Carl Gustaw Jung a problem zła

Antychrześcijańskie aspekty psychoanalizy

W Kościele katolickim widzimy ciągle tyleż dziwną, co naiwną popularność idei C.G. Junga, szwajcarskiego psychoanalityka i myśliciela, które często jednak bezprawnie wyrywane są z całościowego kontekstu jego ideologii. Wynika to może z faktu, że traktuje się często Junga – w przeciwieństwie do Freuda – jako teoretyka psychologii i terapeutę otwartego na religię czy chrześcijaństwo. Ale na jaką religię, na jakie chrześcijaństwo? Ponadto aktualne jest pytanie, czy rzeczywiście był psychologiem.

Uwadze tych naiwnych zwolenników Junga umyka często fakt, że jego teorie jako np. popularyzatora „naukowej” astrologii są również bardzo popularne w ruchu New Age oraz pośród wszelkiego rodzaju gnostyków i okultystów. Jawi się on tam jako jeden z głównych autorytetów, a nawet ojców ideologii ruchu Nowej Ery (o czym przypomniał dokument watykański o New Age z 2003 roku). Można powiedzieć jeszcze więcej. Twierdzenia Junga, a szczególnie jego reaktywacja gnostycznych mitów o równości figury Boga oraz szatana, stały się źródłem inspiracji dla niektórych satanistycznych sekt, o czym zaświadcza Massimo Introvigne, włoski badacz problematyki sekt o międzynarodowej sławie i katolickiej orientacji (por. M. Introvigne, Il capello del mago. Il nouvi movimenti magici dallo spiritismo al satanismo, Milano 1990, s. 368. 411-414 n).

Zamach na Jezusa Chrystusa

Istnieją sekty satanistyczne, które rozpoczęły od psychoterapii Junga, a skończyły na lucyferycznym kulcie. Dlaczego? Nie jest to wcale dziwne, jeśli weźmie się pod uwagę wewnętrzną logikę ukrytej inicjacji, jaką zawiera w sobie teoria Junga, szczególnie odnośnie do tzw. procesu „indywiduacji”, która oznacza ezoteryczną inicjację, wyrażoną językiem psychologii. Inteligentna „laicyzacja pojęć” nie jest bowiem w stanie ukryć faktu, że teoria „indywiduacji” Junga jest od początku do końca gnostyczna, sytuując się wyraźnie poza granicami chrześcijańskiej ortodoksji. Nie jest ona ponadto wiarygodna także z powodu nie do końca słusznego przekonania o naukowym pochodzeniu twierdzeń, które wygłasza szwajcarski psychoanalityk.

Właściwym celem czy punktem dojścia owego procesu „indywiduacji” jest właśnie ludzkie głębinowe „ja”, nazywane przez Junga „jaźnią”, w odróżnieniu od „ja” powierzchownego czy zewnętrznego, które określa on jako „ego”. Symbolem owego głębinowego „ja”, czyli „jaźni” – i tylko symbolem – jest Chrystus, i w tym właśnie punkcie mamy istotne odwrócenie znaczeń, które zbliża się do profanacji. Albowiem to nie „jaźń” jest symbolem Chrystusa, ale Chrystus symbolem „jaźni”, i to wcale nie jedynym. Podobnym symbolem pozostaje Budda, stawiany w ten sposób na równi z Jezusem, w wymiarze człowieczeństwa traktowany jednak nawet wyżej od Niego.

Pozostajemy więc ciągle w kręgu własnego „ja”, które (czy to głębokie, czy nie) nie opuszcza przecież swojej „złotej klatki”, wplątując do tego w swoje egotyczne manipulacje świętość konkretnej osoby Jezusa, co ociera się o profanację. Tak więc Jezus, pozbawiony w kontekście powyższego swojego historycznego konkretyzmu oraz właściwie rozumianej boskości, zostaje zdegradowany wyłącznie do symbolu ludzkiego „ja”, gdzie bóstwo Chrystusa, o zgrozo, jest symbolem boskości człowieka, i to wcale nie jedynym. Tego rodzaju manipulacja pachnie zdradą czy kontrinicjacją, która byłaby przeciwna zasadom inicjacji chrzcielnej. Zamiast bowiem poruszać się od własnego „ja” w kierunku Jezusa, poruszamy się od Jezusa w kierunku własnego „ja”. Jezus okazuje się „drogą”, ale w przeciwnym kierunku.

Takie działanie wynika z profanicznej „psychologii” Jezusa. Wedle Junga, Jezus był „chłopcem zrodzonym przez niezamężną matkę. Takiego chłopca określa się mianem „dziecka z nieprawego łoża” – przesąd ten był dlań wielką ujmą. Jezus cierpiał z powodu strasznego poczucia niższości, miał jednak pewność, że zostanie mu to zrekompensowane” (C.G. Jung, Rozmowy, wywiady, spotkania, Warszawa 1999, s. 114). Na krzyżu zaś „Chrystus pojął, że całe jego życie oddane prawdzie – takiej, jaką znał podług swej najlepszej wiedzy – było straszliwym złudzeniem” (tamże). Widzimy więc, że „Jezus Chrystus przedstawiony przez Junga nie odzwierciedla obrazu danego nam przez Ewangelię” (M. Pacwa SJ, Katolicy wobec New Age, Kraków 1994, s. 57).

Nie jest to jednak koniec manipulacji osobą Jezusa czy znęcania się nad nią. W spreparowanym bowiem przez Junga obrazie Chrystus jawi się jedynie jako pozytywna, dobra, czy może zbyt dobra część całościowego obrazu Boga, który musi być uzupełniony o równorzędny czy symetryczny obraz. Chodzi tu o obraz… szatana, który z kolei jest negatywną czy ciemną częścią tak rozumianego dwoistego obrazu Boga. Ta ciemna strona Boga ma być przyjęta przez człowieka, który też posiada ciemną stronę w jednym i drugim przypadku, nazywaną archetypem Cienia.

Zło zyskuje zatem status naturalnej konieczności, Bóg zaś traktowany jest jako źródło zła. Szatan jest tylko historyczno-kulturową egzemplifikacją archetypu Cienia, który musi być „zintegrowany” w duszy człowieka. A więc zamiast „wypędzenia diabła” (egzorcyzmu) otrzymujemy „przyjaźń z szatanem” w formie rzekomej psychicznej integracji, co może być ukrytą formą paktu ze złem. Potwierdza to doświadczenie niektórych sekt, o czym mówiłem wcześniej. Tak oto właśnie czysty egotyzm sprzęga się z kryptosatanizmem, „inicjacyjny humanizm” zaś, typowy dla klasycznej tradycji masońskiej – z „inicjacyjnym lucyferyzmem” (znanym z ruchu New Age) ukrywającym swoje prawdziwe oblicze.

Jung nieraz stwierdza, że psychoanaliza jest w istocie propagandą antychrystianizmu jako zamachu na osobę Jezusa. Jest on przekonany, „że trzeba by dać psychoanalizie jeszcze czas na to, by mogła z wielu ośrodków przenikać do narodów, u intelektualisty ożywiać zmysł tego, co symboliczne i mitologiczne, Chrystusa stopniowo zamieniać na powrót w prorokującego boga latorośli, którym był, i w ten sposób wchłaniać owe ekstatyczne siły napędowe chrześcijaństwa, a wszystko w tym jednym celu, aby kult i święty mit uczynić tym, czym one były, mianowicie radosnym igrzyskiem, którego etos pozwala człowiekowi być w uświęcony sposób zwierzęciem” (S. Freud, C.G. Jung, Briefwechsel, Frankfurt M. 1984, s. 136).

Wiele nurtów satanizmu, a zwłaszcza neopogaństwa traktuje człowieka jako inteligentne zwierzę. Tu jednak chodzi o coś więcej, a mianowicie o deformację nie tylko obrazu człowieka, lecz także obrazu Boga.

Psychoanaliza satanizmu czy satanizm psychoanalizy?

Dziś używa się powszechnie psychoanalizy, zwłaszcza jungowskiej, do analizy i oceny satanizmu, co jest rażącym błędem metodologicznym. Nie tylko z racji nienaukowości teorii Junga, które nie są naukowe w klasycznym znaczeniu. Nie można wyjaśniać bowiem zjawiska satanizmu przez teorię, która – w pewnym sensie – otwiera się na satanizm lub go przynajmniej teoretycznie aprobuje. Trudno w to uwierzyć, ale wnikliwa analiza nie pozostawia prawie żadnych wątpliwości.

Nie bądźmy jednak gołosłowni. W jednej z ważniejszych prac C.G. Junga „Odpowiedź Hiobowi” widać wyraźnie, że z Boga Starego Testamentu czyni on – w duchu gnozy – demonicznego demiurga. W ten sposób przekształca Świętą Trójcę w „Czwórcę”, gdzie na „czwartego” dokooptowany zostaje szatan zachowujący przy tym autonomię. Owej „Czwórcy” nadał właśnie nazwę „Abraksas” (na marginesie można dodać, że tak nazywała się satanistyczna sekta w Belgii, do której należał głośny pedofil-morderca Marc Dutroux). Jung oczywiście zastrzega się, że chodzi mu o „projekcje procesów psychicznych, produkty ludzkiego ducha, którym nie wolno przypisywać metafizycznej ważności”, cały czas jednak obraca się w obszarze gnostyckiej ontologii, którą traktuje poważnie, przedefiniowując za jej pomocą jeszcze poważniejszą teologię i metafizykę chrześcijańską.

Przy tej okazji przedefiniowuje chrześcijańską demonologię, odtwarzając gnostycką demonozofię, która jednak w ujęciu Junga polegałaby na wewnętrznym doświadczaniu Złego, nazwanego tym razem nieświadomością (lub archetypem cienia), który z tej racji wcale nie jest zły, a nawet swoiście dobry. W „Psychologii i alchemii” zajmuje się on kwestią „zintegrowania szatana”, twierdząc wielokrotnie także w innych kontekstach, że dopóki szatan nie zostanie zintegrowany, świat nie stanie się całością, a człowiek nie będzie zbawiony.

Co oznacza owa integracja diabła? Wzorcem dla niego staje się okultystyczna alchemia (popularyzowana zresztą w „Harrym Potterze”), którą traktował jako duchową ścieżkę. Jung twierdził, że alchemiczne Opus magnum będzie zakończone wtedy, kiedy dusza ludzka zostanie doskonale zintegrowana. Polega to na tym „misterium coniunctionis, misterium zjednoczenia – ośrodkowe misterium alchemiczne zmierza właśnie do syntezy przeciwieństw, do asymilacji „czerni”, do zintegrowania zła” (C.G. Jung, Rozmowy, wywiady, spotkania, Warszawa 1999, s. 240). Przemieniona świadomość polega na tym, że „”diabeł” nie wiedzie już autonomicznego żywota, jest on bowiem ponownie związany z fundamentalną jednością duszy” (tamże, s. 241). To jednak może oznaczać to, co św. Augustyn określił jako „pakt z diabłem”. Język Junga w takim kontekście stanowi śmiertelne niebezpieczeństwo.

Tego rodzaju popularyzacja satanizmu ma jednak podstawy w swoistej teologii Junga, którą zresztą jako psycholog uprawiał bezprawnie. Jung wyraźnie przedefiniowuje chrześcijańską teologię na gnostycką teozofię. W rozmowie ze światowej sławy pisarzem włoskim Albertem Moravią Jung stwierdził, że „Jahwe na przykład był nie tylko Bogiem, lecz także Diabłem. Ale począwszy od chrześcijaństwa, zwłaszcza zaś Reformacji, nieświadomość, czyli diabeł, w coraz większym stopniu była pomijana, wypierana, zapominana, usuwana”. Dlatego w czasie I wojny światowej „diabeł, czyli nieświadomość, zbyt długo już wypierany i wręcz zapomniany, zemścił się wprawiając ludzi w stan zmysłowego upojenia zniszczeniem i śmiercią. (…) Jung proponuje, by w taki sam sposób wyjaśniać monstrualne, popełniane niemal automatycznie okrucieństwa nazistów podczas II wojny światowej, których zresztą popierał okresowo w latach 30. Twierdzi, że znowu ze względu na brak zdrowej relacji z diabłem doszło do wybuchu niemającej sobie równych furii destrukcji. Jung wysnuł z tego wniosek, że trzeba jak najszybciej ponownie nawiązać tę więź i – jeśli okaże się to potrzebne – powołać do życia Czwórcę. Wysłuchawszy tego dziwacznego proroctwa wypowiedzianego w atmosferze jako żywo zrodzonej z ducha Fausta, pożegnałem się z Jungiem” (Wizyta Moravii, w: C.G. Jung, Rozmowy, wywiady, spotkania, Warszawa 1999, s. 201-202).

Z powyższych racji Jung myli obraz z rzeczywistością, nie mogąc odróżnić archetypu Cienia od diabła, który rzekomo jedynie symbolizuje ów bardziej uniwersalny archetyp, co jest już – owo twierdzenie – redukcją ontologiczną (a takich jest bardzo wiele w systemie Junga, wbrew deklaracjom). Pomijam fakt, że jest to humanizacja diabła w tym sensie, że przypisuje się człowiekowi to, co może do niego nie należy. Powstaje pytanie: czy tłumaczyć diabła archetypem Cienia czy archetyp Cienia diabłem? Co gorsza, Jung może pomylić Boga z diabłem, a ludzką jaźń z Bogiem, co oznacza jednak degradację czy poniżanie Najwyższego.

Dla Junga to jednak nic nowego. Wyraźnie zbuntował się przeciwko judeochrześcijańskiemu Bogu, utwierdzając przy okazji nieświadomie „religię holokaustu” (mimo iż okresowo popierał Hitlera i nazizm). Jeden z najwybitniejszych uczniów Junga, izraelski lekarz i analityk Erich Neuman, pisał do niego na temat książki „Odpowiedź Hiobowi”: „W pewnym sensie jest to spór z Bogiem, podobny do sporu, jaki prowadził z nim Abraham przed zniszczeniem Sodomy. W szczególności zaś – dla mnie osobiście – jest to książka zwrócona przeciwko Bogu, który pozwolił na to, by zabito

6 milionów członków swego ludu, albowiem Hiob jest również prawdziwie Izraelem”. W odpowiedzi Jung stwierdził, że nic nie da się porównać z arogancją, na jaką musiał się zdobyć, „aby być w stanie obrazić Boga”. Bóg stał się dla niego „antynomią… dolegliwością, którą człowiek musi wyleczyć” (List z 5.01.1952 r.).

Zafałszowanie problemu zła u Junga

Wizja zła u Junga, hołubionego przez wielu katolików, jest więc kompletnie fałszywa, tak jak fałszywa jest jego wizja Boga i człowieka. Uległo jej jednak wielu teologów, jak np. eks-ksiądz Eugen Drewermann, pozbawiony zresztą także mandatu teologa katolickiego, a także – już w dużo mniejszym wymiarze – Anselm Grün OSB, który jednak również popełnia wiele błędów. Jak zauważa jednak wybitny znawca i krytyk Junga, dominikanin Antonio Moreno, w problematyce zła Jung jest człowiekiem błądzącym w ciemności. Postać szatana jest u niego wyłącznie przykładem zjawiska personifikacji tzw. archetypu Cienia, co jest karygodne i niebezpieczne. Podobnie jak w przypadku innych archetypów (jak np. archetyp Jaźni) istnieje niebezpieczeństwo nadużycia tej hipotezy dla relatywizacji obrazów religijnych. Obrazy czy figury religijne są z góry traktowane jako przejaw pewnego symbolicznego uniwersum, pewnego muzeum wyobraźni, subiektywnego doświadczenia psychicznego. Jest to fundamentalny problem teorii Junga, nazwanej przez światowej sławy filozofa Martina Bubera „religią jaźni”.

Jung więc kreuje bezprawnie „psychologiczną religię” o wyraźnie gnostyckim podłożu. Jak stwierdza bowiem M. Buber, w systemie Junga „indywiduacja urzeczywistnia (…) całkowity archetyp Jaźni. Chociaż na przykład w symbolice chrześcijańskiej mamy zarówno archetyp Chrystusa i Antychrysta, to [u Junga] Chrystus i Antychryst symbolizują jedynie ciemny i jasny aspekt archetypu, w Jaźni natomiast oba aspekty się jednoczą. Dlatego Jaźń jest czystą totalnością i jako takiej nie daje się jej odróżnić od obrazu Boga. Tak więc urzeczywistnienie Jaźni należy właściwie określić jako „inkarnację Boga”. Ten jednoczący w sobie dobro i zło Bóg, którego pełna przeciwności natura wyraża się również w jego męsko-żeńskości, jest postacią gnostycką, którą można ostatecznie łatwo rozpoznać w staroirańskim bóstwie Zurvanie (o którym zresztą, jak (…) się wydaje, Jung nie wspomniał w swoich licznych rozważaniach religijno-historycznych). To z niego bowiem rodzą się Bóg światłości i jego ciemne przeciwieństwo. Wychodząc od tego zasadniczo gnostyckiego poglądu, Jung opracowuje żydowską i chrześcijańską koncepcję Boga” (M. Buber, Zaćmienie Boga, Warszawa 1994, s. 82-83).

Wracając w powyższym kontekście do problemu jungowskiego Cienia, należy rozróżnić to, czego nie czyni Jung, mówiąc o integracji czy asymilacji Cienia:

1. kompleksy, zranienia, ciemne psychologicznie strony – należy zintegrować (lub zasymilować),

2. grzechy – należy oczyścić (i odpokutować),

3. szatana – należy „wypędzić” (egzorcyzmować).

Różne poziomy rzeczywistości (ontologii) wymagają więc różnego języka. Nie należy mylić różnych poziomów rzeczywistości zła, co czyni wielu terapeutów nie tylko jungowskich, ale głównie z kręgu psychoanalizy. Po rozróżnieniu i rozdzieleniu można próbować je na nowo zjednoczyć, ale wtedy już nie będzie pomieszania, jakie może wnosić termin „integracja Cienia” w sytuacji, kiedy pojęcie to jest traktowane zbyt szeroko, bez odpowiednich rozróżnień. Dla Junga, jak to podkreślają krytycy katoliccy, „wszystkie koty są czarne”. Jung nie rozróżnia wyraźnie pomiędzy rzeczywistością psychologicznego kompleksu, rzeczywistością grzechu i rzeczywistością szatana. To pomieszanie pojęć i płaszczyzn różnych rzeczywistości jest bardzo niebezpieczne, nie tylko dla zdrowia psychicznego, ale i duchowego – dla chrześcijańskiej drogi zbawienia.

U Junga zło nie jest privatio boni (brak dobra), ale posiada rodzaj istnienia równego dobru. Katolicka doktryna o złu jako privatio boni sięga korzeniami do Orygenesa. Została jednak potwierdzona dopiero przez św. Augustyna i rozwinięta przez św. Tomasza z Akwinu (zob. M.A. Krąpiec, Dlaczego zło? Lublin 2005, s. 69-104). Jung doszukiwał się w tej teorii skłonności do odbierania złu substancji i realności takich samych, jakie posiada dobro. Interesująca w tym kontekście jest polemika pomiędzy Jungiem a katolickim księdzem V. White”em (odrzucającym pogląd Junga), która po początkowym porozumieniu w tym temacie doprowadziła do tego, iż stali się oni sobie obcy. „Zło – mówiąc psychologicznie – jest strasznie realne. Pomniejszanie jego mocy i realności to fatalny błąd – nawet jeśli czyni się to w sensie metafizycznym. Przykro mi, ale ta kwestia sięga samych korzeni chrześcijaństwa. Zło doprawdy nie zmaleje, jeśli się je zatuszuje, traktując jako nierealne czy jako zwykłe przewinienie ze strony człowieka. Zło istniało przed człowiekiem, było już wtedy, gdy jeszcze nie mógł on dorzucić swych 3 groszy do gry. Bóg jest tajemnicą tajemnic, prawdziwym tremendum” (C.G. Jung, O istocie psychiczności. Listy 1906-1961, Warszawa 1996, s. 145).

Zrównanie zła z dobrem odbiera powagę zarówno dobru, jak i złu. Z założeń o „realności zła” u C.G. Junga wynika ponadto koncepcja „pozytywnego zła”. Jest to otwarta droga dla ideologii „pozytywnego myślenia” i jej niebezpiecznych konsekwencji (więcej o tym zob. A. Posacki, Plaga „pozytywnego myślenia”, „Nasz Dziennik”, 18-19 listopada 2006). Jung popełnia jednak istotne metodologiczne błędy. Według krytyka Junga, dominikanina Moreno, „Jung twierdzi, że zło jest czynnikiem równie pozytywnym jak dobro. Mamy tu do czynienia z przekształceniem obserwacji psychologicznej w zasadę filozoficzną; od faktu, że coś rzeczywiście istnieje, przechodzimy do spekulatywnej zasady głoszącej, że wszystko, co istnieje, istnieje jako czynnik „pozytywny”. Ponieważ zło istnieje, istnieje ono jako czynnik pozytywny, a jako czynnik pozytywny jest ono dogodne – „dobre zło”” (A. Moreno, Jung, bogowie i człowiek współczesny, Warszawa 1973, s. 165).

Pogańskie źródła jungizmu i amoralizm

Wielu badaczy twierdzi, że C.G. Jung bardziej interesował się mitologią niż praktyką psychiatryczną, bardziej okultyzmem niż nauką.

W drugim okresie działalności Jung zrezygnował z dydaktyki i poświęcił się psychiatrii. Zajmował się tym, co wspólne różnym ludziom mimo odmienności epok i kultur, z których pochodzą. Przedmiotem jego szczególnych zainteresowań były treści snów pacjentów oraz zbieranie danych o pierwotnych kulturach w Afryce Północnej (1921), wśród Indian Pueblo w Arizonie i Nowym Meksyku (1924-1925) i wśród mieszkańców Kenii (1926). W celu dotarcia do źródłowych struktur psychicznych Jung studiował religijną i filozoficzną myśl Wschodu, pisma starożytnych gnostyków i średniowieczne traktaty alchemików i innych okultystów.

Jung interesował się głównie gnozą, a szczególnie właściwym jej pojęciem mądrości (sophia) oraz wszelkimi ezoterycznymi herezjami. Badania w tym zakresie łączył z oryginalną analizą i interpretacją alchemii, torując drogę współczesnym zainteresowaniom tymi zjawiskami. W 1927 roku zainteresowały go buddyjskie mandale i ich symbolika. Dokonał tu bezprawnej psychologizacji kultycznego zjawiska mandali, co sprawiło, że stała się ona bez żadnych zastrzeżeń popularyzowana w szkołach jako forma neutralnego, psychologicznego ćwiczenia dla dzieci i młodzieży.

Według krytycznego badacza twórczości Junga, R. Nolla, najważniejszymi źródłami jungizmu są różnorakie nurty duchowe proweniencji nietzscheańskiej, zwłaszcza że Jung znał doskonale filozofię Fryderyka Nietzschego. Zdaniem Nolla, umysłowość Junga nasiąkła także ideami teozofii Heleny Bławatskiej, związanej z masonerią i zamierzającej zniszczyć tzw. ortodoksyjne chrześcijaństwo (R. Noll, The Jung Cult. Origins of a Charismatic Movement, New Jersey 1994). Przedefiniowania Junga, gdy chodzi o ortodoksyjne chrześcijaństwo, są podobne jak u Bławatskiej.

Pogański charakter idei Junga, zwrócenie się ku przedchrześcijańskim formom duchowości i antychrześcijańskiej gnozie, zostały zabarwione astrologią oraz ideami Wschodu. Z nimi zapoznała Junga jego najbliższa współpracownica Toni Wolff, która czerpała jednak swoje informacje przede wszystkim z publikacji teozoficznych. Istotną wskazówką jest również fakt, że pacjenci Junga hospitalizowani w Burghölzli, gdzie pracował, wystawieni byli na działanie idei teozoficznych. W samej zaś prywatnej bibliotece Junga znajdowało się 18 pozycji dzieł G.R.S. Meada, publikowanych przez Theosophical Publishing Society.

Bławatska zresztą miała wielki, a może i kluczowy wpływ na pangermańskie i okultystyczne towarzystwa, które były bardzo popularne w Niemczech pod koniec XIX wieku i posiadały istotny wpływ intelektualny na ideologię niemieckiego nazizmu. Fakt tego wpływu został dobrze udokumentowany. Można by więc wywnioskować, że Jung „nieświadomość zbiorową”, którą traktował jako odkrycie naukowe, odnalazł na półkach własnej biblioteki. Zaś wielu jego pacjentów było nie tylko ofiarami jego, ale takich właśnie ruchów o proweniencji okultystyczno-teozoficznej. Stąd też treści archetypowe, które Jung odkrywał w wizjach swoich pacjentów, nie pochodziły z nieświadomości zbiorowej, lecz z tanich opracowań okultystycznych.

Według Nolla, dzieło Junga było wszystkim – witalistyczną Lebensphilosophie, metamorfozą okultyzmu, irracjonalnym światopoglądem czy też ideologią nowej neopogańskiej religii – tylko nie psychologią, a przynajmniej nie naukową psychologią. „Psychologia” Junga wywodzi się, wedle Nolla, ze źródeł neopogańskich czy też volksistowskich (z których zrodził się w dużej mierze niemiecki nazizm) i „jest to fakt całkowicie nieznany tysiącom pobożnych jungistów wyznania chrześcijańskiego czy też żydowskiego”. Związki Junga z nazizmem są więc głębsze niż tylko zawirowania polityczne, podobnie jak to było z filozofią Martina Heideggera. Jung w okresie Trzeciej Rzeszy mówił i robił rzeczy kontrowersyjne, co skłoniło np. wybitnego filozofa żydowskiego Ernsta Blocha do znieważenia szwajcarskiego psychiatry jako „rozwścieczonego po faszystowsku psychoanalityka” (Das Prinzip Hoffnung, Frankfurt a. M. 1959, s. 69).

Jednym z elementów tworzących ideologię ruchów volksistowskich jest kult słońca, uważany za serce starożytnej religii aryjskiej. Wyznawcą tego poglądu był już Johann W. Goethe, niemiecki poeta związany z ideologią masonerii. Nieprzypadkowo z Goethego czerpali zarówno Jung, jak i R. Steiner, twórca antropozofii i szkół waldorfskich. Wiadomości na temat mitraizmu Jung czerpał m.in. z książki wydanej przez A. Dietricha, zatytułowanej „Liturgia mitraistyczna”. Jung odwołuje się do niej, opowiadając o słynnym przypadku psychicznie chorego pacjenta, w którego halucynacjach odnalazł analogie do tekstu z liturgii mitraistycznej. Przypadek ten przytaczał jako koronny dowód istnienia „nieświadomości zbiorowej” – zyskał on w literaturze anglojęzycznej poetycką nazwę Solar Phallus Man. Noll zaś udowadnia, że pacjent, o którym mówi Jung, mógł znać pierwsze wydanie tej książki.

Wedle Nolla, doświadczenie deifikacji (a właściwie autodeifikacji, czyli samoubóstwienia) u Junga, które jest zgodne w pełni z gnostyckimi założeniami oraz analogicznym doświadczeniem adeptów starożytnych misteriów mitraistycznych, doprowadziło go do założenia sekty. Miało to się stać w 1916 r. pod przykrywką Klubu Psychologicznego, a zainspirowało ruch jungowski jako „sekretny kościół”, przekazujący kolejnym pokoleniom charyzmę jego rzekomo niezwykłej osobowości.

Nie jest więc dziwne, że Jung, czerpiąc z tak licznych pogańskich, neopogańskich i antychrześcijańskich źródeł, jest nie tylko krytykiem tradycyjnej moralności, ale także piewcą programowego i światopoglądowego amoralizmu. Zastanawia się on, „jakiż pożytek z moralności, która niszczy ludzką istotę? Harmonia woli i skłonności wydaje mi się lepszą niż moralność rzeczą” (C.G. Jung, Komentarz do „Sekretu złotego kwiatu”, w: Podróż na Wschód, s. 43). Już we wczesnych latach wzywał do „wyzwolenia się spod obsesji cnoty sprawiającej, że jesteśmy chorzy i odmawiamy sobie radości życia” (C.G. Jung, O istocie psychiczności. Listy 1906-1961, Warszawa 1996, s. 17). Słusznie wspomniany M. Buber zarzuca Jungowi ubóstwianie zmysłów zamiast ich uświęcania. Te teorie służyły mu jako „racjonalizacje” rozgrzeszające jego rozwiązłe i amoralne zachowania. Umocowania w teoriach gnostyckich poszukiwał jego „kompleks poligamiczny”, Jung miał bowiem wiele kochanek i zdradzał swoją żonę Emmę, przysparzając jej z tego powodu wielu cierpień.

Jung wielokrotnie także w innych sytuacjach jawił się jako człowiek amoralny i manipulujący ludźmi (szczególnie pacjentami, którzy nie chcieli potwierdzić jego teorii). Wiele opowieści i powiedzeń potwierdza słabo skrywaną wrogość Junga do pacjentów, którzy go nie interesowali. Poważniejsze były przypadki, gdy nagle i niespodziewanie atakował swoich pacjentów, zaś słownik jego wulgaryzmów zawierał takie wyrażenia, jak „obleśny bękart”, „czczy gaduła” czy „nocnik pełen nieświadomych diabłów”. Bywał tyranem i autokratą, co nawet jego uczniowie uważali za męczące.

Doktor M. Fordham uważał go za niezważającego na innych, nierozważnego i pozbawionego taktu, ze skłonnością do znęcania się nad innymi ludźmi oraz przekonanego, że ostatecznym testem wartości danej osoby czy rzeczy jest to, czy go nudzi, czy nie. Fordham wspomina, że Jung często wpadał w niepohamowaną wściekłość z zupełnie błahych powodów, co przysparzało mu wielu wrogów, zwłaszcza wśród mężczyzn. Był nieprzewidywalny, a jego gniew był gwałtowny i przerażający, ale uczniowie twierdzili, że rekompensatę stanowiło ogromne poczucie humoru i głośny śmiech, który według wielu świadków był udawany. W. Kaufman, który poddał szczególnej analizie humor Junga, odkrył, iż były to głównie sarkazm i hiperbola w stylu reductio ad absurdum, oraz zasugerował, że gromki śmiech może być oznaką introwersyjnej, chorej duszy (F. McLynn, Carl Gustav Jung, Poznań 2000, s. 265).

Nie można więc uznać Junga za autorytet w świetle powyższych danych. Nie tylko w sensie duchowym, ale i naukowym. W twórczości Junga znajdziemy wiele cennych idei i obserwacji, ale główne założenia jego systemu są problematyczne, a czasami nie do przyjęcia zarówno z czysto naukowego (empirycznego), jak i z teologicznego punktu widzenia. Wielu katolików zaś traktuje go błędnie nie tylko jako wiarygodnego psychologa naukowca, ale też jako swojego rodzaju mistrza duchowego, któremu można zaufać na ścieżkach duchowego wtajemniczenia. Jest to wielki i niebezpieczny błąd, któremu należy się stanowczo przeciwstawić.

ks. Aleksander Posacki SJ

drukuj