego metropolity warszawskiego oskarżeń, jak i wiarygodności dokumentów, na które się powoływano. Co więcej, istnieją podstawy ku twierdzeniu, że ludzie ci czynią wszystko, by prawda o kulisach sprawy nie ujrzała światła dziennego. Dlaczego?
Rola Instytutu Pamięci Narodowej od początku całej sprawy ks. abp. Stanisława Wielgusa jest dość niejasna. Wiele pytań budzi sprawa przekazania „Gazecie Polskiej” informacji dotyczących dokumentów, na podstawie których gazeta Tomasza Sakiewicza oskarżyła nowego metropolitę warszawskiego o współpracę z SB. Z posiadanych przez „Nasz Dziennik” materiałów wynika, że szczegóły dotyczące dokumentów na temat ks. abp. Stanisława Wielgusa mógł przekazać jeden z pracowników IPN. Jest to o tyle prawdopodobne, że ta sama osoba w tej samej sprawie kontaktowała się również z innymi redakcjami. Wiele wskazuje na to, iż to również pracownik IPN 4 stycznia br. przekazał kopie dokumentów, które tego samego dnia „Gazeta Polska” opublikowała na swojej stronie internetowej. Dlaczego prezes IPN nie jest zainteresowany wyjaśnieniem tych spraw?
„Przesłuchanie” i wątpliwe sprostowanie
Inna sprawa dotyczy przeprowadzonego za zgodą i wiedzą Janusza Kurtyki „przesłuchania” ks. abp. Stanisława Wielgusa przez Jana Żaryna 29 grudnia 2006 roku, o którym jakiś czas temu pisaliśmy na łamach „Naszego Dziennika”. Przypomnijmy sobie dziennikarskie ataki na księdza arcybiskupa za to, że „milczy” i „nie odniósł się do stawianych mu zarzutów”. Gdyby wówczas ktoś z IPN ujawnił, iż jest to nieprawdą, bo jednak się do nich odniósł i wyjaśnienia złożył na ręce historyka IPN, w oczach społeczeństwa sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej. Dziś wiemy, że na ten temat milczał wcale nie ksiądz arcybiskup, lecz Instytut Pamięci Narodowej. Dlaczego?
W przysłanym do redakcji „Naszego Dziennika” sprostowaniu rzecznik prasowy IPN wyjaśniał, że „dr Żaryn wyraził zgodę, aby warunkiem ujawnienia faktu i treści rozmowy była autoryzacja relacji przez księdza arcybiskupa”. Skoro tak, to dlaczego dr Żaryn odstąpił od tego warunku, ujawniając fakt i treść rozmowy redaktorowi naczelnemu Katolickiej Agencji Informacyjnej bez autoryzacji przez ks. abp. Stanisława Wielgusa?
Kolejna rzecz dotyczy wspomnianego sprostowania do artykułu pt. „Kłamstwo „Gazety Polskiej””, zamieszczonego na łamach „Naszego Dziennika” 30 czerwca 2007 roku. Rzecznik prasowy IPN Andrzej Arseniuk stwierdził, że celem wizyty złożonej ks. abp. Stanisławowi Wielgusowi 29 grudnia 2006 roku przez dr. Jana Żaryna nie był wywiad, lecz „odebranie relacji historycznej”. Przeczy jednak temu list Marcina Przeciszewskiego, przesłany do nowego metropolity warszawskiego 5 stycznia br., w którym redaktor informuje, że wywiad ów miał zostać opublikowany w ramach serwisu KAI. Kto zatem stwierdza nieprawdę?
W tym samym sprostowaniu rzecznik prasowy IPN nie napisał prawdy, usiłując dowieść, że podczas wspomnianej rozmowy dr Żaryn nie informował księdza arcybiskupa o zawartości znanej mu już wówczas teczki pracy k.o. „Greya”. Z treści rozmowy, którą opublikowaliśmy na łamach „Naszego Dziennika”, wynikało bowiem coś zupełnie innego. Dlaczego rzecznik IPN próbował ukryć prawdę?
Tajemnice prezesa
Następny problem dotyczy tajemniczego milczenia prezesa IPN Janusza Kurtyki, który od chwili oskarżenia ks. abp. Stanisława Wielgusa o współpracę z SB aż do momentu jego rezygnacji nie zabrał głosu w sprawie. Dlaczego dopiero 29 grudnia ub.r., a więc dziesięć dni po publikacji „Gazety Polskiej” – poprzez usta pana Antoniego Dudka – IPN pierwszy raz publicznie przyznał, iż jest w posiadaniu akt dotyczących ks. abp. Stanisława Wielgusa? Czyżby wcześniej owa wiedza na ten temat nie była tak oczywista?
Niezwykle ważną „czynnością”, która miała wpływ na taki, a nie inny rozwój wydarzeń, było właśnie „milczenie” pana Janusza Kurtyki. Warto w tym miejscu uświadomić sobie fakt, że IPN jest najważniejszą instytucją, z której mogłaby pochodzić wiarygodna ocena materiałów. IPN jest pierwszą instytucją, która mogłaby udzielić wiarygodnych odpowiedzi na wszelkiego rodzaju wątpliwości dotyczące dokumentów. Dlaczego wobec tylu wątpliwości Kolegium IPN w ramach swoich uprawnień nie nakazało weryfikacji materiału odnoszącego się do ks. Wielgusa? Dlaczego w owym czasie prezes IPN ani razu nie zabrał jednoznacznego głosu w sprawie? Ktoś kiedyś powiedział, że „ten, kto świadomie stoi na uboczu awantury między dwoma ludźmi, sprzyja mocniejszemu, podobnie jak ten, kto nie bierze udziału w głosowaniu, faktycznie głosuje za większością”. Podobnie było w tym wypadku.
Nie jest to pierwsza sprawa, w której postępowanie pana Janusza Kurtyki budzi wątpliwości. Przypomnijmy sprawę sprzed dwóch lat. 5 lipca 2005 roku „Rzeczpospolita” podała informację, że w krakowskim oddziale IPN znaleziono dokument potwierdzający, iż Andrzej Przewoźnik, sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, był tajnym współpracownikiem SB. Oskarżenia wobec pana Przewoźnika, po których kolegium IPN wykluczyło go z konkursu na stanowisko prezesa Instytutu, rekomendując na to miejsce Janusza Kurtykę, „Rzeczpospolita” oparła wyłącznie na notatce kaprala Kosiby, wyniesionej z archiwów krakowskiego IPN. Dokument na światło dzienne wydobył Zbigniew Fijak, lider krakowskiej Platformy Obywatelskiej i bliski współpracownik posła Jana Rokity. Jak się okazało, pan Fijak odebrał dokumenty w obecności Janusza Kurtyki, ówczesnego dyrektora oddziału IPN w Krakowie. Ten ostatni mówił w wywiadach, iż zgodę na wydanie akt Fijakowi krakowski IPN wydał w grudniu 2004 roku, czyli na długo przed startem Andrzeja Przewoźnika w konkursie. Wkrótce jednak wyszło na jaw, że wspomnianą zgodę krakowski IPN wydał 21 czerwca 2005 roku, czyli miesiąc po deklaracji Andrzeja Przewoźnika o starcie w konkursie na prezesa Instytutu Pamięci Narodowej.
29 listopada 2005 roku sąd lustracyjny całkowicie oczyścił Andrzeja Przewoźnika, sekretarza Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, z oskarżeń o współpracę ze służbami specjalnymi PRL. Czesław Jaworski, obrońca Andrzeja Przewoźnika, stwierdził: „Materiały obciążające mojego klienta nie zostałyby ujawnione, gdyby nie zgłosił on swojej kandydatury na stanowisko prezesa IPN. To jest geneza całej sprawy”.
Wszystko wskazuje na to, iż podobnie rzecz wygląda ze sprawą ks. abp. Stanisława Wielgusa. Być może materiały z IPN dotyczące jego osoby nie zostałyby ujawnione, tak samo jak nie zostałaby dopisana do nich fałszywa historia, gdyby Benedykt XVI nie mianował go metropolitą warszawskim. Inną rzeczą, która tak czy inaczej łączy obie sprawy, są niejasności wokół postawy pana Janusza Kurtyki.
Kto w IPN złamał prawo?
W opublikowanym 21 lipca br. artykule pt. „Kto w IPN złamał prawo?” zwróciliśmy uwagę na nieprawidłowe oznaczenie materiałów dotyczących osoby ks. abp. Stanisława Wielgusa, pochodzących z IPN, a opublikowanych na stronach internetowych „Gazety Polskiej”. W odpowiedzi otrzymaliśmy z IPN sprostowanie, w którym Andrzej Arseniuk, rzecznik prasowy tej instytucji, napisał: „Instytut Pamięci Narodowej informuje, iż na podstawie przepisów art. 86 ust. 3 w związku z art. 2 pkt 1 ustawy o ochronie informacji niejawnych (Dz.U. z 2005 r. nr 196, poz. 1631) materiały archiwalne dotyczące abp. Stanisława Wielgusa o sygnaturze IPN BU 01285/3 są jawne z mocy prawa i jako jawne zostały włączone do jawnego zbioru archiwalnego Instytutu Pamięci Narodowej w dniu 15 listopada 2002 r. Fakty te tylko potwierdzono przez naniesienie na kopercie zawierającej mikrofilm zapisu (pieczątki) o treści: jawne, data, imię i nazwisko oraz podpis osoby nanoszącej zapis. Po pierwszych wnioskach badawczych o udostępnienie dokumentów tej sprawy, z mikrofilmu wykonano kopie. Na kopiach dokumentów naniesiono zapisy (pieczątki) o treści: jawne, lecz bez podawania daty oraz imienia i nazwiska osoby nanoszącej zapis. Od podawania tych danych odstąpiono, ponieważ zapis „jawne” nie ustala statusu dokumentów, tylko stwierdza fakt określony w artykule 86 ust. 3 ww. ustawy”. Jeśli tak, to dlaczego dokumentów tych nie ostemplowano zwykłymi pieczątkami „Jawne”, jakie na ogół stosuje się w tego typu wypadkach?
Wszystko wskazuje na to, że oznakowania dokumentów, znajdujących się Karcie Kieszeniowej J – 7207, dokonywano w pośpiechu. Dowodzi tego również odstąpienie od skreślenia wcześniejszej klauzuli tajności, choć nie tylko. W zbiorze dokumentów mieszczących się w teczce przypisanej ks. abp. Stanisławowi Wielgusowi znajduje się „Notatka” datowana na 2 stycznia 1974 roku, która zawiera dokładne dane dotyczące najbliższej rodziny księdza arcybiskupa. Tylko ktoś działający w pośpiechu mógł nie zauważyć, że informacje te strzeżone są przez ustawę o ochronie danych osobowych i uczynić ten konkretny dokument „jawnym”. Nie można mieć wątpliwości co do tego, że również w tym wypadku IPN dopuścił się bezprawia.
Sprawa fałszerstwa dokumentów
Nie ulega wątpliwości, że jasne stanowisko Instytutu Pamięci Narodowej w sprawie ks. abp. Stanisława Wielgusa, którego zabrakło, być może nie doprowadziłoby do dezorientacji, do której przyczynili się również historycy związani z tą instytucją. Choćby poprzez nieustanne podkreślanie, iż dotyczące ks. Wielgusa dokumenty nie mogą być sfałszowane. Na jakiej podstawie w tym wypadku lansowano tylko taką tezę jako jedynie słuszną? W tym miejscu wypada przypomnieć, iż we wrześniu 2006 roku prokurator bydgoskiego IPN Mieczysław Góra oświadczył, że z ustaleń Instytutu wynika, iż teczka o. Władysława Wołoszyna, jezuity, toruńskiego duszpasterza akademickiego, została sfabrykowana przez oficera SB z Torunia. – To poświadczenie nieprawdy, ścigane z artykułu 23. kodeksu karnego. Zarzuty postawimy już wkrótce – stwierdził prokurator Góra. Esbek, o którym mówił, to ppor. Marek Kuczkowski, który latach 1982-1984 kilkakrotnie wzywał o. Wołoszyna na przesłuchania. Na ich podstawie założył mu teczkę tajnego współpracownika o pseudonimie „Myśliciel”.
Po analizie 64 stron z teczki pracy i teczki personalnej TW „Myśliciel” prokurator Mieczysław Góra doszedł do wniosku, że o. Wołoszyn nie był tajnym współpracownikiem SB. Podstawą tego stwierdzenia był fakt, że w teczce dotyczącej jezuity znajdowały się jedynie relacje sporządzone przez ppor. Kuczkowskiego na podstawie rozmów z o. Wołoszynem. Oprócz refleksji na tematy sytuacji politycznej nie znalazły się w niej żadne istotne informacje. W teczce nie było ani zobowiązania do współpracy, ani żadnego innego dokumentu podpisanego ręką zakonnika. W przypadku tajnych współpracowników zasadą jest też, że współpraca musi być świadoma, podczas gdy w tym wypadku fakt rejestracji i nadania pseudonimu był przed o. Wołoszynem zatajony.
Prokurator IPN Mieczysław Góra nie wykluczał, że pojawią się kolejne sfałszowane teczki i kolejni funkcjonariusze SB obciążeni zarzutem fałszowania dokumentów. – Na podstawie ówczesnych przepisów dotyczących rejestracji i pozyskania tajnych współpracowników funkcjonariusze SB mogli bez przeszkód spreparować teczkę – stwierdził prokurator Góra. Identyczne zdanie wyraził dyrektor gdańskiego oddziału IPN Edmund Krasowski, który podkreślił, że TW „Myśliciel” nie był jedynym agentem, który powstał na papierze.
W tym miejscu wypada zadać pytanie: skoro zdaniem jednych historyków IPN „funkcjonariusze SB mogli bez przeszkód spreparować teczkę” o. Wołoszyna, to dlaczego zdaniem innych historyków tej samej instytucji nie mogli spreparować teczki ks. Wielgusa? Dlaczego mimo wielu przemawiających za tym przesłanek IPN nie podjął żadnego śledztwa, którego celem byłoby wyjaśnienie tej sprawy? Jest to o tyle zastanawiające, że – jak wynika z naszych ustaleń – do metropolity lubelskiego zgłosił się funkcjonariusz SB, który miał wiele do powiedzenia na temat fałszerstwa dokumentów dotyczących ks. Wielgusa. Z informacji uzyskanych od osób zbliżonych do Kościelnej Komisji Historycznej wynika, iż złożył on zeznania w tej sprawie. Co się z nimi stało? Czyżby ten fakt nie interesował historyków IPN? Dlaczego Instytut Pamięci Narodowej, który prowadzi śledztwo w sprawie preparowania przez SB dokumentów, które miały zablokować przyznanie nagrody przewodniczącemu „Solidarności”, uznał, że SB nie mogła spreparować dokumentów, na podstawie których w styczniu br. uniemożliwiono ks. abp. Stanisławowi Wielgusowi pasterzowanie w metropolii warszawskiej?
Pytania do historyków
Zastanawiające jest milczenie IPN, choć do dezorientacji w sprawie ks. abp. Stanisława Wielgusa przyczynili się historycy związani z Instytutem Pamięci Narodowej. Najlepszym przykładem jest prof. Andrzej Paczkowski, który 4 stycznia br. przed wejściem do siedziby rzecznika praw obywatelskich powiedział, że według jego wiedzy ks. abp Stanisław Wielgus był współpracownikiem SB. Dodał jednocześnie, że „nic nie wiadomo o skutkach i o motywach działania abp. Wielgusa”. Wygląda to mniej więcej tak, jakby stwierdzić, że ktoś jest złodziejem, choć nie wiadomo, co, gdzie, kiedy i komu ukradł. Nie ulega zatem wątpliwości, że było to wielce niesprawiedliwe. Nawet, jeśli zasada domniemania niewinności istotna jest dla sędziego, nie dla historyka, to historyk nie może ustalać faktów, przyjmując zasadę domniemania winy. Tymczasem można odnieść wrażenie, że taką zasadę przyjął w owym czasie prof. Paczkowski. Nie był on jednak jedynym związanym z IPN historykiem, który przyczynił się do dezorientacji w tej sprawie.
Jako inny przykład, choć w mniejszym stopniu, można podać Andrzeja Grajewskiego. W artykule pt. „Co było w materiałach „Greya””, który ukazał się 9 stycznia br. na portalu wiara.pl, pan Grajewski, publicysta „Gościa Niedzielnego” i członek Kolegium IPN w latach 1999-2006, napisał: „Zasadniczy trzon akt nie zachował się w postaci papierowej, lecz jako mikrofilm, co jest dość typowe w przypadku akt wywiadu. Jest to „jacket”, czyli tzw. karta kieszeniowa nr 7207. Zachowana dokumentacja z całą pewnością jest wiarygodna i nie nosi znamion fałszowania, natomiast nie wiadomo, czy jest kompletna”. Na jakiej podstawie pan Grajewski stwierdził, że dokumentacja ta nie nosi znamion fałszerstwa?
Dalej napisał: „Wynika z niej, że ks. Stanisław Wielgus był świadomym współpracownikiem cywilnego wywiadu, czyli I Departamentu MSW. W tej współpracy używał pseudonimu „Grey”. W ten sposób podpisywał najważniejsze dokumenty – umowę o współpracy, a także instrukcje wyjazdowe, w których ustalany był dokładny system utrzymywania łączności oraz najważniejsze zadania, jakie miał wypełniać”. W innym miejscu pan Grajewski stwierdził: „(?) Ks. Wielgusowi zaproponowano współpracę z wywiadem PRL, którą przyjął i podpisał zarówno stosowną umowę, jak i instrukcję wyjazdową. Odbył także szczegółowe szkolenie wywiadowcze. Miał w tym czasie mieszkać w lokalu konspiracyjnym SB w Warszawie. Fakt przeszkolenia potwierdził osobistym podpisem jako „Grey””. W jaki sposób pan Grajewski ustalił, że ks. Wielgus używał pseudonimu „Grey” i tak podpisywał najważniejsze dokumenty?
W dalszej części publikacji czytamy: „Jako TW „Adam” w okresie 1967-1973 miał odbyć ok. 50 spotkań, w trakcie których przekazywał materiały ze środowisk kościelnych oraz naukowych KUL. Od razu należy powiedzieć, że nie ma żadnych oryginalnych dokumentów z tego okresu (1967-1973), gdyż nasza wiedza pochodzi wyłącznie z dokumentacji analityczno-odtworzeniowej, sporządzonej przez oficera wywiadu ppłk. Leopolda Mroczka w 1973 r. na potrzeby centrali wywiadu MSW. (Notatka z 20 grudnia 1973 r. sporządzona na podstawie raportów z rozmów prowadzonych na etapie pozyskiwania i przygotowania TW do realizacji naszych zadań za granicą.) Co więcej, powołana przez metropolitę lubelskiego abpa Józefa Życińskiego komisja historyczna, pracująca pod przewodnictwem prof. Wrony, nie znalazła w Lublinie żadnych dokumentów. Czy to oznacza, że opis tego etapu domniemanej współpracy ks. Wielgusa z SB nie jest wiarygodny? Sądzę, że takiej tezy stawiać nie można, gdyż oznaczałoby to, że oficerowie wywiadu, dokonując na potrzeby własnej pracy operacyjnej analizy akt Wielgusa, świadomie konfabulowali albo fałszowali w raportach dla swych przełożonych dokumentację”. Dlaczego pan Grajewski odrzucił tezę, że oficerowie wywiadu nie musieli fałszować, lecz dokonali „na potrzeby własnej pracy operacyjnej” analizy fałszywych akt ks. Wielgusa, sporządzonych przez lubelskich funkcjonariuszy SB? O tym, że ci byli w stanie sfałszować tę dokumentację, świadczy cytowany powyżej przykład poświadczony przez prokuratora Górę z bydgoskiego IPN.
Pisząc o sprawie kombinacji operacyjnej wprowadzenia „Greya” do obiektu „Szerszeni”, pan Andrzej Grajewski stwierdził: „Sprawa nie była jednak prosta, gdyż ks. Kirschkego miał zastąpić ks. Śliwiński. Wywiad PRL chciał, aby nie objął on tych funkcji, lecz udało się w tym miejscu ulokować ks. Wielgusa. Na skutek prawdopodobnie bierności ks. Wielgusa, operacja się nie udała. Zachowały się jednak także meldunki świadczące, że w latach 70. przebywając w RFN „przekazywał on wiele informacji, dokumentów i nagrań dotyczących wystąpień dostojników Kościoła i naukowców katolickich”. (Plan kombinacji operacyjnej wprowadzenia „Greya” do obiektu „Szerszeń” z 20 października 1977 r.)”.
Powyższe stwierdzenie jest nieprawdziwe. Z dokumentu, na który powołuje się pan Grajewski, wynika coś zupełnie odwrotnego. Podczas pobytu w latach 70. w RFN ks. Wielgus nie mógł przekazywać funkcjonariuszom specsłużb PRL „wielu informacji, dokumentów i nagrań dotyczących wystąpień dostojników Kościoła i naukowców katolickich”, gdyż ów „Plan” wyraźnie stwierdza, że podczas jego pobytu w RFN nie nawiązano z nim żadnego kontaktu. Z dokumentu tego nie sposób wywnioskować zaś jakiego okresu ma dotyczyć przytoczony przez pana Grajewskiego cytat.
To kolejny przykład tego, z jaką „rzetelnością” i „dokładnością” przeanalizowali dokumenty niektórzy historycy. Ze strony IPN żadnego sprostowania się jednak nie doczekaliśmy.
Instytut Pamięci Narodowej wydawał się instytucją najbardziej kompetentną do oceny nie tylko udostępnianych przez siebie materiałów, ale i konkretnych sądów wysuwanych przez samozwańczych „badaczy” w stosunku do dokumentów i całej sprawy związanej z ks. abp. Stanisławem Wielgusem. Pogląd na tę sprawę byłby dzisiaj zupełnie inny, gdyby prezes Instytutu Pamięci Narodowej nad tym zapanował. Tak się jednak nie stało. W tej kwestii IPN zawiódł. Zarówno ten fakt, jak i dzisiejsze postępowanie pana Janusza Kurtyki czyni tę instytucję współwinną publicznemu kamienowaniu biskupa Kościoła katolickiego w Polsce.
„Trudno więc dzisiaj z całą powagą myśleć o IPN” – powiedział ks. kard. Józef Glemp podczas homilii wygłoszonej 7 stycznia br. w warszawskiej archikatedrze. Wbrew krytyce, jaka spadła na księdza Prymasa po wypowiedzeniu tych słów, nie ulega wątpliwości, że bardzo trafnie ujmowały postawę IPN w kwestii ks. abp. Stanisława Wielgusa. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w odniesieniu do tej sprawy aktualne są również dziś.
Sebastian Karczewski
