Cały pogrzeb na nic?
„Pan Karol warunki wysuwał wciąż twarde/ I strasznie osaczał komucha,/ A Kostuś ugody nikczemnej był bardem/ Na zimne tchórzliwie wciąż dmuchał” – pisał Janusz Szpotański w niezapomnianym wierszu „Pan Karol i Kostuś”, dedykowanym Stefanowi Niesiołowskiemu, który został w nim sportretowany właśnie w postaci Kostusia. Wtedy bowiem, tzn. w początkach stanu wojennego, Stefan Niesiołowski nie był jeszcze autorytetem moralnym, jakim próbował zostać kiedyś w AWS, a obecnie w PO, toteż właśnie jego czcigodnej osoby użył Szpotański w charakterze ciemnego tła, na którym wyeksponował Pana Karola, najdoskonalej symbolizującego Salon: „Pan Karol ma żonę uroczą i mądrą/ Plus seraj rozkosznych kochanic./ A Kostuś…” – no, mniejsza z tym.
Więc w stwierdzeniu, jakoby „Pan Karol warunki wysuwał wciąż twarde” – i tak dalej, mimo oczywistej ironii i wieloletniej znajomości „Gęgaczy” i „gęgu” widać, że nawet Szpotańskiemu nie przyszło wtedy do głowy, iż czołowi „Gęgacze”, za parawanem ostentacyjnego nieprzejednania, po cichu „negocjują” z ubekami, albo też – jak życzy sobie pani prof. Barbara Skarga – „z władzami” za pośrednictwem ubeków. Janusz Szpotański niestety tego nie dożył, ale my, którzy się zapoznaliśmy z protokołami rozmów Jacka Kuronia z mjr. Lesiakiem, musimy skorygować prehistorię sławnej transformacji ustrojowej. Co prawda w dokumentach tych znajdują się wzmianki trochę dziwne, jak np. w „Dokumencie nr 2” z 16 września 1985 roku, w którym m.in. czytamy, że Kuroń „odmówił jednak jakichkolwiek wyjaśnień na temat wydawanej Gazety Wyborczej”… i tak dalej, ale poza tym szczegółem pozostałe fragmenty brzmią całkiem prawdopodobnie.
Stan wojenny jako szansa
Na I Zjeździe „Solidarności” w 1981 roku w Gdańsku wprawdzie na przewodniczącego związku został wybrany Lech Wałęsa, ale wśród delegatów dał się zauważyć podejrzliwy stosunek do KOR. Być może był on wyrazem notorycznej niewdzięczności, o której wspominał poeta („Ręce za lud walczące lud sam poobcina”), a być może niechęci narastającej z innych powodów – dość, że projekt uchwały wspominającej o zasługach KOR został przez Zjazd odrzucony, o ile pamiętam, sporą większością głosów, co zresztą stało się powodem zasłabnięcia Jana Józefa Lipskiego. Bardzo możliwe, że gdyby „Solidarność” mogła działać oficjalnie jeszcze rok czy dwa lata dłużej, pojawiliby się autentyczni przywódcy już bez „laickich” przesądów i wpływy „lewicy laickiej” tworzącej środowisko KOR skurczyłyby się w „Solidarności” jeszcze bardziej.
Tymczasem stan wojenny spowodował, że środowisko „lewicy laickiej” stopniowo zaczęło odzyskiwać w podziemnej „Solidarności” utracone wpływy. W sytuacji, gdy podstawową siłą związku było poparcie zagranicy, zwarte środowisko „lewicy laickiej”, skupiające ludzi wykształconych i mających zagraniczne kontakty, siłą rzeczy zaczęło przejmować inicjatywę, co objawiało się również w przejęciu kontroli nad zagraniczną pomocą dla podziemnej „Solidarności”. Lech Wałęsa w zasadzie nie był żadną przeszkodą, bo przecież zdawał sobie sprawę, że ci sami, którzy tak jasno jego lampę w postaci Nobla i honorowych doktoratów rozdmuchali, mogą ją również zgasić i znaleźć sobie zastępczego naturszczyka, choćby w osobie Zbigniewa Bujaka. Do czegoś takiego mogłoby jednak dojść jedynie w ostateczności, bo dla „lewicy laickiej” Wałęsa też był wygodniejszy – po pierwsze, jako robotnik (bo jednak trochę niezręcznie byłoby na czele robotniczego związku stawiać, dajmy na to, „wujka Bronka”, czyli „drogiego Bronisława”), a po drugie, tyle już w niego zainwestowano. Dla zmonopolizowania wpływu „lewicy laickiej” na podziemie trzeba było Wałęsę zostawić w charakterze totemu, a spoza jego pleców kręcić zarówno nim, jak i całą resztą „Solidarności”. To właśnie było przedmiotem negocjacji Jacka Kuronia z ubekami, a w tej sytuacji opowieści Lecha Wałęsy, jakoby te rozmowy odbywały się z jego upoważnienia, świadczą albo o megalomanii byłego prezydenta, albo o asekurowaniu się na wszelki wypadek, albo o jednym i drugim jednocześnie.
Oferta Okrągłego Stołu
Z protokołów rozmów Jacka Kuronia z ubekami można wydestylować następującą ofertę: wy nam pomożecie wyeliminować „ekstremę” – to znaczy tych, których „lewica laicka” uznała za swoich politycznych lub ideowych przeciwników – zarówno z otoczenia Wałęsy, jak i z podziemnych struktur związkowych, a w zamian za to my podzielimy się z wami władzą nad polskim Narodem. O ile jeszcze w 1983 roku taka oferta byłaby fantastyczna, o tyle od roku 1985, kiedy to Michaił Gorbaczow rozpoczął z prezydentem Reaganem rozmowy o uporządkowaniu Europy po przegraniu przez Sowiety zimnej wojny – już była propozycją wartą rozważenia. „Strona rządowa” doskonale zdawała sobie sprawę z nieuniknionej w tych okolicznościach ewakuacji sowieckiego imperium z Europy Środkowej i właśnie zapaliła zielone światło dla uwłaszczenia nomenklatury. Utrzymanie tych zdobyczy w nowych okolicznościach geopolitycznych nie było jednak wcale pewne, więc oferta legitymizacji właścicieli PRL wobec nowych sojuszników i wobec społeczeństwa była, można powiedzieć, nawet atrakcyjna. Najlepszym tego dowodem jest fakt, że rozwój wypadków przebiegał według tego właśnie scenariusza. „Strona rządowa” absolutnie nie zgodziła się na reaktywowanie „Solidarności” w kształcie nadanym jej przez I Zjazd i poprzedzające go wybory, tylko zażądała ponownej rejestracji. Tymczasem o ile pierwsza „Solidarność” tworzona była „od dołu do góry”, o tyle ta druga – „od góry do dołu”. W rezultacie, zgodnie z życzeniem Jacka Kuronia zarejestrowanym przez płk. Króla i mjr. Lesiaka, „ekstrema” została wyeliminowana nie tylko z otoczenia Lecha Wałęsy, ale niemal z całej „Solidarności”. W tej sytuacji rozmowy Okrągłego Stołu musiały doprowadzić do pomyślnego finału, czyli podziału władzy nad tubylczym narodem.
Poszlaką wskazującą na taki właśnie charakter tej umowy stał się incydent w trakcie „kontraktowych” wyborów. Oto tubylczy naród, który naiwnie myślał, że uczestniczy w „obalaniu komuny”, wyciął tzw. listę krajową. Na takie dictum gen. Kiszczak oświadczył, że jeśli ci zasłużeni towarzysze nie dostaną się do Sejmu, to strona rządowa unieważni wybory. Wobec tego przedstawiciele „strony społecznej” w osobie m.in. Tadeusza Mazowieckiego oświadczyli, że „umów należy dotrzymywać”, i przyklepali zmianę ordynacji wyborczej W TRAKCIE WYBORÓW! Warto to przypomnieć i dzisiaj, kiedy SLD, SDPL, PD, PSL i PO podnoszą taki klangor z powodu zmiany ordynacji tuż przed wyborami. Warto też zwrócić uwagę, że Tadeusz Mazowiecki, mówiąc o konieczności dotrzymywania umów, nie miał bynajmniej na myśli umowy z Narodem, który właśnie był agitowany do głosowania na „drużynę Wałęsy” jako rzekomo własną reprezentację, tylko umowę z generałami Jaruzelskim i Kiszczakiem, którym „w imieniu Narodu” strona społeczna udzieliła gwarancji zachowania zdobyczy bez względu na rozwój wypadków.
Gęg pełen oburzenia
Ujawnienie protokołów negocjacji Jacka Kuronia z ubekami wywołało wśród kombatantów „strony społecznej” pełen oburzenia gęg. Adam Michnik z tego oburzenia odstąpił od wszelkiej „polemiki”, Andrzej Celiński pogrążył się w klozetowej poetyce, wyzywając historyków IPN od „gówniarzy”, jakby zapomniał, że oni uprzątają jedynie szajs wyprodukowany przez jego kontrahentów z Okrągłego Stołu. Inni oburzają się trochę powściągliwiej, a w każdym razie nie tak po chamsku, jak ten socjaldemokrata, jednak w każdym przypadku oburzenie to musi budzić zdumienie. Przede wszystkim dlatego że z punktu widzenia politycznego Jacek Kuroń, negocjując z ubekami, nie robił nic złego. W końcu jeśli celem polityka jest zdobycie władzy, to jest zupełnie naturalne, że stara się on wyeliminować konkurentów. Używanie do tego celu ubeków może być wątpliwe tylko moralnie, podobnie jak wątpliwe moralnie było donoszenie do gestapo na AK-owców, czym m.in. zajmowała się Polska Partia Robotnicza, z której zresztą część „lewicy laickiej” wyprowadzała swoje korzenie. Te wątpliwości zagęszczają się jeszcze bardziej, kiedy przypomnimy, że to właśnie Jacek Kuroń i inni wybitni przedstawiciele „lewicy laickiej” w tym okresie ogłosili, że jakiekolwiek rozmowy ze znienawidzonymi komuchami oznaczają złamanie najświętszych standardów moralnych. Oczywiście chodziło im o utrzymanie na tego rodzaju negocjacje monopolu, co jest oczywiście sprytne, ale jeśli z kolei skonfrontować to z atakiem „Gazety Wyborczej” na Macieja Giertycha, że był w Radzie Konsultacyjnej gen. Jaruzelskiego, to lepiej rozumiemy określenie „obłuda do nieba śmierdząca”, którego użył kiedyś Ignacy Daszyński. W końcu Maciej Giertych jednak nikim tam nie frymarczył, czego o Jacku Kuroniu już z taką pewnością powiedzieć nie możemy. Trochę podważa to hagiograficzny wizerunek, nad którym tyle się napracowali wynajęci panegiryści. Wreszcie środowisko „lewicy laickiej” już po Okrągłym Stole odsądzało od czci i wiary i poniewierało ludźmi, którzy ośmielili się podejrzewać, że „ojcowie założyciele” transformacji ustrojowej niekoniecznie musieli kierować się pobudkami wzniosłymi i szlachetnymi, ale również politycznym egoizmem. Ujawnienie materiałów IPN oddaje tym podejrzliwcom sprawiedliwość, zaś pozującym na monumenty cnoty ściąga brudne kalesony na oczach całej Polski. I jak tu się nie denerwować? Z tych nerwów rodzi się nawet coś w rodzaju nowej, świeckiej i ekumenicznej religii, swoisty „kult jednostki”, którego przedsmak mieliśmy w ostatnią niedzielę („ta ostatnia niedziela…!”) w postaci wynagradzającego nabożeństwa na Powązkach z udziałem Adama Michnika, Tadeusza Mazowieckiego i Aleksandra Kwaśniewskiego. Pointą niech będzie wypowiedź Janusza Onyszkiewicza podczas ogłoszenia inauguracji centrolewicowego bloku SLD, SDPL, UP i PD, że „gdyby Jacek Kuroń żył, byłby z nami”. No pewnie: on revient toujours ? ses premiers amours – mówią Francuzi, co się wykłada, że zawsze się wraca do pierwszej miłości.
Nie jest bezpiecznie
Wreszcie warto zwrócić uwagę, że ujawnienie protokołów negocjacji Kuronia z ubekami odbywa się w kulminacyjnym momencie politycznej batalii między epigonami tak zwanej III Rzeczypospolitej, która w istocie jest rozciągniętą w czasie agonią PRL, smrodem swego rozkładu zatruwającym atmosferę polityczną i moralną w Polsce, a zwolennikami nowego otwarcia. Ten kulminacyjny moment związany jest z procesem likwidowania razwiedki – tej gwarantki Okrągłego Stołu, przy którym Narodowi Polskiemu jeszcze raz wyłudzono polityczną suwerenność. Okazało się, że razwiedka niczego ważnego nie zniszczyła, a co więcej – najwidoczniej wyprowadziła w pole również komisję Michnika, która w 1990 roku buszowała w archiwach MSW. Czy ogłoszenie w „Życiu Warszawy” rewelacji o Jacku Kuroniu nie jest aby rodzajem apelu do dawnych partnerów z Okrągłego Stołu: nadal jesteście z nami, czy już nie? Jeśli wam się wydaje, że poświęcając nas, uratujecie własną skórę, to się mylicie. Jeśli pójdziemy na dno – to razem. Czy aby nie dlatego Lech Wałęsa rzuca mediom „wariant”, jakoby „upoważnił” do negocjacji z SB aż 20 osób, w tym właśnie Jacka Kuronia i Adama Michnika? Czyżby i Michnik „negocjował”? A gdyby się okazało, że i „drogi Bronisław”? Byłoby oczywiście niedobrze, gdyby III Rzeczpospolita nie miała żadnego ojca. Z drugiej jednak strony zbyt wielu ojców to też niedobrze, a może nawet jeszcze gorzej?
Stanisław Michalkiewicz
