Czas na otwarcie

W Prawie i Sprawiedliwości nastąpiły zapowiadane i oczekiwane zmiany
personalne – największa partia opozycyjna ma nowych wiceprezesów, nowego szefa
klubu parlamentarnego i kandydata na wicemarszałka Sejmu. Czy odnowione PiS
będzie w stanie zresetować polską politykę? A może ostatnie roszady na szczytach
władzy partyjnej to nihil novi sub sole?

Falę awansów, jaka przetoczyła się przez PiS, wymusiła sytuacja po 10 kwietnia:
osoby, które zginęły w katastrofie pod Katyniem, a piastowały ważne funkcje w
partii i w parlamencie, zostały zastąpione przez działaczy wskazanych przez
prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Najwięcej uwagi skupiła na sobie Joanna
Kluzik-Rostkowska, znana z lewicowych poglądów, która wbrew spekulacjom mediów
nie objęła żadnej funkcji i nie będzie (przynajmniej na razie) "twarzą" PiS, tak
jak było to w kampanii prezydenckiej. Deliberowanie, dlaczego tak się stało, to
raczej strata czasu, tak jak i rozpatrywanie zmian personalnych w PiS w
kategoriach rozdawania cukierków za dobre sprawowanie. Kto się sprawdził –
otrzymał nagrodę, kto okazał się nieudolny – został ukarany. Do tego sztucznego
w gruncie rzeczy problemu liczni komentatorzy chcieliby sprowadzić decyzje
prezesa PiS, tymczasem warto spojrzeć na całą rzecz z innej perspektywy.
Prawo i Sprawiedliwość – największa partia opozycyjna określająca się jako
prawica, musi być realną alternatywą dla Platformy Obywatelskiej i ideologii,
którą ona uosabia. Czy sobotnie decyzje czynią PiS ugrupowaniem bardziej
wyrazistym, klarownym w sferze ideowej? Zauważmy, że tzw. prawe skrzydło PiS,
czyli politycy, którzy identyfikują się z tym nurtem, nie zostali należycie
docenieni. Można się zastanawiać, jak ten brak wyraźnej równowagi w najwyższych
władzach partii wpłynie np. na jej stanowisko w nieodległej debacie o in vitro i
innych kwestiach bioetycznych. Czy PiS będzie stawiało tamę uzurpatorskim
żądaniom lobby homoseksualnego? Czy nie powtórzy się sytuacja, gdy tzw.
pragmatyzm przekładało nad wierność zasadom moralnym? Te pytania trzeba stawiać.
Odsunięcie lewicowej Joanny Kluzik-Rostkowskiej może cieszyć, lecz konserwatywny
elektorat oczekuje od PiS kompleksowego programu uwzględniającego aktualne
wyzwania cywilizacyjne, jak choćby wsparcie niszczonej rodziny, wyjście
naprzeciw zagrożeniu demograficznemu czy uzdrowienie systemu edukacyjnego. W
pogoni za władzą politycy nie mogą stracić z oczu sensu istnienia swojego
ugrupowania – realizowania dobra wspólnego. Nie mogą oderwać się od ludzi.
Stołki, struktury to zawsze rzecz wtórna wobec podstawowego celu działania
partii. Dlatego potrzebny jest fundament moralny polityki, inaczej sprowadzi się
ona jedynie do techniki rządzenia, będzie budowaniem preferencji wyborczych na
lotnych piaskach i zagrozi osunięciem się w tani populizm. Nie tego oczekuje
konserwatywny elektorat.
Ze zmianami personalnymi w Prawie i Sprawiedliwości zbiegło się zauważalne po
przegranych wyborach prezydenckich porzucenie języka i kreowanego doraźnie, na
potrzeby kampanii, wizerunku tegoż ugrupowania. Jednak PiS nie tyle powróciło do
dawnego obrazu partii wojującej, "rewanżystowskiej" (co usiłują mu wmówić
niektórzy komentatorzy), ile znów podejmuje ważne dla Polaków tematy poprzez
deklaracje choćby tego, że w centrum swych działań postawi wyjaśnienie
okoliczności katastrofy pod Katyniem. Szczerze mówiąc, upodobnienie się przez
PiS w kampanii wyborczej do "partii miłości" i jej języka, było zabiegiem
niestrawnym dla większości elektoratu, który miał prawo czuć się zlekceważony.
Czarę goryczy przelały dusery prawione Grzegorzowi Napieralskiemu i całej
formacji postkomunistycznej, kreowanie Edwarda Gierka na polskiego patriotę,
swoiste rehabilitowanie PRL. Teraz ten język został porzucony, obowiązuje inna
linia, ale pewne wątpliwości pozostały. Czy partia, która z taką łatwością, w
zależności od politycznego zapotrzebowania, w skrajnie odmienny sposób
diagnozuje to samo zjawisko, jest wiarygodna? Czy nie zmierza w kierunku partii
bezideowej, którą scala tylko osoba przywódcy?
– Większość nowych nominacji można określić jako powrót "starej gwardii" na
"stare czasy". Nowa gwardia, którą było widać w okresie kampanii, została
odsunięta. To oznacza, że prezes PiS postrzega najbliższe miesiące i lata jako
okres nawałnic, wielkiego nacisku i "ciężkiego boksu", a nie czas szansy i
sytuacji, w której pewna lekkość oraz inteligencja pozwala uniknąć twardej
konfrontacji – komentuje ostatnie roszady personalne w PiS Jan Filip Staniłko,
ekspert z Instytutu Sobieskiego. "Stara gwardia", czyli dawni działacze
Porozumienia Centrum, określani też jako "zakon PC", są na pewno frontmenami w
polityce i potrafią skontrować ciosy wymierzane przez "posła z Lublina". Są też
biegli w zakulisowych zagrywkach, znają (nieciekawe) tajniki politycznej kuchni.
Ale czy tego oczekuje elektorat prawicowy i konserwatywny? Przecież polityka
polska nie cierpi na deficyt polityków-graczy, wręcz przeciwnie – reakcje po 10
kwietnia pokazują, że chcemy, by ludzie sprawujący władzę byli przejrzyści, by
celem ich pracy było dobro wspólne, a nie partykularny interes własnej partii,
która nigdy nie będzie reprezentować całości życia społecznego, ale tylko jego
część (wskazuje na to źródłosłów pojęcia "partia" – od łacińskiej "pars"
oznaczającej "część"). Sięgnięcie przez Jarosława Kaczyńskiego po wiernych mu
polityków PC, z którymi na początku lat 90. chciał budować w Polsce partię
chadecką (z wielu powodów eksperyment okazał się nieudany), dowodzi, że PiS jest
znów dotykany przez występujący nierzadko u polityków syndrom "skuteczności".
Dlatego tak istotne jest domaganie się przedstawienia przez PiS całościowego
programu i jego założeń ideowych. Można, niestety, odnieść wrażenie, że w tym
przypadku obie największe partie – i PO, i PiS – przyjęły bardzo dziwną pozę.
Jest to postawa obronna przed… własnym Narodem, który mimo zabiegów tylu
inżynierów dusz nie pozwala się ujarzmić ani nie siedzi cicho. Pokazał po 10
kwietnia siłę, patriotyzm, troskę o państwo. Kocha Polskę i chce dla niej zrobić
coś dobrego. Jednak ta eksplozja twórczej energii zogniskowana nie tylko wokół
Prawa i Sprawiedliwości została dość szybko zgaszona i spacyfikowana. Zwrócił na
to uwagę tuż po wyborach prof. Andrzej Zybertowicz, gdy na łamach "Naszego
Dziennika" wypowiadał się, że "sztab wyborczy Jarosława Kaczyńskiego, podobnie
jak partia, wykazał ograniczone umiejętności zagospodarowania entuzjazmu
społecznego". Gdyby środowiska niepodległościowe potrafiły podjąć ten impuls
troski o naszą suwerenność, pozytywnie odpowiedzieć na chęć współpracy rzeszy
ludzi, którzy nagle odkryli ludzki wymiar polityki, wynik prezydenckiej batalii
byłby na pewno inny. Kto stworzy propozycję dla tego "milczącego" do tej pory
elektoratu, ten może okazać się zwycięzcą nie tylko przyszłorocznych, lecz także
wszystkich kolejnych wyborów. I w tym tkwi klucz do strategii, jaką powinno
obrać PiS: nie klecenie partyjnych koterii wokół działaczy o choćby
najgłośniejszych nazwiskach, ale otwieranie się na inne środowiska:
patriotyczne, niepodległościowe, społecznikowskie. Taka szeroka formacja
zbudowana na mocnym fundamencie wartości moralnych skruszy najtwardszy monopol
władzy, przyciągnie nowych ludzi i pozwoli uwierzyć, że polityka nie musi być
grą i geszeftem, ale solidarnym działaniem w dobru.

Małgorzata Rutkowska

drukuj