Był mi bardzo bliski

Ksiądz prałat Zdzisław Jastrzębiec Peszkowski był dla mnie osobą bardzo ważną. Choć znałem go tylko trzy lata, wywarł na życie moje i mojej rodziny zdecydowany wpływ. Nie wiem, czy dane mi będzie jeszcze spotkać w życiu człowieka tak wielkiego formatu…

„Byłem u Ciebie w te dni przedostatnie…”

Bardzo się ucieszył, gdy przyszedłem go odwiedzić w piątek, 5 października, do szpitala w Aninie. Zanim jednak przyjechałem, rozmawiałem z księdzem telefonicznie. – Przyjdź, proszę, tak bardzo się za tobą stęskniłem… – powiedział. Nie potrzebowałem o nic więcej pytać, wiedziałem, że muszę się z nim zobaczyć. Wcześniej próbowałem wielokrotnie dotrzeć do Anina, jednak stan zdrowia księdza nie pozwalał na wizyty. Najważniejsze było, że czuje się troszeczkę lepiej i chce się ze mną spotkać.

Siedział na łóżku w pozycji półleżącej, owinięty kocem, pod plecami miał poduszki. Jego twarz była wyciągnięta, blada i zmęczona, ale w oczach miał to samo ciepło, którym mnie zawsze obdarowywał. Przyniosłem księdzu prałatowi kwiaty i zdjęcia moich córeczek, o które bardzo prosił. Położył je sobie na poduszce i powiedział stanowczo, a zarazem niezwykle ciepło: – To jest moje i proszę mi tego nie zabierać.

Trzymałem księdza za rękę, czując podświadomie, że już go chyba więcej nie zobaczę. Powiedział, że bardzo się cieszy, iż dobry Bóg pozwolił mu doświadczyć tutaj, w szpitalu, cierpienia… Był bardzo zamyślony, kiedy go opuszczałem, patrzył w okno, za którym miał widok na las; tyle że drzew chyba nie dostrzegał… Jego wzrok sięgał gdzieś dalej, głębiej, jak gdyby widział już inny świat. Serce mi się ścisnęło, gdy się z nim żegnałem, bo był jakby nieobecny, pogrążony w modlitewnej ciszy. A tak wiele rzeczy chciał jeszcze zrobić… Gdy trzy dni później dowiedziałem się, że nie żyje, zrozumiałem, że chciał się ze mną zobaczyć właściwie głównie po to, by się pożegnać…

Prezydent w Katyniu

Wtedy, tego dnia, kiedy byłem u księdza w szpitalu, poprosił, żebym przeprowadził z nim wywiad na temat pobytu prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu. Sam nie mógł tam pojechać, bo był przykuty do szpitalnego łóżka, lecz sercem razem z prezydentem pochylał się nad grobami poległych polskich oficerów, jego umiłowanych kolegów. Prosił, żeby nasza rozmowa ukazała się w „Naszym Dzienniku” jako najważniejsza wiadomość, bo chciał w ten sposób oddać hołd prezydentowi. Tak też się stało, choć ksiądz nie doczekał już tej chwili…

Kiedy rano w poniedziałek dowiedziałem się, że nie żyje, nie mogłem w to uwierzyć. Ksiądz Peszkowski miał bowiem w sobie pomimo tylu lat młodzieńczy zapał do pracy. Mówił w tamten piątek: – Na razie napiszemy krótki tekst, a potem popracujemy nad większą rzeczą. Na wieść, że opuścił nas wszystkich, zrobiło mi się bardzo przykro. Pomyślałem, że nie zobaczę już jego ciepłego uśmiechu, nie poczuję dotyku ręki i nie usłyszę słów, w których zawsze było tak wiele miłości i dobra… Szybko jednak wrócił jakiś spokój i pewność, że mnie nigdy nie opuści, że będzie przy mnie jeszcze bliżej niż wcześniej. Zawsze bowiem powtarzał, że otacza moją rodzinę modlitwą i będzie o nas pamiętał, kiedy już go nie będzie wśród żywych. Przypomniałem sobie te słowa i żal po stracie księdza prałata przemienił się w pewność, że jest bardzo blisko w tajemnicy Świętych Obcowania, o której tak pięknie zawsze mówił.

Jesień 2004 roku

Dziś dziękuję dobremu Bogu, że dał mi wielkie wyróżnienie poznania tak niezwykłego kapłana, który miał wielki udział w radościach i smutkach mojej rodziny. A wszystko zaczęło się trzy lata temu, kiedy udałem się do niego, by porozmawiać o większym nagłośnieniu w „Naszym Dzienniku” sprawy Katynia. Siedząc obok księdza w jego mieszkaniu na Dziekanii i patrząc mu w oczy, w których było tak wiele dobra, opowiadałem o swojej rodzinie, mojej pracy, wartościach, które wyznaję. Kiedy wspomniałem mu o moim dziadku, Michale Czartoryskim, który tak jak ksiądz szedł razem z armią Andersa, doświadczając wcześniej cierpienia na Kołymie, a później bijąc się pod Monte Cassino, aż podskoczył z radości. – Był z nami jakiś Czartoryski, może to on – powiedział z promiennym uśmiechem.

Szybko zrodziła się między mną a księdzem swoista bliskość i szczególna nić porozumienia. A od pierwszej rozmowy z nim było dla mnie jasne, że jest to święty człowiek.

Rok Katyński i ślub

Zbliżał się powoli rok 2005, a więc ten, w którym miała minąć 65. rocznica mordu katyńskiego. Ksiądz, z którego inicjatywy mieliśmy możność obchodzenia wówczas w Polsce Roku Katyńskiego, bardzo chciał, by cały nasz kraj i świat dowiedział się, jacy oficerowie polscy z nazwiska i stopnia ponieśli wówczas śmierć. Pragnął ich przybliżyć ludziom, uwypuklić tę wielką ofiarę, jaką złożyli na ołtarzu Ojczyzny. Na jego gorącą prośbę w „Naszym Dzienniku” ukazywała się codziennie w roku 2004 i 2005 rubryka „Z polskiej drogi krzyżowej”, w której prezentowane były nazwiska, stopnie, data i miejsce urodzenia poległych oficerów. Na tej liście wielu Czytelników odkryło swoich bliskich, co księdza niezmiernie cieszyło. Tak zaczęła się nasza znajomość, która szybko przerodziła się w wielką, serdeczną przyjaźń. Zawsze, gdy przychodziłem na Dziekanię, ksiądz prałat witał mnie z otwartymi ramionami, a gdy dzwoniłem, mówił, że jest dla mnie o każdej porze, nigdy nie odmawiając spotkania czy chwili rozmowy. Nie wiedziałem, czym sobie na to zasłużyłem, ale bardzo się cieszyłem z tego faktu, ponieważ każda chwila spędzona z księdzem bardzo mnie ubogacała. Rozmawiając z nim, czułem się tak, jak gdyby był on dla mnie kimś bardzo bliskim, jakby tożsamy z moim dziadkiem. Pewnego dnia powiedziałem o tych moich uczuciach księdzu; odparł, że wie o tym i na jego twarzy pojawił się ciepły uśmiech.

Gdy spytałem księdza, czy istniałaby możliwość, aby pobłogosławił mój związek małżeński, bez wahania odparł: – Będę się bardzo cieszył… Chociaż miał bardzo „napięty grafik”, przyjechał aż do Torunia, gdzie miała się odbyć uroczystość, mimo iż na drugi dzień uczestniczył w ważnym spotkaniu z biskupami. Kiedy wówczas patrzyłem, jak chwilami wyraźnie opuszczały go siły podczas sprawowania Mszy Świętej, serce ściskało mi się z trwogi. On jednak sam nie dał poznać po sobie, że się źle czuje. Podobnie było w następnym roku, kiedy udzielał chrztu mojej pierwszej córce. Wówczas uświadomiłem sobie, że jest to ksiądz niezwykły, który nie zważa na swoje potrzeby, a w sercu nieustannie nosi Boże przesłanie wyrażające się w trosce o drugiego człowieka. – Jeszcze żyję – zawsze odpowiadał, gdy pytałem go o zdrowie. Tematu nie kontynuował… Po swoim mieszkaniu chodził w butach, by szybko wyjść, gdyby ktoś go o coś poprosił, a pomocy drugiemu nie odmawiał nigdy… I co ciekawe, stale był w drodze – do Częstochowy, do Rzymu, do Londynu, do Stanów Zjednoczonych etc. Mimo lat i coraz gorszego zdrowia.

Wierny do końca swej misji

Było to dla mnie zawsze nie do pojęcia, jak można w tym wieku być tak bardzo aktywnym i tak wiele rzeczy robić. Przecież mimo licznych spotkań z ludźmi, uroczystości państwowych i kościelnych, w których czynnie uczestniczył, zawsze pisał którąś z kolejnych książek, następny artykuł czy szykował się, by zadzwonić do Radia Maryja i podzielić się swoimi spostrzeżeniami na jakiś temat… Żył nieustannie Golgotą Wschodu, tym cierpieniem, które określał jako największą ranę Narodu. Bolał nad tym, że pomimo iż żyjemy już w wolnej Polsce, jeżeli chodzi o Katyń często spotyka się z niezrozumieniem czy zwykłą ludzką obojętnością. Nie rozpaczał jednak, lecz pogrążał się w modlitwie i z wielką energią planował kolejne rzeczy: to spotkanie z harcerzami czy młodzieżą szkolną przy pomniku Poległych i Pomordowanych na Wschodzie, to sesję naukową o Katyniu…. Cieszył się, gdy został nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla, bo jak mówił: – Tu nie chodzi o mnie, ale o to, by cały świat usłyszał o Katyniu, o tej wielkiej, a nierozliczonej zbrodni ludobójstwa. Wykorzystywał więc każdą chwilę i okazję do tego, by informować ludzi o Katyniu, nagłaśniając sprawę mordu polskich oficerów i apelując do polityków i ludzi dobrej woli, by „kwestię Katynia” doprowadzili wreszcie do końca. Swoje kazania zwykle kończył słowami, że tak samo jak Ojciec Święty Jan Paweł II uważa, iż pamięć i przebaczenie powinny kierować naszym rozumieniem przeszłości. Dlatego tak ważny był dla niego fakt, że prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Lech Kaczyński specjalnie odwiedził Katyń i w godny sposób pochylił się nad mogiłami poległych Polaków. Ten fakt osładzał mu cierpienie ostatnich dni w anińskim szpitalu. Uważał ten wyjazd prezydenta za niezmiernie ważny początek nowego rozdziału w stosunkach polsko-rosyjskich.

Przyjaciel, mój i wielu innych, odszedł do Domu naszego Ojca, jednak dzieło jego życia nie skończyło się wraz z tą śmiercią. Musimy je nieść dalej, by nie zmarnować jego wysiłków. A ksiądz Zdzisław Peszkowski w tajemnicy Świętych Obcowania z pewnością nam w tym będzie pomagał!

Piotr Czartoryski-Sziler

drukuj